piątek, 13 lipca 2018

"Huśtawka" Agnieszka Lis - recenzja



"Huśtawka" to moje pierwsze spotkanie z Agnieszką Lis i jej twórczością. Jest to księga słusznych rozmiarów, ale tylko pozornie. Liczy sobie prawie 50o stron, jednak duża czcionka, spore marginesy i każdy rozdział startujący od nowej strony sprawiają, że czyta się ją bardzo szybko. Szybko nie znaczy jednak bezrefleksyjnie. Jest to bowiem historia o ogromnym ładunku emocjonalnym, którego nie da się ot, tak sobie przeczytać i odłożyć. 

Głównymi bohaterkami powieści są cztery kobiety, należące do trzech pokoleń. Najstarsza z nich to Wanda, nestorka rodu. Następnie mamy jej dwie córki, Małgorzatę i Katarzynę. Ostatnia zaś jest Joanna, córka starszej z sióstr, Małgorzaty. Każda z nich ma swoje życie i swoje problemy. Wanda jest wdową, której życie nie było usłane różami, choć początkowo zapowiadało się cudownie. Małgorzata i Katarzyna są od siebie tak różne, że aż trudno uwierzyć, iż są siostrami. Małgorzata jest porządnicka, dokładnicka i sztywna do bólu. Codziennie robi wszystko, by inni widzieli w niej ideał matki, żony, córki, pracownika naukowego i kobiety. Nie podejrzewa nawet, jak szybko ten pęd do doskonałości się na niej zemści. Katarzyna zaś to niebieski ptak i kot chadzający własnymi drogami w jednym. Jednocześnie jednak jest to kobieta na tyle trzeźwo stąpająca po ziemi, że bez problemu prowadzi świetnie prosperującą firmę. Joanna jest studentką, która nie potrafi rozgryźć samej siebie. Nadopiekuńcza matka sprząta, gotuje, pierze, nawet wybiera córce ubrania, które ta powinna danego dnia założyć. W konsekwencji dziewczyna nie potrafi sama o siebie zadbać, a co gorsza, nie wie, kim tak naprawdę jest. Wikła się w związki, z których nie jest do końca zadowolona. Odprawia ukochaną, wiąże się z ubóstwiającym ją chłopakiem, którego ona sama wcale nie kocha. Szamocze się z własnymi uczuciami i szuka drogi, którą powinna podążyć.   

Oprócz wspomnianych kobiet w powieści znalazło się również miejsce dla trzech mężczyzn, będących istotną częścią życia każdej z pań. Nie będę o nich jednak opowiadać, bo recenzja zrobiłabym się długa i pełna spojlerów. Wymienione przeze mnie postacie nie wyczerpują wachlarza bohaterów. Każda ze stworzonych przez autorkę osób jest dopracowana, pełna emocji, ma swój charakter i wygląd. Nie są to papierowe lalki, lecz ludzie z krwi i kości. Nie ukrywam, że nie wszystkie je polubiłam. Najbardziej irytowała mnie Joanna. Może dlatego, że nie rozumiałam jej podejścia do świata i do siebie samej? Z jednej strony pewnie trudno zbudować siebie, kiedy wszystko ma się podsunięte pod nos, ale przecież nie jest to niemożliwe. Myślę jednak, że ta postać taka właśnie miała być. Niestabilna i niepewna siebie. Niezdecydowana i irytująca. Dla mnie taka właśnie była. 



"Huśtawka" jest powieścią obyczajową z dużą dawką psychologii. Sporo miejsca autorka poświęciła relacjom między bohaterami. Nie zabrakło trudnych tematów skupionych między innymi wokół choroby nowotworowej, związku lesbijskiego, niechcianej ciąży czy problemów psychicznych. I to mi się w niej podobało, choć śledzenie toku myślenia niektórych postaci wyjątkowo mnie momentami mierziło. Tytuł powieści idealnie odzwierciedla podejmowane przez bohaterów decyzje, które pod wpływem różnych zdarzeń i odkrywanych stopniowo tajemnic rodzinnych zmieniały się jak w kalejdoskopie.  

