wtorek, 13 listopada 2018

"Lwowski ptak" Piotr Tymiński - recenzja




Przeczytałam wiele powieści i pamiętników wojennych, lecz właściwie wszystkie związane były z II wojną światową. Tym razem miałam możliwość poznania innej walki w obronie Ojczyzny. Czy ta historia zapadła mi w serce? Czy może żałowałam, że po nią sięgnęłam? Tak, żałowałam. Głównie tego, że nie potrafię czytać szybciej, tak bardzo porwały mnie losy piętnastoletniej bohaterki powieści. I jeszcze tego, że kompletnie nie znam Lwowa i nie mogłam sobie w pełni wyobrazić miejsc, o których pisał Autor. 

Piętnastoletnia Antonina ma serce na właściwym miejscu. Bije ono nie tylko dla rodziny i przyjaciół, jak to bywa u nastolatków, ale również, a może przede wszystkim dla Ojczyzny, którą jest Polska. Dziewczyna mieszka jednak we Lwowie, który jest właśnie bezlitośnie niszczony i przejmowany przez Ukraińców. Towarzyszymy Tońce przez 22 dni listopada 1918 roku. W tym czasie dziewczyna dołącza do walczącej młodzieży, aby dorzucić swoją cegiełkę do obrony ukochanego miasta, będącego dla niej ostoją polskości. Ponieważ początkowo nikt nie chce jej w swoich szeregach, przebiera się w strój starszego brata, ścina piękny warkocz i jako Hipolit udaje się na front, gdzie zawsze ląduje tam, gdzie najwięcej się dzieje. W ferworze walk Tonia uczy się, jak być żołnierzem. Dopadają ją wrogowie, świszczą jej koło uszu kule, uczy się strzelać, zabija wrogów i ratuje rannych. Choć nie raz boi się tego, co ją czeka, nigdy się nie wycofuje. Popełnia błędy, ale honorowo stara się zrehabilitować właściwymi czynami. Niewielu dowiaduje się, że tak naprawdę dzielny Hipolit do odważna i nieugięta Antonina. 

Autor zastosował jedną z moich ulubionych metod narracji. Nie dość, że obserwujemy wszystkie wydarzenia z perspektywy Toni, to jeszcze co jakiś czas zaglądamy do jej pamiętnika, który dziewczyna prowadzi w formie listów do brata, na którego z utęsknieniem czeka. Spotkanie z nim jest dla niej tak ważne nie tylko z powodu silnej więzi, która ich łączy, ale także dlatego, że docierają do niej strzępki informacji o nim jako żołnierzu i jego przybyciu do Lwowa z Wojskiem Polskim, z tak oczekiwanym przez wszystkich wsparciem dla walczących. 

Byłam pełna podziwu dla Autora, że potrafił tak plastycznie, z zacięciem i dużą dynamiką, opisać działania wojenne. W wielu książkach, również beletrystycznych, o wojnie natrafiałam na przykłady określania broni, innego uzbrojenia czy samolotów, które nic mi nie mówiły i przez to zaciemniały powstający w mojej głowie obraz, a tutaj Autor w prosty sposób przedstawił odmiany broni, której używali walczący, bez skomplikowanych wyjaśnień czy niepotrzebnych opisów. Krótko i na temat, aby nie zakłócać wartkiej akcji. 

Piękny język powieści i świetne dialogi sprawiają, że opowieść tę czyta się z przyjemnością, a momentami wręcz z zapartym tchem. Historia Antoniny niesie ze sobą bowiem ogromny ładunek emocjonalny. Nie wiem co bardziej mnie poruszyło. To, że tak niewiele wiedziałam do tej pory o Bitwie o Lwów, czy to, iż w tej walce zginęło tyle dzieci. W posłowiu Autor między innymi wyjaśnia, dlaczego książka ma taką, a nie inną formę. Najbardziej cieszę się, że Pan Piotr wykorzystał w dialogach jedynie wstawki z języka ukraińskiego czy drobne elementy specyficznej odmiany języka polskiego używanej przez lwowian. W zupełności wystarczyło to do stworzenia odpowiedniego klimatu rozmów między bohaterami. Wydaje mi się, że przy konieczności korzystania z tłumaczeń dialogi straciłyby całą swoją dynamikę.   

