czwartek, 16 lutego 2012

Zima Irmy

I stało się. Świat został zasypany przez biały puch. I żeby było jasne, on tylko tak niewinnie wygląda. Tymczasem prawda jest taka, że to bliski kumpel Armagedonu i Chaosu. Świt powitał grzecznie zupełnie nowiutkie zaspy, który cicho pojawiły się nad ranem wszędzie, gdzie się dało. Najchętniej w pobliżu samochodów, garaży, przejść dla pieszych, zakrętów, chodników i tym podobnych - całkowicie zbędnych całej ludzkości - miejsc.

Oooo… a któż to pojawił się na horyzoncie? Czy to ptak? Nie! Czy to samolot? Nie! To Irma dzielnie hopsa z zaspy w zaspę, ale jakoś, zupełnie nie wiedzieć czemu, ją to nie bawi. Ciekawe, czy to dlatego, że właśnie dzisiaj wybrała się po drodze do bankomatu, a on – bezczelny – również okazał się być zasypany i musiała włazić po kolana w śnieg. Mimo kataklizmu zimowego jakoś poszło, ściana płaczu łaskawie wypluła gotówkę i powiedziała ładnie „do widzenia”. Irma mruknęła coś w odpowiedzi, ale ów dźwięk utonął w zwojach jej kilometrowego szalika. „No, i czego sypiesz? Czego??!!” – Powtarzała w myślach, walcząc ze śliską drogą i zasypanym chodnikiem.

– Kto to widział… tak sypać… Toż to nie do pomyślenia jest… Mogłoby posypać w takiej choćby Afryce. Tam jeszcze śniegu nie widzieli, to nieeee, musi tutaj. - Mruczała pod nosem posapując z wysiłku.

Autobus jakimś cudem przyjechał punktualnie. Był to malutki plus tego jakże skomplikowanego poranka. Wejście do budynku szkoły wiązało się z natychmiastowym oślepnięciem. Zima + okulary = głupi pomysł.

- Dobra, znam drogę na pamięć, może się nie zgubię. – Skwitowała Irma, raczej przyzwyczajona do tego typu akcji.

- To była ironia? – Zapytała Agnieszka, stojąca przed drzwiami biblioteki. – Dzień dobry pani Irmo!

- Dla kogo dobry, dla tego dobry, ale HOWGH!, niech będzie… – odparła umęczona zimą bibliotekarka. – Kawyyyy… - jęknęła, przekraczając próg. Za nią pojawiło się od razu kilkoro uczniów, którzy w oczekiwaniu na chwilę, w której biblioteka otworzy tego dnia swe podwoje, zabunkrowali się na schodach do szatni.

- Witaj, pani Irmo! – Zawołali zgodnie i zajęli wszystkie krzesła stojące w ich zasięgu. – Ale pani zaśnieżona! – Skwitowali jeszcze niecodzienny wygląd Irmy, po czym rozpoczęła się codzienna działalność wymienno-przepisująca, o której sza… Irma ogarnęła wzrokiem uczniowskie stadko i skierowała się do wieszaka na kurtki. Minęła ławeczkę, dwa plecaki, biurko, krzesło, regał i nagle zobaczyła jakiś ruch kątem oka.

- Co za bałwan wlazł mi za biurko…?!! A, sorry, to lustro…

środa, 15 lutego 2012

"Balsam dla duszy zakochanej"

Balsam faktycznie jest, ale chwilami trochę przypieka. Mam tu na myśli, że samo słowo "balsam" przywołuje skojarzenia wyłącznie z czymś, co koi, pociesza, napełnia ciepłem. I owszem, opowiadania zawarte w tej książce są takie, ale niektóre opowiadają historie tak wzruszające, że łza się w oku kręci, a w takich sytuacjach raczej mnie dana opowieść nie koi, tylko wręcz odwrotnie. Ale ogólnie polecam do przeczytania, tak by się zastanowić nad sobą, swoim życiem i emocjami, które w nim królują. Czy mówimy osobom nam bliskim,że je kochamy, czy są w naszym życiu jakieś drobiazgi, które cieszą, czy się uśmiechamy do siebie i innych... Niby takie tam głupoty, ale jak się przyjrzeć dokładniej, to jednak istotne sprawy, które zbyt często nam umykają w natłoku spraw codziennych...