Narrację autorka oddała w ręce Wandy. To ona opowiada o tym, co dzieje się w jej rodzinie. Jest narratorką wszystkowiedzącą, więc prezentuje czytelnikowi wydarzenia z kilku perspektyw. 

Punkt w ocenie urwałam za zabieg, którego kompletnie nie rozumiem. Fabuła powieści przedzielona została krótkimi rozdziałami, w których Wanda przemawia do czytelnika z jakiegoś nieokreślonego do końca miejsca. Domyśliłam się właściwie od razu, gdzie przebywa, ale nie to mnie denerwowało. Otóż, seniorka przemawiała w tych rozdziałach używając słów ze słownika wyrazów obcych na konkretną literę. Początkowo było to nawet zabawne i podziwiałam umiejętność autorki do tworzenia dialogów z tych właśnie wyrazów (bo Wandę w tym jej miejscu odwiedzały dwie osoby). Z czasem jednak stało się to nudne, ponieważ te rozdziały według mnie donikąd nie prowadziły. W połowie książki zaczęłam je zwyczajnie omijać, ponieważ główna fabuła bardzo mnie wciągnęła i te przerwy zwyczajnie przeszkadzały mi w śledzeniu akcji. Poza tym nie wszystkie te słowa można było z kontekstu zrozumieć, a nie miałam chęci odrywać się od czytania po to, by sprawdzić jakiś wyraz w słowniku. Gdybym miała ocenić osobno główną fabułę i te wtrącenia, to wątek podstawowy dostałby mocną szóstkę, a te dodatkowe rozdziały słabą jedynkę... Nie przypadło mi również do gustu wtrącanie przez autorkę w tekście głównego wątku nieużywanych na co dzień słów typu ineksprymable czy irrelewantna. No, chyba że tylko ja nie miałam zielonego pojęcia, co one znaczą. Na szczęście było takich wyrazów zaledwie kilka, więc sprawdziłam je z ciekawości, ale uważam, że użycie ich było zupełnie niepotrzebne. 



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona


wtorek, 10 lipca 2018

"Rutka" Zbigniew Białas - recenzja


"Pamiętnik" Rutki Laskier, uratowany przez Stanisławę Sapińską, przeczytałam jakiś czas temu. Trudno było go zdobyć, ale od czego są biblioteki. Powieść Zbigniewa Białasa nie jest jednak wiernym odtworzeniem dziennika, lecz rekonstrukcją, którą autor stworzył na jego podstawie. Wykorzystał również wspomnienia pani Stanisławy oraz informacje od redaktora pierwszego wydania zapisków nastolatki.  

Zapiski Rutki zostały ujawnione niedawno, bo 12 lat temu. Przez ponad 60 lat przechowywała je przyjaciółka Żydówki, Stanisława Sapińska. Kiedy w końcu zdecydowała się pokazać go światu, Rutka dla wielu ludzi stała się polską Anną Frank. Autor w wywiadzie dla Dziennika Zachodniego opowiadał o tym, że jego celem było wyeksponowanie nastolatki i fragmentu jej krótkiego życia, które brutalnie przerwała śmierć w obozie koncentracyjnym. Dlatego nie znajdziemy tu historycznie pogłębionych informacji o zagładzie Żydów z Zagłębia Dąbrowskiego ani wielu informacji o życiu w getcie czy sposobach przetrwania w obozie. Rzeczywiście na pierwszym planie jest Rutka, jej życie, pierwsze miłosne rozterki, niepewność jutra, próba przetrwania w coraz trudniejszych warunkach, strach, duże smutki, małe radości, cały wachlarz nastoletnich emocji. Dziennik, który prowadziła, jest na tyle krótki, że trudno było autorowi stworzyć coś dłuższego bez konieczności dodawania fikcyjnych wydarzeń, a tego nie chciał robić. Dlatego powstała powieść kameralna, o niecałych 130 stronach.
 
