wtorek, 31 stycznia 2012

Irmowy poniedziałek

Poniedziałkowy poranek nie należy do ulubionych pór tygodnia bibliotekarki Irmy. Pobudka bladym świtem, spóźniony autobus, tłum dzieciaków przestępujących z nogi na nogę przed drzwiami biblioteki… nieeeee… To znak, że nadszedł nowy tydzień. I nawet się już rozpoczął…. Nie pytając o zdanie... Zasiadła przed komputerem i… znowu nie było Internetu. „No niech to dunder świśnie!” – pomyślała wściekła. – „I jak ja teraz zrobię aktualizację strony www?” Wypuściła powietrze z płuc i oparła głowę na dłoniach. Z rezygnacją patrzyła na narastający harmider między biurkiem, ladą biblioteczną a drzwiami na korytarz. Kolejni uczniowie pojawiali się z częstotliwością karabinu maszynowego. „Skąd ich się tylu bierze…?” – zastanawiała się umęczona rozkwitającym dopiero co poniedziałkiem bibliotekarka. Uratował ją dzwonek, który wymiótł wszystkich krzykaczy na lekcje. Irma odetchnęła z ulgą i wróciła do pracy.
Kilka kolejnych przerw okazało się być egzaminem cierpliwości dla kobiety. Pierwsza przerwa nie wzbudziła w niej jeszcze żadnych emocji. Po pięciominutowym Armagedonie postanowiła zrobić sobie kawę i zjeść śniadanie. Po drugiej przerwie odetchnęła z ulgą i włączyła w głowie mantrę z cyklu: „jeszcze tylko 4 dni i weekend”. Po trzeciej przerwie lekko podniosło jej się ciśnienie. Pożałowała, że wypiła kawę. Teraz odważnie czekała na kolejny dzwonek, który wybrzmiał, niestety, punktualnie. Po chwili drzwi do biblioteki zamieniły się na miejsca z tymi z saloonu na Dzikim Zachodzie.   
- PIERWSZY !!! – z wrzaskiem wpadł Luk, rozejrzał się wokół i stwierdziwszy, że faktycznie jest pierwszy, z dumą zajął swoje ulubione miejsce pod oknem. Momentalnie pochłonęła go drewniana układanka, która Irmę doprowadzała do białej gorączki. Marzyła, by wykorzystać te piekielne klocki, jako podpałkę, ale niestety rozpalania ognisk w bibliotece regulamin stanowczo zabraniał.
- PROSZĘ PANI, ALE NUMER! – Kamila trzasnęła drzwiami, aż Irma podskoczyła na krześle. „Kiedyś wyniosą mnie stąd nogami do przodu…” – pomyślała wychodząc z szoku. – No, co tam? – zapytała z uśmiechem. Kamila zaś opadła na krzesło stojące przed biurkiem i streściła szybko lekcję, która właśnie się skończyła. – …i sytuacja wygląda tak, że możemy spędzić z panią siódmą godzinę lekcyjną! Cieszy się pani ?? – uczennica wyszczerzyła zęby w uśmiechu od ucha do ucha, co Irma natychmiast odwzajemniła, jakby była odbiciem lustrzanym dziewczyny. – Jassssne, przyjdźcie. Jeśli dożyję do siódmej lekcji. – zastrzegła.
Uczniowie dobrze wiedzieli, że bibliotekarka tylko gra taką wredną i, jak to niektórzy mówią, okrutną. W rzeczywistości nie było AŻ tak źle… Wprawdzie wysyła zawsze na lekcje zaraz po dzwonku i nie zwalnia, nawet, jeśli ktoś błaga o to na kolanach, bo nie ma pracy domowej, ale mimo to spora grupa uczniów regularnie okupuje bibliotekę, żeby pogadać, poplotkować, pośmiać się, zadzwonić do Wielkiego Ducha Biblioteki albo po prostu posiedzieć. Jednak dzisiaj samopoczucie Irmy zwiastowało jakąś katastrofę. Czasem ma się po prostu takie przeczucie, że coś wisi w powietrzu. I ten nieszczęsny poniedziałek to był właśnie jeden z TYCH dni… Irma pracowała od rana, a jakoś nie mogła dostrzec efektów tych działań. Może dlatego, że jak tylko zaczynała się rozkręcać, wchodził ktoś i odrywał ją od komputera albo od półek z książkami. Nie żeby ją to irytowało, ale jednak ciśnienie rosło…
Kolejny dzwonek wybrzmiał. Bibliotekarka rzuciła okiem na rozpiskę. „Hmmm…jeszcze godzina i całe towarzystwo zwali mi się na głowę.” – pomyślała ponuro. Pomieszczenie zaczęło się powoli zapełniać.
- Pani Irmo, czy mogę zadzwonić do Wielkiego Ducha Biblioteki? – to Krzyś chciał złożyć zażalenie.
