wtorek, 16 czerwca 2026

"Zanim wróci echo win" Marlena Wittstock - recenzja [PATRONACKA]


Tytuł: "Zanim wróci echo win"
Autor: Marlena Wittstock
Gatunek: powieść obyczajowa
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Szara Godzina
Cykl: Na Pomorzu, tom 1

Moja ocena: 6/6

"Zanim wróci echo win" to pierwszy tom cyklu Na Pomorzu Marleny Wittstock, autorki trylogii Pewnego razu w Wolnym Mieście. Dla mnie to pierwsze spotkanie z piórem tej pisarki, ale już mogę stwierdzić po lekturze pierwszego tomu, że niezwykle udane.

Mamy rok tysiąc dziewięćset dwunasty. Życie trzech głównych bohaterek tej historii nieodwracalnie zmienia się, kiedy w przeddzień ślubu umiera Ignacy Dobrowolski, narzeczony pierwszej z nich, Antoniny Brzezińskiej. Nagła śmierć mężczyzny pogrąża Ninę w żałobie na znacznie dłużej, niż wymaga tego tradycja. Kobieta nie potrafi pogodzić się ze stratą, ale życie toczy się dalej, a majątek rodowy wymaga prowadzenia, na które nie potrafi się zdobyć ojciec Antoniny. Pan Brzeziński wycofuje się z życia po śmierci zmarłej w połogu żony i dopiero co narodzonego synka. Nina, jako starsza z córek, odkłada na bok swój ból i cierpienie, aby przejąć obowiązki ojca i wraz z zarządcą majątku, Sewerynem, robi wszystko, aby majątek nie poszedł na zmarnowanie. Jej młodsza siostra, Matylda, wprawdzie nie ma głowy do prowadzenia gospodarstwa, ale pomaga, jak potrafi i bardzo martwi się o Ninę. Jest dziewczyną pełną buntu wobec uległej roli przeznaczonej kobietom i nie wyobraża sobie, aby sama miała kiedykolwiek stać się żoną, co postrzega jako niewolę i ubezwłasnowolnienie. Poza tym ma przeczucie, że śmierć Ignacego nie była wypadkiem, jednak mimo prowadzonego prywatnego śledztwa wciąż brakuje jej dowodów na potwierdzenie tej teorii. Trzecia bohaterka to osobista pokojówka Niny, Rozalia, która dźwiga na swych barkach ciężar nieszczęśliwej miłości i skrywa tajemnice, które mogą zniszczyć życie wszystkich trzech kobiet.

Autorka świetnie przedstawiła tło społeczno-historyczne, dzięki któremu poznajemy nastroje panujące w tym trudnym przedwojennym czasie, kiedy Polska nie istniała na mapach, a bycie Polakiem stanowiło niemałe wyzwanie. Nasi bohaterowie (poza trzema kobietami w majątku przebywa sporo innych osób) mieszkają na terenie Prus Zachodnich i muszą podporządkować się panującym tam pruskim zasadom. Ich życie jednak wypełniają zawirowania nie tylko polityczne, ale także społeczne i rodzinne. Konsekwencje podejmowanych przez nich decyzji okażą się brzemienne w skutki i niejednokrotnie wpłyną na życie wielu osób.

Portrety trzech bohaterek są dopracowane i pozwalają szybko polubić zarówno siostry Brzezińskie, jak i Rozalię. Opis ich losów powoli odsłania przed czytelnikiem wydarzenia, które stają się motorem kolejnych zdarzeń i rzucają światło na powody podejmowanych przez nie decyzji. Życie trzech bohaterek wypełnia cały wachlarz emocji, dzięki którym stają nam się one bliskie. Niezłomna Nina, która nie pozwala sobie na słabość, choć w gruncie rzeczy jest wrażliwa i bardzo cierpi po stracie ukochanego. Matylda, która boi się, że jeśli obdarzy uczuciem jakiegoś mężczyznę, zostanie zmuszona, by wyjść za niego za mąż, a to będzie jak kajdany założone na jej potrzebę wolności i niezależności. I wreszcie Rozalia, która jako pokojówka nie ma prawie nic, oprócz dźwiganego w tajemnicy cierpienia, a najbardziej nas zaskoczy związaną z jej życiem tajemnicą.

Wbrew pozorom jest tu też sporo zabawnych scen i dowcipnych dialogów, a zatem równowaga między trudnymi tematami a humorystycznymi zdarzeniami została zachowana. Najbardziej chyba podobał mi się dialog między Matyldą a Michałem Dobrowolskim, kiedy mężczyzna ratował młodszą pannę Brzezińską z niezłej opresji ;-) 

Trzy kobiety, trzy ścieżki, a w tle wojna, dylematy, nieodwracalne zmiany i splatające się nici, tworzące sieć pełną lęku, samotności i poczucia straty. Czy Nina, Matylda i Rozalia zdołają przetrwać trudny czas zmian zachodzących w ich życiu i na świecie? Jak potoczą się ich losy i czy znajdzie się w nich miejsce na odrobinę radości i szczęścia? 

Zachęcam do lektury pierwszego tomu cyklu Na Pomorzu, a sama z niecierpliwością czekam na część drugą.        