Nie ma tu, spotykanych w książkach o podobnej tematyce, martyrologii, heroizmu czy patosu. Jest za to codzienność Żydów będzińskich, ich troski i kłopoty. Strach przed wywózką i łapankami. Wiązanie końca z końcem, kiedy coraz trudniej godnie żyć.

Nie wiem co mam myśleć o tej książce. Na okładce jest napisane, że to zbeletryzowana forma dziennika Rutki. Może gdybym się nie nastawiła na typową powieść, odebrałabym ją bardziej pozytywnie. Tymczasem, no cóż, trochę się wynudziłam podczas lektury. I nie ze względu na tematykę, bo książki, które opowiadają o wojnie, getcie i obozach koncentracyjnych zajmują w mojej biblioteczce sporo miejsca. Po prostu nie przypadł mi do gustu sposób narracji prowadzonej przez autora. Irytowało mnie to, że co jakiś czas z opóźnieniem orientowałam się, że dany fragment to już czyjaś wypowiedź lub przemyślenia, a nie opis. Poza tym cały tekst wydawał mi się jakiś taki bezosobowy, suchy, sztuczny i pisany na siłę...
A może było tej historii po prostu za mało?

Na koniec dodam jeszcze, że książka jest pięknie wydana. Solidna, twarda oprawa sprawia wrażenie, jakby była z materiału. Kartki są szyte, a nie sklejane, dzięki czemu z pewnością przetrwa w nienaruszonym stanie przez lata.

poniedziałek, 9 lipca 2018

"Klamki i dzwonki" Magdalena Knedler - recenzja


Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia, odzywa się do Was ktoś znajomy z przeszłości, z kim nie mieliście kontaktu od lat. I ten ktoś prosi Was o pewną przysługę. Przysługą zaś okazuje się być opieka nad dzieckiem (dwunastolatką), zostanie współwłaścicielem salonu fryzjerskiego i domu. Dziwne? Na pewno niecodzienne. Coś takiego po prostu się nie zdarza, a tymczasem Elizie właśnie się przytrafiło...

Eliza Ostaszewska to bibliotekarka i poetka. Wydała tomik wierszy (za własne, ciułane przez wiele lat, pieniądze), które dopiero co czytała podczas kameralnego spotkania autorskiego w zaprzyjaźnionym pubie. Żyła sobie bezpiecznie w swoim własnym świecie, pełnym książek i poezji, a czasem także problemów życia codziennego przejawiających się głównie brakiem pieniędzy i samotnością. I to dość spokojne, zwyczajne życie wywraca do góry nogami jeden telefon. Dzwoni nieznany jej lekarz i prosi o przybycie do szpitala. Do kogo? Do kogoś, kogo Eliza dobrze zna, choć kontakt ten urwał się kilkanaście lat temu. Dlaczego się urwał? O co chodzi? Autorka wszystko opisuje, więc nie będę tu tworzyć spojlerów :-)


Lektura kolejnej książki Magdaleny Knedler zobowiązuje, więc poczytałam o autorce w sieci. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to to, że gdybym się przy niej odezwała, natychmiast usłyszałaby, że seplenię, chociaż sama nie wiedziałam o tym fakcie długie lata :D Usłyszałaby, uchem logopedy i nauczycielki dykcji (fajny zawód!). 