Okładka jest niesamowita. Dopracowana, pełna emocji i ukrytych przesłań, które zrozumiałam w pełni dopiero po lekturze. I do tego piękna reprodukcja obrazu Kossaka "Orlęta - obrona cmentarza". Rewelacja, dokładnie to, co lubię w okładkach powieści z tego gatunku.

Na koniec dodam jeszcze co wywołało u mnie największe zaskoczenie podczas lektury. I nie będzie to wcale związane z wojną! Otóż, wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy - tonąc całą wyobraźnią w wojennej zawierusze - przeczytałam nagle, jak jeden z bohaterów opowiada o tym, że walcząc na froncie włoskim zajadał... pizzę! Oczywiście, zaraz przejrzałam "internety" w poszukiwaniu informacji o historii pizzy i znalazłam wzmiankę o tym, że również w Polsce mogła ona być już wtedy znana, ponieważ według jednego z portali po raz pierwszy pojawiła się u nas już za czasów królowej Bony, czyli w XVI wieku. Ciekawe, prawda? :-)

Zatem, Kochani - czytajcie! Koniecznie! <3

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorowi oraz Wydawnictwu Novae Res

niedziela, 11 listopada 2018

"Moja słodka Audrina" V. C. Andrews - recenzja


Kiedy zobaczyłam na stronie wydawnictwa, że jest już dostępna kolejna powieść V. C. Andrews, autorki serii "Kwiaty na poddaszu", która bardzo mi się podobała, od razu postanowiłam ją przeczytać. Muszę przyznać jednak, że książka ta okazała się dla mnie sporym rozczarowaniem... I gdybym miała ją określić jednym słowem, to chyba zdecydowałabym się na "dziwna". 

Fabuła, jak zwykle u pani Andrews, jest mroczna i pogmatwana. W wielkim i dość ponurym domu mieszka rodzina Whitefernów: Damian, jego żona Lucietta i córka Audrina oraz siostra Lucietty, Ellsbeth, i jej córka - Vera. Kilkuletnia Audrina nie chodzi do szkoły i strasznie zazdrości tego przywileju starszej kuzynce. Przed ludźmi wszyscy udają, że Vera jest rodzoną siostrą Audriny, aby nie wyśmiewano jej za to, iż nie wiadomo, z kim jej matka zaszła w ciążę. Nie jest to jednak jedyna tajemnica w tym przytłaczającym domu. Audrina nie ma pojęcia ile ma lat, ani jaki jest dzień tygodnia czy miesiąc. Nie docierają do niej żadne aktualne gazety, nie ogląda telewizji, a każdy zegar w domu pokazuje inną godzinę. Dziewczynka ma luki w pamięci i nie potrafi odnaleźć w niej żadnych swoich wspomnień. Wie tylko, że miała kiedyś starszą siostrę, która zmarła, gdy miała 9 lat, ponieważ źli chłopcy napadli ją w lesie i skrzywdzili. Pokój Pierwszej i Najlepszej Audriny (nasza bohaterka otrzymała bowiem imię po zmarłej siostrze) jest prawie jak świątynia, a znajdujący się w nim bujany fotel to miejsce katuszy żyjącej, drugiej Audriny. Ojciec zmusza ją bowiem do spędzania w bujaku wielu godzin, co ma sprawić cud i "wlać" w dziewczynkę "dar", który posiadała jej starsza siostra. Audrina bardzo stara się zadowolić ojca i dorównać starszej, idealnej, siostrze, jednak ma bolesną świadomość tego, że nigdy jej się to nie uda...  