– A dzwoń. – odparła bibliotekarka. – Ale pewnie nie ma go w domu.
Na poprzedniej przerwie Krzyś dzwonił z prośbą, by nie było sprawdzianu z fizyki. Nie udało się, pani nauczycielka była nieubłagana i kartkówka się odbyła. Krzyś już wiedział, jaka ocena go czeka…
- Duchu, no ja Cię przepraszam, ale nie tak się umawialiśmy! – krzyczał zrozpaczony Krzyś do słuchawki. Pozostali uczniowie zajmowali się swoimi sprawami, ale Irma była pewna, że każdy ma coś do powiedzenia Wielkiemu Duchowi. Telefon do niego pojawił się niedawno i gdyby należał do którejś ze znanych telefonii, byłaby to żyła złota. Na szczęście jednak był to aparat zupełnie „bezprzewodowy”. Wszystkich niezmiernie interesowało, o czym gadają z Wielkim Duchem koledzy, ale nikt nie mógł podsłuchać rozmów. Oczywiście sama Irma również korzystała z możliwości wygadania się. Ich rozmowy pozostawały najbardziej strzeżoną bibliotekarską tajemnicą. Dzisiaj również uwiesiła się na linii podczas jednej z lekcji. Ucięli sobie z Duchem długą pogawędkę. Okazało się, że i on miał wyjątkowo kiepski początek tygodnia, i potrzebował jakoś poprawić te irytujące statystyki. Irma zaś wyżaliła mu się, jak to od samego rana w bibliotece ma miejsce istny Armagedon. Od słowa do słowa coś tam sobie wymyślili na poprawę humorów, ale co, to już pozostało między nimi.
Po raz kolejny tego dnia zadzwonił dzwonek i nastała siódma lekcja. Drzwi otworzyły się szeroko i w jednej chwili Irma miała w bibliotece babiniec. Dziesięć uczennic mówiło równocześnie, każda na inny temat. „Jak one to robią, że im się nie pomiesza?” – zastanawiała się skonsternowana kobieta.
- Pani Irmo, proszę na chwilę do sekretariatu – w drzwiach stanęła sekretarka.
-  Już idę. – Irma niechętnie wstała od biurka – Tylko mi tu nie szaleć. – powiedziała groźnie do dziewcząt. – żadnych ognisk, tańców i takich tam… - po czym wyszła, zostawiwszy szeroko otwarte drzwi. Nie było jej tylko chwilę. Tymczasem pozostawione samopas uczennice zaczęły powoli odczuwać niepohamowaną obecnością bibliotekarki WOLNOŚĆ.
- Hej, słuchajcie! Zadzwońmy do Ducha, zanim wróci pani Irmina! – zawołała Aga. – Zrobimy mu dowcip. Kto ma jakiś pomysł ?
Grupa zasiadła przy telefonie, a Aga podniosła słuchawkę i wykręciła numer z zamiarem zrobienia Ducha w balona. Nagle błysnęło, huknęło, a wszystkie uczestniczki głupiego kawału padły bez życia na podłogę. I cisza. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Nie minęła chwila i Irma wkroczyła do biblioteki. Rozejrzała się wokół. Na jej twarzy pojawił się leciutki uśmieszek. Podeszła do zwisającej z szafki słuchawki telefonu i podniosła ją do ucha.
- Duchu, jesteś tam? – zapytała konspiracyjnym szeptem. – Dobrze. Słuchaj… u d a ł o  się.

wtorek, 3 stycznia 2012

"Jabłko Apolejki" Beata Wróblewska

Nieduża książeczka. Do tego stopnia niepozorna, że na półce w księgarni pewnie bym jej nie zauważyła. Na szczęście wpadła mi w ręce. Piszę "na szczęście", ponieważ jest wyjątkowa. I wcale nie dlatego, że dostała nagrodę w konkursie im. Astrid Lindgren. Jest tak zwyczajna, że czytając ją miałam wrażenie, że to o jakichś moich sąsiadach zza ściany, o kimś mi znanym. Główną bohaterką jest nastoletnia Kasia. Jej życie wywraca się do góry nogami, kiedy musi wraz z młodszą siostrą Olą i chorym na autyzm bratem Jaśkiem przenieść się do małego miasta, do babci. Życie całej rodziny ulega zmianie i wszyscy muszą się w tej nowej codzienności odnaleźć. Mimo smutku, niepewności, lęku o przyszłość, książka zawiera też mnóstwo ciepła i nie raz uśmiechnęłam się czytając ją. Polecam każdemu, kto lubi znajdować w książkach "zwykłe życie". 

Z książkowymi pozdrowieniami,
bibliofilka :)