Dobrze jest trochę wiedzieć o autorze, którego książki lubi się czytać. Można wtedy oprócz zgłębiania fabuły dopatrzeć się w powieści jakichś powiązań z samym pisarzem. Wtedy staje się on jakiś taki bliższy, bardziej "swój", nie uważacie? Lubię częste nawiązania autorki do malarstwa (na którym kompletnie się nie znam), filmu i muzyki (tu już jest trochę lepiej) czy literatury (tu czuję się całkiem nieźle). Nieustająco podziwiam szerokie zainteresowania pani Magdy i umiejętność opowiadania o nich w tak prosty sposób. Nie znajdziecie w tych książkach żadnych specjalistycznych czy napuszonych wywodów. Będzie za to piękny język, jasny przekaz i mnóstwo emocji. Gwarantuję.

O "Klamkach i dzwonkach" słyszałam już jakiś czas temu, kiedy odkryłam twórczość Magdaleny Knedler. Były to same pozytywne opinie, więc, tradycyjnie, podchodziłam do niej jak pies do jeża. Jednak mimo niepewności, (bo jak ktoś tak tylko chwali i chwali, to często wychodzi, że te peany były przesadzone), ciągle mi te dzwonki w głowie grały. I w końcu, na swoje szczęście, podjęłam decyzję o lekturze.

"Klamki..." to piąta powieść autorki, ale nie czytam książek Magdy Knedler w kolejności ich wydania. Przytulam te, które akurat są w moim zasięgu. Nie żałuję lektury żadnej z nich. Macie tak czasami, że czytacie książkę, bo głupio nie skończyć, jak się już zaczęło, ale żałujecie zmarnowanego na nią czasu? Tutaj takie zjawisko nie występuje. Każda powieść jest inna, wyjątkowa. Otwierając kolejną mam pewność, że czymś mnie zaskoczy, zaczaruje i wciągnie w wir zdarzeń, zanim zdążę się zorientować. Nie inaczej było i tym razem. Eliza, Helena, Oleński, Albert, Dagny, Paulina, Agata i Gabriela to kolejny zestaw bohaterów pełnych emocji. Każda z tych postaci ma swoje miejsce w powieści, wszystkie są dopracowane do tego stopnia, że można sobie łatwo wyobrazić, jak wyglądają, jak się zachowują. Majstersztyk. Co najbardziej podobało mi się w Elizie i Albercie? Cecha, którą mieli oboje. Prowadzenie wewnętrznych monologów. Chciałabym to zobaczyć! Człowiek, który gada sam ze sobą w myślach musi zabawnie wyglądać, skoro inni bohaterowie to dostrzegali i reagowali na te ich wewnętrzne dyskusje. 

Polecam, choć uprzedzam równocześnie, że to nie jest książka z serii "łatwych i przyjemnych". To historia o trudnych wyborach, śmierci i samotności, ale także o miłości, przyjaźni i cieszeniu się każdą chwilą, którą dane nam było przeżyć.    

I powiem jeszcze, że byłby z tej książki fajny film. Idę szukać kolejnej historii autorstwa Magdaleny Knedler. Chyba się uzależniłam...


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae res



Recenzja powstała w ramach kampanii społecznej promującej czytelnictwo #wakacjezksiążką, zorganizowanej przez 
oraz 
Klub Książki PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ


czwartek, 5 lipca 2018

"Internat" Izabela Degórska - recenzja



"Pożerasz książki? Uważaj! Ta książka może pożreć ciebie!"


I jak tu nie sięgnąć po książkę z takim opisem? Jasne, miałam obawy, że to chwyt marketingowy mający na celu wyłapanie takich maniaków jak ja, ale postanowiłam zaryzykować. 

Lubię książki z tajemnicą, trochę upiorne, ale nie w sensie krwawej jatki, tylko takiego wewnętrznego niepokoju, który wyziera zza rogu. Wiecie o co mi chodzi? :) Tutaj już okładka obiecuje to, co tygryski lubią najbardziej. A z każdą kolejną kartką przekonywałam się, że to był świetny wybór.