Postacie stworzone przez autorkę są płaskie i niesympatyczne. Wciąż tylko na siebie wrzeszczą lub wręcz ryczą, ewentualnie syczą z ironią czy sarkazmem. Domownicy raczej nie lubią się wzajemnie, a Lucietta i Ellsbeth organizują co wtorek herbatkę z... nieżyjącą ciotką Mercy Marie. Dopiero, kiedy w życiu Audriny pojawia się Arden, który wprowadza się z matką do domku w lesie, wachlarz emocji rozszerza się o zainteresowanie, sympatię i wreszcie miłość. Cały czas jednak między postaciami wyczuwa się napięcie i przewagę negatywnych uczuć. 

Irytowały mnie ciągłe powtórzenia w tekście. Najbardziej chyba ojciec, w kółko rozprawiający o tym, że Audrina musi stać się pustym naczyniem. Ciągłe wracanie do Audriny Pierwszej i niekończące się rozważania drugiej Audriny nad tym, że żyje poza czasem, nie może chodzić do szkoły i nie ma pojęcia o świecie poza posiadłością jej ojca.  

W wielu miejscach fabuła ma dziury. Na przykład, najpierw dowiadujemy się, że Damian nie ma pieniędzy i nie stać go na wiele rzeczy (chociaż wielki dom jakoś jest w stanie utrzymać...), a za chwilę Audrina dostaje pozwolenie, by w końcu pójść do wymarzonej, prawdziwej szkoły i wtedy nagle znajduje się odpowiednia suma na zakup wszystkich potrzebnych do szkoły akcesoriów. A kiedy dziewczynka zaczyna chodzić do szkoły (co trwa jednak wyjątkowo krótko), temat jej nieokreślonego wieku jakoś odchodzi w niepamięć...
W kilku scenach wkradła się też niekonsekwencja, choćby w sytuacji, kiedy bohater w środku nocy ślęczy nad papierami z pracy, mówi, że weźmie zimny prysznic, który go orzeźwi, by mógł dalej pracować, a po prysznicu natychmiast kładzie się spać, czy bohaterka, która w narracji opowiada, że wzięła tylko jedną małą walizkę, by po chwili czytelnik dowiadywał się, że ktoś pomógł jej zanieść ciężkie walizy do samochodu. Niby drobiazgi, ale przy kolejnym takim "kwiatku" zaczyna to być denerwujące. 

Czego możecie spodziewać się, jeśli sięgnięcie po tę powieść? Z pewnością ponurej, przytłaczającej atmosfery, a także wątków związanych ze zbiorowym gwałtem, kalekimi i niepełnosprawnymi osobami, morderczymi schodami, elektrowstrząsami, poronieniem, kłamstwami i oszustwami, panicznym lękiem przed mężczyznami, a także porażającą wprost obawą przed nagością i pożądaniem. Ale to nie koniec, czeka Was bowiem znacznie więcej równie dziwnych tematów, o których może już nie będę wspominać.  

Mimo wszystkich tych minusów, pisarka zachowała swój największy atut, czyli manipulowanie szczegółami fabuły w taki sposób, by zainteresować czytelnika. Chociaż denerwował mnie słaby rozwój akcji i odpychający bohaterowie, to jednak czytałam, by przekonać się, jak potoczą się ich losy i czy dobrze wytypowałam zakończenie. 

W przygotowaniu jest kolejny tom "Mroczne cienie". Chyba zaczynam się obawiać, co też mogę w nim wyczytać...

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka



sobota, 3 listopada 2018

"W cieniu tamtych dni" Magdalena Majcher - recenzja



Kiedy widzę w opisie książki, że fabuła wiąże się z wydarzeniami wojennymi, a do tego jest jeszcze jakaś tajemnica z przeszłości, to jest prawie pewne, że prędzej czy później po tę historię sięgnę. Tak właśnie stało się z powieścią Magdaleny Majcher "W cieniu tamtych dni". Czy się nie zawiodłam? Po ocenie książki widać, że nie. Postaram się poniżej napisać w skrócie, dlaczego książka tak bardzo przypadła mi do gustu. 