czwartek, 9 lutego 2012

"Josef Mengele doktor z Auschwitz" Ulrich Völklein

Historia życia doktora z Auschwitz nie należy do lekkich. Autor opowiada o Josefie Mengele rzetelnie, opierając się na dokumentach z wielu źródeł, przede wszystkim akt sądowych, pamiętników, listów, rozmów z osobami znającymi tego człowieka osobiście. 
Z kartek książki wyłania się obraz wykształconego Niemca, syna surowych i niezbyt emocjonalnych rodziców. Zabrakło w jego dzieciństwie tych chwil, kiedy mógłby się nauczyć czym jest miłość, radość, szczęście czy empatia. Z czasem okazało się to byc brzemienne w skutkach. 
Opis działań Mengele jako obozowego lekarza nie pozostawia wątpliwości, że był po prostu zbrodniarzem i nic go nie tłumaczy. Zabijanie dla własnego "widzimisię", eksperymenty na ludziach, selekcje, mordowanie niemowląt, krojenie kobiet i dzieci, i wiele innych miały na celu stworzenie upiornej dokumentacji medycznej.
Po zakończeniu wojny Mengele uciekł i ukrywał się przez 20 lat. Pozostaje pytanie, jak to możliwe, że ktoś, kto ma na swoich rękach krew tylu niewinnych ludzi, był w stanie drwić sobie z wymiaru sprawiedliwości tak długo? Z drugiej jednak strony ta sytuacja była dla niego zdecydowanie trudniejsza do zniesienia, o czym świadczą wpisy w prywatnych dziennikach. Duchy przeszłości nigdy nie dały mu spokoju.


poniedziałek, 6 lutego 2012

Godzina duchów w bibliotece

Irma ze znudzeniem otwierała drzwi biblioteki. 7.20, wtorek, na korytarzu jeszcze pustki. Autobus, którym przyjeżdżają uczniowie pojawi się na przystanku przed szkołą za jakieś 10 minut. Jest czas na rozpłaszczenie się, zagotowanie wody na kawę i pootwieranie wszystkich zamków i kłódek. Podsumowując: zaczynamy nasz teatrzyk…

Bibliotekarka pchnęła drzwi i zamarła w progu. Wprawdzie zimowa aura nie pozwalała światłu na przedostanie się do tego przybytku, ale w półmroku dało się zauważyć, że coś jest WYBITNIE nie tak. Rzut oka wystarczył.

- Kto, do jasnej Anielki, bawił się tu w dekoratora wnętrz? I po co? – Irma odetchnęła głębiej przyglądając się pomieszczeniu szeroko rozwartymi oczami, jakby widziała je po raz pierwszy w życiu. Właściwie tak było, bo w takim stanie biblioteki jeszcze nie widziała

- Dzień dobry pani Irmo! – zawołała wesoło Kamila i z impetem zatrzymała się na plecach kobiety, która nadal stała jak słup soli. – O matko! Co tu się stało? – teraz i Kamila zamarła ze szczęką w okolicy kostek. Jej oczom ukazała się biblioteka w wersji artystycznego nieładu. Krzesełka wdzięcznie stały na stolikach, biurko spod drzwi wylądowało pod oknem, a zaciszny kącik fotelowy, który dotąd ukrywał się za regałami, znalazł się w centralnym miejscu pomieszczenia, przed samymi drzwiami. Książki leżały wszędzie, tylko nie na półkach, obrazy na ścianach poprzekręcano do góry nogami i poprzewieszano, a wszystkie dekoracje wykonane przez uczniów leżały smętnie na podłodze. Irma nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Kiedy już odzyskała jasność umysłu, wypadła z biblioteki i skierowała się w stronę kantorka pani woźnej. Kamila podejrzewała, że już więcej nie zobaczy miłej pani sprzątaczki…

- Pani Krysiu, co się stało w bibliotece? Kto tam narobił takiego bałaganu?! – głos Irmy rozszedł się echem po wciąż pustych korytarzach. Pani Krysia zerwała się z krzesła, jak wezwana nagle do odpowiedzi, i pognała we wskazanym przez Irmę kierunku. Po chwili już załamywała ręce nad obrazem niepojętego bałaganu, który zobaczyła w bibliotece.   