Bohaterka powieści, Wiktoria, studiuje socjologię i właśnie pracuje nad swoją pracą magisterską. Jej tematem jest nietypowe zjawisko, fascynacja młodych dziewcząt pewną powieścią, pochodzącą sprzed wielu lat. Jej czytelniczki tworzą swego rodzaju subkulturę, w ramach której spotykają się, rozmawiają o fabule i postaciach, przebierają się w stroje z czasów opisywanych w książce, aktywnie działają w mediach społecznościowych. Wiktorię tak zainteresował ten ruch, że postanowiła o nim właśnie pisać pracę magisterską. Ale jak tu pisać o powieści, której się nie zna? Wiktoria wypożycza więc uwielbianą przez rzesze nastolatek powieść w bibliotece. Niestety, książka dostępna jest tylko w czytelni i jest tak cenna, że można ją przeglądać jedynie w rękawiczkach, pod czujnym okiem bibliotekarki. Wika jednak wścieka się na głupią zasadę białych rękawiczek i, wykorzystując nieuwagę bibliotekarki, zdejmuje je. Kiedy jednak dotyka "Internatu", dzieje się coś niezwykłego. Nagle kobieta orientuje się, że nie znajduje się już w bibliotece... Gdzie zatem wylądowała? W... internacie. Okazuje się, że "zasiedliła" ciało jednej z uczennic, Anny Wolf, a wokół szkoły z internatem rozciąga się bariera, która nie pozwala nikomu wyjść poza jej teren. O powrocie do realnego świata w ogóle nie ma mowy. Wiktoria - Anna poznaje zatem ten nowy, bardzo okrojony świat i próbuje znaleźć sposób wydostania się z upiornego internatu. 
Jak w tym czasie funkcjonuje ciało kobiety w realnym świecie? Kto wykorzysta okazję, by przeniknąć z internatu do rzeczywistego świata? Kto ruszy na pomoc Wiktorii i czy zdoła ją uratować? Kim lub czym są "pustaki"? Czy uwięzione w internacie dusze zdążą wydostać się przed chwilą, w której szkoła zniknie, by pojawić się znów, uwięziona w pętli czasu, w kolejnym roku szkolnym? 

Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedź w powieści. Gwarantuję, że nie będzie się nudzić, bo akcja jest wartka, a dialogi dynamiczne i zabawne. Świetnie obserwuje się przemyślenia bohaterki związane z funkcjonowaniem w powieści. Bardzo podobały mi się różne drobiazgi tworzące klimat, choćby spostrzeżenia Wiktorii dotyczące życia według poszczególnych rozdziałów. W internacie bowiem mogło się wydarzyć tylko to, co było opisane w książce. Jeśli zaś ciąg zdarzeń odbiegał znacznie od fabuły książkowej (co zdarzało się, kiedy tylko Wiktoria wkraczała do akcji), niektóre postacie zawieszały się lub zapętlały, w kółko powtarzając te same sekwencje ruchów. 


Autorka pisze lekkim i prostym językiem, więc historię pochłania się bardzo szybko. Niestety trafiają się literówki i zeżarte litery, ale nie jest tego dużo, więc nie przeszkadza w lekturze. Jest też kilka wulgaryzmów (uprzedzam na wypadek, gdyby ktoś chciał podrzucić tę książkę do czytania młodszej młodzieży), ale użytych dla podkreślenia wagi sceny czy uwydatnienia emocji targających danym bohaterem ;) 

Posłuchajcie trzech fragmentów książki:




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res

piątek, 29 czerwca 2018

Garstka powróciła do domu, czyli pierwszy book tour za nami!

"Nic człowieka tak nie charakteryzuje, 
jak rodzaj zabawy, której szuka."