Kiedy dwudziestoletni Mikołaj musiał na jakiś czas wprowadzić się do swojej babci Emilii, by pomóc starszej pani dojść do siebie po złamaniu biodra i związanej z tym operacji, nie spodziewał się nawet, czego dowie się o przeszłości staruszki... Babcia Mikołaja ma już 94 lata, ale mimo podeszłego wieku nie ma większych problemów z codziennymi obowiązkami. Dopiero wypadek, któremu uległa, sprawił, że pomoc wnuka okazała się konieczna. Wprawdzie starsza pani ma również córkę, matkę Mikołaja, ale Helena od lat mieszka w Paryżu i nie interesuje się zbytnio ani Emilią, ani własnym synem, którego zostawiła pod opieką swojej matki, gdy chłopiec miał zaledwie kilka lat. Teraz Mikołaj to już mężczyzna, który jednak nie do końca odnajduje się we współczesnym świecie. Jest zbyt nieśmiały, cichy i nie radzi sobie dobrze w kontaktach damsko-męskich. Aby zająć się babcią rezygnuje z wyjazdu na Mazury, który planował ze znajomymi. Miał tam bliżej poznać dziewczynę, która wpadła mu w oko, ale okazało się, że los chciał inaczej. Życie...

Czasami w powieściach dotyczących tematów okołowojennych więcej jest martyrologii i opisów dramatycznych walk niż ludzi i ich życia w tych trudnych czasach. Tym razem jednak autorka skupiła się właśnie na bohaterach, ich wyborach i konsekwencjach podejmowanych decyzji. Mamy tu relacje międzyludzkie, ludzkie dramaty i problemy rodzinne, a także wątek miłosny, który na szczęście nie zdominował całości. 

Kiedy Mikołaj znajduje na strychu pudełeczko ze starą opaską powstańczą i listami, których adresatem jest nieznany mu Krzysztof, nawet nie spodziewa się, że jego babcia Emilia ma coś wspólnego z Powstaniem Warszawskim. Okazuje się jednak, że ma i to całkiem sporo. Staruszka decyduje się opowiedzieć wnukowi swoją historię, którą trzymała w tajemnicy przez wiele lat. Przy okazji wychodzą na jaw inne sprawy, związane z życiem Mikołaja i jego matki. Podczas lektury przychodziło mi do głowy mnóstwo pytań do pojawiających się wątków. Na przykład, dlaczego Emilia tyle lat ukrywała przed wnukiem swoją przeszłość? Dlaczego Helena wyjechała do Paryża zostawiając małego synka z dziadkami? Co spowodowało chłód panujący od lat między Emilią i jej córką? Kim był Krzysztof? Jak potoczyły się losy Janka? Kto przetrwał wojenną zawieruchę, a komu ta sztuka się nie udała?

Fabuła powieści podzielona jest na dwie części. Mikołaj, jego babcia Emilia i matka Helena żyją współcześnie. I o ich tu i teraz opowiada część rozdziałów, w których poznajemy problemy oraz sytuację rodzinną całej trójki. Pozostałe rozdziały to historia Emilii, pseudonim Mila, członkini AK, która walczyła w Powstaniu Warszawskim, kochała na zabój pewnego przystojnego chłopaka i przez chwilę wierzyła w to, że świat należy do niej i jej przyjaciół, którzy wykurzą Niemców z Warszawy w kilka dni. Życie miało szybko zweryfikować jej młodzieńcze, odważne spojrzenie na świat...  

Autorka świetnie wyważyła obie płaszczyzny czasowe. Kiedy historia Mili zaczyna już przytłaczać ogromem cierpienia i bólu, który stał się udziałem bohaterów, czytelnik wraca do współczesności. Tam zaś czekają na niego zupełnie inne problemy i inna rzeczywistość, która jest mu lepiej znana, a więc łatwiejsza do przyjęcia. Magdalena Majcher nie odkrywa jednak wszystkich kart od razu. Odsłania kolejne elementy układanki powoli, co powoduje, że napięcie wzrasta z każdym rozdziałem. 