- Ja naprawdę nie wiem, co się stało… Nie rozumiem, drzwi były zamknięte, nikt nie wchodził… Wczoraj, jak pani zamknęła, tak dopiero dzisiaj klucz dałam… - oczy pani Krysi były wielkie, jak pięciozłotówki. Irma westchnęła – No dobrze, cokolwiek się stało, teraz trzeba to szybko posprzątać, zanim przyjdą dzieci. We trzy – Kamila natychmiast zaoferowała swoją pomoc – uwinęły się szybko, poprzestawiały wszystkie meble i książki na swoje miejsca, przewiesiły obrazy i poukładały dekoracje. Zdążyły w ostatniej chwili. Kiedy opadły zmachane na krzesła, do biblioteki wpadła pierwsza grupa uczniów. 

- Co pani taka zdyszana? – zapytał na powitanie Krzyś. – Przecież jeszcze ósmej nie ma.

- A, wiesz Krzysiu, czasem się człowiek jakoś tak zmęczy nie wiadomo od czego… - odpowiedziała Irma i skupiła się na szybkiej regeneracji sił. Dzień minął przyjemnie, a wychodząc z pracy nie pamiętała już o przykrej porannej niespodziance.

Środa, jak to środa, trochę bardziej optymistyczna niż wtorek, bo bliżej weekendu. Nawet autobus przyjechał punktualnie, więc Irma znów o 7.20 przekręciła klucz w drzwiach biblioteki. Sięgnęła ręką do kontaktu, pomieszczenie wypełniło się nagle światłem, a Irma znów zastygła z otwartymi ustami.

- PANI KRYSIU!!! – zawołała bibliotekarka, już nie fatygując się do kantorka woźnej. Jej krzyk usłyszałby nawet konserwator w kotłowni. Pani Krysia wpadła do biblioteki zdyszana i też stanęła, jak wryta.

- Jak to możliwe??!! Przecież wszystko wczoraj poustawiałyśmy!!! – zawołała woźna, po czym dostrzegła totalnie zatkaną Irmę, siedzącą na fotelu, który powinien znajdować się w kąciku za regałami… 

- Nie rozumiem. NO NIE ROZUMIEM… - bibliotekarka pocierała palcami czoło w zamyśleniu. – To przecież niemożliwe, żeby się meble same przestawiały, nie? – spojrzała niepewnie na woźną. – A może ja się nie znam? Może one tak potrafią? Już sama nie wiem… 

- No, KTOŚ to musi robić! – stwierdziła pani Krysia w zamyśleniu.

Kolejny poranek minął kobietom na przestawianiu, ustawianiu, przewieszaniu i układaniu. Kiedy weszli pierwsi uczniowie, wszystko stało już na swoich miejscach, a Irma podejrzliwie przyglądała się kolejnym osobom wchodzącym do biblioteki zastanawiając się, czy ktoś z nich przypadkiem nie robi z niej wariatki…

            W czwartek bała się włożyć klucz do zamka. Z pomocą przyszła pani Krysia, która już czekała na bibliotekarkę, by wejść razem z nią do paszczy lwa. Chwilę po otworzeniu drzwi obie, bez słowa, opadły na fotele ustawione na środku pomieszczenia. Posiedziały, podumały i znów zabrały się za ustawianie wszystkiego na swoim miejscu.