Kazimierz Przerwa-Tetmajer


Czyli co? Mam rozumieć, że skoro zakochałam się w book tourach, to jestem nieuleczalnie uzależniona od książek i jeszcze wciągam w to innych, równie zakręconych na punkcie czytania, ludzi? Mam nadzieję, że tak :D 
Myślicie, że jest osobne niebo dla książkoholików? ;-)


Dzisiaj oficjalnie zakończył się mój pierwszy book tour, w którym wysłałam w podróż po Polsce Magdę Garstkę z powieści Anety Jadowskiej pt. "Trup na plaży i inne sekrety rodzinne." Dotarła do mnie paczka od ostatniej uczestniczki i padłam, kiedy zobaczyłam jej zawartość. Uczestniczki zabawy dołączały do przesyłek drobiazgi dla kolejnej czytelniczki, a także dla mnie. Prezenty przewędrowały więc wraz z książką właściwie cały kraj, zanim zakotwiczyły u mnie.

Garstka wyruszyła ode mnie, z niewielkiej miejscowości na południu Polski, niedaleko Katowic i Częstochowy, do Olsztynka, gdzie gościnnie przyjęła ją Wiola. Następnie książka powędrowała jeszcze wyżej na mapie, bo do Gdańska, do Kasi. Znad morza (w końcu o Ustce tam czytamy, więc bez morza ani rusz!) udała się w drogę do stolicy, gdzie odebrała ją druga Kasia, a po lekturze odesłała do Magdy, do Wrocławia. Przyznacie, że niezła trasa? A to jeszcze nie był koniec! Garstka, zaopatrzona w kolejne niespodzianki, wylądowała w Poznaniu, u Oli, a stamtąd pojechała do Libuszy, do Marysi. Libusza, kochani, znajduje się w województwie małopolskim, więc na mapie znacznie niżej i bardziej na prawo niż moje miasteczko). Marysia zaś posłała książkę do Joli, do Łodzi, gdzie Garstka miała okazję znaleźć się na Warszawskich Targach Książki i spotkać się ze swoją twórczynią, Anetą Jadowską! Zupełnie tego nie planowałam, ale kiedy Jola napisała do mnie wiadomość z pytaniem, czy chciałabym mieć autograf pisarki w książce, nie zastanawiałam się ani minuty :D Z Łodzi, po warszawskich atrakcjach, Garstka pojechała do Gliwic, gdzie czekała na nią Sabina. I właśnie Sabina nadała paczkę z książką i wszystkimi dołączonymi na trasie skarbami do mnie.

Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo byłam ciekawa, co znajdę w środku! I co powitało mnie zaraz po otworzeniu pudełka? No, jakżeby inaczej! Krówka :D


Poniżej wstawiam kolaż ze skarbów, które ofiarowały mi uczestniczki zabawy i autorka książki. Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za każdą niespodziankę, którą zechciałyście mi podarować :-) Zadbałyście nie tylko o mnie, ale także o moją kolekcję zakładek, która powiększyła się naprawdę znacznie o fantastyczne okazy *.*




Największe zaskoczenie tej zabawy? Chyba to, jak wygląda książka po tej podróży. Do tej pory wszystkie książki, jakie widziałam, uczestniczące w różnych book tourach, były pełne zaznaczeń i podkreśleń zrobionych długopisami, pisakami, kredkami, a zdarzały się nawet komentarze zawierające mniejsze lub większe spojlery. A tutaj? Uczestniczki zaznaczyły całe mnóstwo świetnych fragmentów, ale zrobiły to kolorowymi zakładeczkami i delikatnymi ołówkowymi zaznaczeniami :-) Bardzo miło było przewracać kolejne kartki i porównywać oznaczone cytaty z tym, co sama najlepiej zapamiętałam z lektury.

Z uśmiechem czytałam krótkie liściki od uczestniczek, które utwierdziły mnie w tym, że organizacja tego book toura to był naprawdę dobry pomysł. Nie dość, że śledzenie drogi książki było bardzo emocjonujące, to jeszcze poznałam kilka naprawdę świetnych osób! I dlatego już jutro zaczynamy kolejną zabawę, również z kryminałem, ale innej autorki. Ciekawe, jak potoczy się podróż następnej książki.