Pisarce udało się stworzyć wielowymiarowy i bardzo prawdziwy obraz życia powstańców. Plastyczne, choć niezbyt rozbudowane opisy trudnej codzienności walczących to ogromny atut tej powieści. Losy bohaterów wciągają od pierwszej strony i nie pozwalają odłożyć książki na dłużej. Rzadko zdarza mi się przeczytać książkę w kilka godzin, a tutaj tak właśnie się stało. Po prostu nie mogłam doczekać się rozwiązania wszystkich tajemnic i poznania odpowiedzi na pytania, które pojawiły się w mojej głowie podczas lektury.  

Okładka przyciąga wzrok. Przełamany obraz łączący współczesność i czasy wojenne daje do myślenia. Natychmiast skojarzyła mi się ona z projektem Teraz44, w którym jego autorzy zestawili historyczne zdjęcia miejsc w Warszawie z ich współczesnymi odpowiednikami.  

Wybaczcie Ci, którzy dotarliście do końca tej opinii, że jednak nie wyszło mi w skrócie... Ale o takiej książce warto napisać więcej :-) Polecam ją serdecznie wszystkim miłośnikom gatunku i nie tylko. Przeczytajcie ją, by przekonać się, jak to jest, gdy "tamte dni" kładą się cieniem na życiu...




Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Pascal

 

czwartek, 1 listopada 2018

"Tylko oddech" Magdalena Knedler - recenzja




Mam grono takich autorów, których książki kupuję w ciemno, jak tylko pojawia się w ich dorobku jakaś nowość. Nie zawsze dobrze na tym wychodzę, ale na to już nie mam wpływu. Ryzyk - fizyk. W końcu autor też człowiek i może mieć gorsze chwile, a w tym wypadku może się to przełożyć na słabsze powieści. Ewentualnie może się okazać, że dany autor pisze według jednego schematu, co po pewnym czasie sprawia, że jego książki stają się przewidywalne i nudne. Na takie sytuacje mam jednak sposób - przeplatam książki tego autora innymi powieściami. Wtedy jego schematyczność nie jest już tak doskwierająca. 

Pewnie zastanawiacie się, jak do tego wstępu ma się nowa powieść Magdaleny Knedler? Czy wspomniana autorka jest schematyczna? Nudna? Mogę się odnieść do tego pytania, ponieważ nie jest to pierwsza powieść z dorobku Autorki, którą przeczytałam. Mam więc porównanie i mogę śmiało stwierdzić, że Magda Knedler za każdym razem zaskakuje mnie czymś innym. Czym tym razem? Postaram się o tym pokrótce opowiedzieć poniżej. 

W najnowszej powieści Magdaleny Knedler poznajemy dwie siostry, Ninę i - młodszą od niej o 10 lat - Izę. Łączy je nie tylko pokrewieństwo, ale także tragedia sprzed dwóch lat, kiedy w wypadku samochodowym zginął mąż Izy, Szymon. Auto prowadził wtedy mąż Niny, Ernest, który obwinia się o to, co się wydarzyło. Nina zaś zastanawia się, czy Ernest przypadkiem nie szarpnął kierownicą w konkretnym celu... Czy miałby ku temu powody? Wprawdzie w ich rodzinie nie układa się najlepiej, ale czy dzieje się aż tak źle, by Ernest postanowił zakończyć problemy rodzinne w tak drastyczny sposób?...

Iza, młoda kobieta, której w tamtej chwili zawalił się cały świat, zamieszkała z matką w małym domku w lesie, z dala od ludzi i reszty świata. Dziewczyna ogranicza się do pomagania matce i nie wygląda na to, by zamierzała wrócić kiedyś do pracy i dawnego życia. Cała czwórka nie może poradzić sobie z tym, co się wydarzyło. Nie potrafią sobie wybaczyć, nie umieją oderwać wzroku od przeszłości. Sieć niejasności coraz bardziej ich oplata i przeszkadza w wyjściu na prostą. 