- To jakaś syzyfowa praca jest… - mruczała pod nosem Irma, przesuwając znowu biurko we właściwe miejsce. – To jest przecież niemożliwe… Pani Krysiu, a może… może to pan konserwator robi sobie z nas żarty, co ? – Irma rzuciła okiem na woźną. – Nie, na pewno nie, on nie wchodzi tutaj sam, a klucze chowam tylko ja. Musiałby przenikać przez ściany. – odparła pani Krysia wycierając pot z czoła. – To ja już nie wiem, o co tu chodzi. – Irma z rezygnacją usiadła przy komputerze i zatopiła się w niewesołych myślach. Nie uśmiechało jej się codziennie od nowa doprowadzać bibliotekę do porządku. Wychodząc tego dnia z pracy zajrzała jeszcze na chwilę do kantorka woźnej, zamieniła z nią parę słów i wyszła.

            Czwartek nie cieszył w tym tygodniu bliskością weekendu. Irma miała zupełnie inne rzeczy na głowie niż planowanie zbliżających się wolnych dni. Umówiła się z panią Krysią, że tym razem uda, że wychodzi jak zwykle do domu, a tymczasem zostanie i poobserwują obie, o co chodzi z tymi wędrówkami mebli. Obie były zdeterminowane i gotowe na wszystko. Kiedy nadeszła pora zamknięcia biblioteki, Irma przekręciła ostentacyjnie klucz w zamku i obie z panią Krysią zadekowały się w kantorku zerkając niepewnie w głąb korytarza. Godziny mijały, ale nic się nie działo. Cisza i spokój, aż strach. Irma i pani Krysia popijały herbatę, zagryzały kanapkami i skracały sobie czas pogawędką. Na zegarze wyświetliła się złowieszczo godzina duchów. Obie kobiety westchnęły i podniosły się cicho z krzeseł. Podeszły powoli do drzwi biblioteki i nasłuchiwały. Coś się działo.

- Mówiłam pani, że coś słyszałam, pani Irmo. – woźna była bardzo przejęta, ale sama nie wiedziała, czy bardziej jest ciekawa czy przerażona sytuacją.

- Faktycznie, coś się tam dzieje… - wyszeptała Irma i ostrożnie złapała za klamkę. Specjalnie nie zamknęła drzwi, tylko przekręciła klucz raz w przód i raz w tył, żeby ewentualny obserwator sądził, że biblioteka jest zamknięta. Tymczasem ona powolutku zaczęła uchylać drzwi. „Całe szczęście, że zaraz za oknem stoi latarnia, bo inaczej nic nie byłoby widać.” – pomyślała i… zamarła z okiem w szczelinie drzwi.

- Co się dzieje, pani Irmo? Co pani tam widzi? – niecierpliwiła się woźna, której jeszcze nie było dane zajrzeć do wnętrza. Irma przesunęła się cicho i pozwoliła jej również zapuścić żurawia do środka. Teraz obie kobiety stały z okiem przy szparze, kompletnie osłupiałe. Nagle w Irmę jakby diabeł wstąpił. Wyprostowała się i gwałtownie otworzyła drzwi zapalając światło. Jej oczom ukazał się obraz, którego na pewno by się nie spodziewała.

- Wy zdrajcy! To ja was przyjęłam, żebyście bezdomni nie byli, a wy mi takie numery robicie?! – wrzasnęła z chęcią mordu w oczach. Za nią stała pani Krysia i co chwilę szczypała się w ramię mrucząc pod nosem: „To niemożliwe, to mi się tylko śni.” Jakoś nie mogła ogarnąć tego, na co patrzyła. Kiedy w bibliotece rozbłysło światło (a chwilowo nie przepaliła się ani jedna żarówka, więc jasność była wyjątkowa), oczom obu kobiet ukazał się znajomy bałagan. Na gorącym uczynku zostały złapane… biblioteczne maskotki. Próbowały wprawdzie zastygnąć w bezruchu i udawać, że to ktoś inny przewrócił bibliotekę do góry nogami, ale nic im to nie dało. Irma była tak wściekła, że nawet przez myśl jej nie przeszło, jak bardzo ta sytuacja jest dziwna. Darła się na Łosia, który najwidoczniej był prowodyrem i dowódcą całej akcji. Wykonawcą jego rozkazów był przede wszystkim Kuba, miś duży, ale o bardzo małym rozumku. W tej chwili Łoś siedział na jednej z pustych już półek i niewinnie wpatrywał się w Irmę próbując ją oczarować swoim wdziękiem osobistym, a misiek zastygł z fotelem w ramionach i stałby tak, gdyby nie Łoś, który rzucił półgębkiem:

- No odstaw to wreszcie, głupku, przecież widzisz, że nas nakryła…

- Aha. – odparł odkrywczo Kuba i opuścił fotel na podłogę. Teraz we czwórkę wpatrywali się w siebie. Łoś wzdychał teatralnie, Kuba próbował myśleć, ale mu nie szło, w Irmie rosła wściekłość i chęć wypatroszenia dowcipnisiów, a pani Krysia szczypała się już w obydwa ramiona. Zbliżał się świt.

- I co my teraz zrobimy? – pani Krysia odzyskała wreszcie głos i zerkała teraz niepewnie na Irmę. – Czy myśmy nie zwariowały, pani Irmo?

- Nie mam pojęcia. – bibliotekarka zastanawiała się właśnie nad tym samym. – Chyba nie da się śnić o tym samym, więc to nie jest sen. – stwierdziła, po czym zwróciła się do Łosia. – No dobrze, Panie Dowcipny. Teraz będzie jeszcze bardziej śmiesznie. – nabrała powietrza w płuca i wrzasnęła – Zabierać mi się za sprzątanie i to już! Złaź z tej półki i bierz się za meble! Umiałeś dyrygować innymi, to teraz sam się włącz w porządki, a jak już skończysz, dowiecie się, co Was czeka.

Po tych słowach obie panie zasiadły w fotelach i patrzyły, jak Łoś sapie przenosząc fotele, przesuwając biurka i układając książki na półkach. Rzucał im co jakiś czas dramatyczne spojrzenia, ale nie działały, oj nie. Kiedy słońce zaczęło powoli wyłaniać się zza horyzontu, układał na swoich miejscach ostatnie dekoracje.  

- Świetnie. Trochę Ci to zajęło, ale mam nadzieję, że na długo zapamiętasz tę noc. – Irma podniosła się z fotela. – A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak umieścić Cię… w więzieniu, koleżko.

Pani Krysia wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia.

- Żartuje pani? Przecież nikt nam nie uwierzy! Wezmą nas za wariatki i zamkną w jakimś zakładzie bez okien i klamek! – pani Krysia zadrżała na samą myśl.

- Spokojnie, pani Krysiu, to będzie wyjątkowo okrutne więzienie, ale tutaj, w bibliotece. – uśmiechnęła się złowieszczo Irma. – Od bardzo dawna nikt się z Łosiem nie bawił. Zabraniałam, bo pomyślałam sobie, że może nie wytrzymać tego wykręcania łapek, ustawiania w różnych pozycjach i tulenia… Ale teraz dochodzę do wniosku, że chyba mu tego już trochę brakuje… - mówiąc to spojrzała na pluszaka i z prawdziwą przyjemnością dostrzegła panikę w jego oczach. 

- Nie, błagam, NIE! Zrobię wszystko, tylko nie pozwól im bawić się mną! – zawołał błagalnie. – To cios poniżej pasa! Tak się nie robi maskotce!