Pewnego dnia Nina pakuje torbę i wyrusza do domu matki. Za kilka dni wypadają jej czterdzieste urodziny, które postanawia spędzić z matką i siostrą. Sama nie wie, czy wróci do domu, do męża, ma bowiem wrażenie, że zbyt wiele jest między nimi niedopowiedzeń. Jej córka zdobywa właśnie szczyty w Tatrach. Kobieta ma więc czas na to, by zastanowić się nad wieloma sprawami, które ją dręczą. Niespodziewanie Iza prosi Ninę, by pojechała z nią na Hel, do domu, w którym jako dziecko mieszkał Szymon. Nina nie jest przekonana do tego pomysłu, bo wie o Szymonie coś, o czym nie ma pojęcia Iza... 

Czy wyprawa, którą podejmą siostry, przyniesie im odpowiedzi na pojawiające się wciąż pytania? Czy Iza dowie się, dlaczego Szymon nie podzielił się z nią szczegółami ze swojego dzieciństwa? Czy młodsza z kobiet podzieli się ze starszą siostrą informacją o tym, że Szymon ją zdradził? Jak siostry odnajdą się w obliczu prawdy, która nagle wkroczy między nie i wszystko zmieni? Odpowiedzi znajdziecie w najnowszej powieści Magdaleny Knedler, która znów uraczyła mnie świetnym wyczuciem tematu i wciągającą fabułą. 

Obiecałam napisać, co mnie w powieści zaskoczyło. Otóż, do tej pory powieści Magdaleny Knedler, które czytałam, były w dużym stopniu hiperpoprawne i ułożone. Tymczasem tutaj obie siostry momentami nie przebierają w słowach! I chociaż nie przepadam za wulgaryzmami, uważam, że tu wpasowały się w dialogi wprost idealnie. Ożywiły postacie i dodały rumieńców rozgrywającym się sytuacjom. Ileż iskier posypało się między kobietami podczas tej podróży! Naprawdę, jestem pod wrażeniem tego, jak narastało napięcie, w miarę, gdy kolejne tajemnice wychodziły na światło dzienne... A co jak co, ale tajemnice to jest to, co w powieściach lubię najbardziej. 

Ciekawym pomysłem było przekazanie narracji powieści w ręce Niny. To z jej perspektywy obserwujemy wszystko, co się dzieje w życiu sióstr. Również ona przekazuje Izie wszystko, co wie o Szymonie. Dlaczego Szymon nie podzielił się swoimi wspomnieniami z własną żoną? Co strasznego spotkało go, gdyby był małym chłopcem? Jak to na niego wpłynęło?   

Magdalena Knedler znów poruszyła tematy trudne i skomplikowane. Wplotła w tę historię problem przemocy domowej, tragedię rodzinną, wypadek ze skutkiem śmiertelnym i jego następstwa dla uczestników dramatu, a także relacje międzyludzkie i to, jak odnajdują się członkowie tej rodziny w obliczu trudności, które na nich spadają. Napotkacie tu cały wachlarz emocji i ciężkich decyzji. Ta powieść to naprawdę mocny kaliber...

Ocena książki pod względem technicznym
Ponieważ moja ocena samej powieści i jej fabuły oraz technicznej strony książki różnią się, muszę i o tym wspomnieć. Podczas lektury irytowały mnie pojawiające się w tekście dość często literówki czy "zjedzone" literki. Może ktoś uzna, że to drobiazg, ale wychodzę z założenia, że skoro książka przechodzi korektę, to takie rzeczy powinny zostać wyłapane. Dlatego tutaj moja ocena to 4/6.
Na osłodę dostałam jednak przepiękną, klimatyczną okładkę. Będzie to zatem kolejna świetna powieść Magdaleny Knedler w pięknej oprawie, która zajmie miejsce w mojej domowej biblioteczce.  


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Novae Res.