- No co ty nie powiesz…? – Irma uśmiała się jak norka. – Nie mogę się doczekać Twojego widoku w kleszczowych objęciach dzieciaków. No po prostu bezcenne! – obie z woźną ocierały łezki, które popłynęły im ze śmiechu.
Piątek. To był wyjątkowy dzień. Wprawdzie Irma nie spała cała noc, ale warto było, by rozwiązać zagadkę i zobaczyć winowajcę w bezlitosnych rękach uczniów. Nie mogli uwierzyć, że pani Irma wreszcie pozwoliła im się bawić Łosiem, ale nie pytali, jak to możliwe. Postanowili wykorzystać tę nagłą zmianę zdania bibliotekarki, a Irma z rozkoszą przyglądała się ich pomysłom na łosiowe tortury…

"Rozmowy bez retuszu" Artur Barciś, Marzanna Graff

Fantastyczna lektura, jeśli ktoś lubi tę formę - wywiad rzeka :) Jak dla mnie super. Czyta się szybko, płynnie wnika się w życie aktora, a zza każdej literki wygląda Artur Barciś, jakby chciał się upewnić, że dobrze się czyta :) Uśmiech od ucha do ucha i ciekawość, jakie też pytanie będzie za chwilę i jaka odpowiedź. A na końcu... niespodzianka. Pewnie niewielu wie, że Artur Barciś pisze baśnie, ale nie do końca dla dzieci. Są to teksty poruszające trudne tematy. I niespodzianką ostatniego rozdziału tej książki jest właśnie jedna z jego bajek. Piękna opowieść o chłopcu, który nagle orientuje się, że jest w studni i... nie, nie napiszę nic więcej :) Sami przeczytajcie, nie będziecie żałować poświęconego czasu :)

Z książkowym pozdrowieniem,
bibliofilka

niedziela, 5 lutego 2012

"Najjaśniejsza gwiazda na niebie" Marian Keyes

Z okładki: 
Witajcie na Star Street 66…
Mieszkanie na samej górze zajmuje Katie, piastująca kierownicze stanowisko w branży muzycznej. Całymi dniami odpiera ataki potencjalnych gwiazd rocka i zastanawia się, ile potrzeba sernika, aby zajeść się na śmierć.
Pod nią dwóch umięśnionych Polaków dzieli mieszkanie z cwaną taksówkarką o imieniu Lydia, która ma cięty język, bystry umysł i wiele czułości, którą się zbytnio nie afiszuje.
Na pierwszym piętrze mieszka Fionn – ogrodnik, który woli rośliny od ludzi. Ale że ma wygląd księcia z bajki, otrzymuje niespodziewanie propozycję poprowadzenia własnego programu telewizyjnego i nagle staje w blasku jupiterów.
  Natomiast mieszkanie na parterze zajmują Matt i Maeve, śmiertelnie w sobie zakochani i walczący z rozpaczą za pomocą przypadkowych dobrych uczynków.
Ale na Star Street 66 właśnie się pojawił tajemniczy gość i nadchodzą wielkie zmiany. Na jaw zaczynają wychodzić sekrety z przeszłości, niosąc ze sobą miłość, tragedię i nieoczekiwaną dozę optymizmu. I wkrótce życie każdego z mieszkańców tego domu ulegnie zmianie…


Jeśli chodzi o moją opinię - straszna nuda... Przebrnęłam przez 1/3 książki, bo zainteresowało mnie, kto się co jakiś czas "wtrąca" w narrację, dodając swoje trzy grosze. Dwa razy o mało nie zasnęłam nad tą książką, więc zdecydowałam, że szkoda mi na nią czasu. Sprawdziłam (czego nigdy nie robię) zakończenie i teraz już wiem, kim był ten wtrącający się osobnik. To była jedyna ciekawostka tej książki, jeśli o mnie chodzi. Ale wiadomo, że każdy szuka w książkach czegoś ciekawego. Ja nie lubię książek o niczym, więc ta mi po prostu nie przypadła do gustu :)


Z książkowymi pozdrowieniami,
bibliofilka

"Kiedy dzieje się cud" Robert J. Wiersema

Kolejna książka pochłonięta w jeden dzień. Początkowo myślałam, że będzie to historia, jakich wiele, o dramacie rodzinnym. Niby tak jest, ale akcja zaczyna się tak wypełniać różnymi zwrotami akcji, że czytałam i czytałam, obiecując sobie, że "tylko do następnej strony i odkładam na jutro", ale mi nie wyszło :D
Spodobała mi się narracja. Autor wymyślił sobie to tak, że przez karty książki nie prowadzi nas jedna osoba, ale... prawie wszyscy bohaterowie. Nie ma typowych rozdziałów, tylko części, a każda część jest podzielona na fragmenty zatytułowane imieniem danego bohatera, który staje się na chwilę narratorem. Dzięki temu zabiegowi autor dodał tempa. 
Podsumowując: jest standardowa historia o wypadku małej dziewczynki i tragedii jej rodziców, ich rozstaniu, jego kochance. A równocześnie pojawia się... Judasz, cudowne ozdrowienia, drapieżne media, jeszcze bardziej drapieżni wyznawcy "religii"... Myślę, że warto sięgnąć po tę książkę. Polecam. To był naprawdę dobry wybór :)

Z książkowym pozdrowieniem,
bibliofilka

sobota, 4 lutego 2012

"Najdalsza podróż. Krótka opowieść o życiu i umieraniu" Constanze Kopp

Rzeczywiście opowieść krótka. Książeczka liczy sobie niecałe 100 stron. Autorka zmierzyła się z jednym z najtrudniejszych tematów - opowiedziała o śmierci dziecka i pokazała rodzinę, która zmaga się z nieuleczalną chorobą.
Bohaterką jest piętnastoletnia Franny, która dowiaduje się w wieku lat ośmiu, że jest ciężko chora. Z czasem poznaje swojego wroga - mukowiscydozę, która ją zabija. Opowiada o wszystkim z perspektywy przebywania w niebie. Wspomina swoje życie na Ziemi, opowiada jak wygląda niebo i zadaje mnóstwo pytań z dziedziny tych egzystencjalnych. Książka nie jest lekka, ale myślę, że warto ją przeczytać i zastanowić się nad sensem każdego dnia, który jest nam dany, który jest dla nas darem, czego my tak często w ogóle nie zauważamy.


Z książkowym pozdrowieniem,
bibliofilka

piątek, 3 lutego 2012

"Blondyn i blondyna" Magdalena Kulus

Nie przypuszczałam, że przeczytanie kolejnej książki zajmie mi jeden dzień :) Ale udało się, głównie dlatego, że nie mogłam się od niej po prostu oderwać. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że czcionka idealna do czytania ;)
Co do treści, to polecam osobom lubiącym historie "z życia wzięte", bo to zapis bloga. Historia dziewczyny chorej na rdzeniowy zanik mięśni, która mimo tej choroby cieszy się życiem. To właśnie ona - Magda - jest tytułową blondyną, a blondynem jest jej pies asystujący - Igor. Lekko napisane historyjki z codzienności osoby, która mimo pewnych ograniczeń nie odpuszcza sobie i żyje pełnią życia. Uśmiałam się z wielu anegdotek, którymi Magda dzieli się z czytelnikami również na swoim blogu: Blondyn i Blondyna
Można jej pozazdrościć poczucia humoru, fantastycznych przyjaciół, rodziny i miliona pomysłów na życie :)

Pozdrawiam książkowo,
bibliofilka

"Anioł" L.A.Weatherly

Ferie sprzyjają lekturze. Zresztą tak to sobie właśnie zaplanowałam: wolny czas = dobra książka :D Wczoraj skończyłam czytać "Anioła" L.A.Weatherly. Muszę przyznać, że początkowo trochę mnie zszokował pomysł aniołów - potworów... Przecież te istoty akurat kojarzą się z dobrem, a tu taka odmiana... Ale postanowiłam czytać dalej, dzięki czemu mogę polecić tę książkę osobom lubiącym pomieszanie fantastyki, sensacji i miłości. Jasne, że obecnie książka, w której nie ma bohaterów pałających do siebie uczuciem, nie jest często spotykana :D Ta również takich bohaterów posiada, a do tego jeszcze walczą oni ze złem :D Zaskakujące, nieprawdaż ? ;-) Więcej nie zdradzę, musicie przeczytać sami :)

Z książkowym pozdrowieniem,
bibliofilka :)