Za możliwość przeczytania książki i patronowania jej dziękuję Wydawnictwu Szara Godzina


niedziela, 7 czerwca 2026

"Tajny szpital" Danuta Chlupowa - recenzja


Tytuł: "Tajny szpital"
Autor: Danuta Chlupowa
Gatunek: powieść obyczajowa z wątkami historycznymi
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Książnica
Cykl: Pielęgniarki, tom 2

Moja ocena: 6/6

Powieści Danuty Chlupowej zawsze uczą mnie czegoś nowego. Mariaż fikcji literackiej z prawdziwymi wydarzeniami to jedno z moich ulubionych połączeń w książkach. Tym razem poznałam historię tajnego szpitala, który działał w Dziwnowie na wyspie Wolin po II wojnie światowej i przyjął ogromną liczbę uchodźców z Grecji, którzy zostali ranni podczas walk w tamtejszej wojnie domowej. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu.

Główną bohaterką drugiego tomu cyklu Pielęgniarki jest Liliana Skowrońska, córka znanego okulisty i profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego. Romuald Skowroński jest dodatkowo pasjonatem esperanto. Podczas konferencji poświęconej temu międzynarodowemu językowi poznaje młodego chirurga z Grecji, Steliosa Kyriakosa, którego zaprasza do domu. Liliana jest pod wrażeniem przystojnego gościa i szybko rodzi się między nimi uczucie. Niestety sprawy polityczne nie układają się dobrze i szybko okazuje się, że między tych dwoje młodych ludzi brutalnie wdziera się Hitler ze swoimi planami zawładnięcia światem. Wojna rozdziela Steliosa i Lilę, zostawiając im namiastkę bliskości w postaci rzadko wysyłanych listów. Liliana postanawia nauczyć się greckiego, aby mogła zrobić ukochanemu niespodziankę, pisząc do niego w jego ojczystym języku. Tymczasem wojna wdziera się w życie rodziny Skowrońskich z całą mocą. Profesor zostaje wywieziony do obozu koncentracyjnego, a Liliana z matką muszą opuścić dotychczas zajmowane mieszkanie i przenieść się do znacznie gorszego lokum. Tam czekają na powrót Romualda, próbując przetrwać w wojennych warunkach.

Podczas lektury obserwujemy losy profesora w obozie, życie Liliany, która podejmuje pracę pielęgniarki w szpitalu jenieckim PCK, troski rodziny Skowrońskich po powrocie profesora i emocje związane z milczeniem Steliosa. 

W szpitalu, wśród pacjentów, Liliana spotyka kolegę sprzed lat, Wojtka. Grecka namiętność już dawno wywietrzała jej z głowy, a zastąpiła ją ciężka praca w szpitalu. Relacja z Wojtkiem nie jest dla młodej Skowrońskiej przyszłościowa, chociaż mężczyzna widzi to zupełnie inaczej. Czy przekona koleżankę do zacieśnienia więzi? Jak potoczy się leczenie Wojtka? I czy Stelios żyje? 

Życie Liliany zmienia się diametralnie kilka lat po wojnie, kiedy zostaje wysłana nad morze, na tajną misję. Nie może zdradzić nawet rodzicom, dokąd trafiła, ani co tam robi. Sama początkowo nie ma pojęcia, czym będzie się zajmować i przede wszystkim, dlaczego wybrano właśnie ją, skoro wszystkie pozostałe pielęgniarki służą w wojsku, a ona jest cywilem. Wszystko powoli zaczyna się wyjaśniać, kiedy kobieta trafia na wyspę, gdzie czeka na nią miejsce pracy w tajnym szpitalu... 

Drugi tom cyklu można czytać bez znajomości pierwszego, chociaż są drobne odniesienia do tamtej fabuły. Proponuję jednak sięgnąć również po "Słoneczne tarasy", gdzie poznacie historię innej pielęgniarki i jej koleżanek.  

Ta opowieść na długo pozostaje w pamięci. Z niecierpliwością czekam na trzeci tom.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Książnica

środa, 3 czerwca 2026

"Dobra samarytanka" John Marrs - recenzja


Tytuł: "Dobra samarytanka"
Autor: John Marrs
Gatunek: thriller psychologiczny
Liczba stron: 496 
Wydawnictwo: Czwarta Strona

Moja ocena: 6/6

Kiedy życie zaczyna dopiekać, zazwyczaj szukamy sposobu, aby sobie pomóc. Szukamy smakołyków, którymi można "zajeść" chandrę czy stres, sięgamy po alkohol, uciekamy w wirtualny świat, zabieramy się za czytanie książek, których fabuła oderwie nas od trudnej rzeczywistości, gapimy się bezmyślnie w sufit albo rozglądamy się za kimś, kto nas wysłucha. Istnieją telefony zaufania, gdzie potrzebujący mogą zadzwonić i porozmawiać z osobą przeszkoloną w kierunku wspierania w trudnych sytuacjach. Co jednak, jeśli zamiast podniesienia na duchu człowiek trafi na podpowiedź, jak najlepiej... odebrać sobie życie?

Laura Morris pracuje w telefonie zaufania o wieloznacznej nazwie "Ostatni przystanek". Ludzie dzwonią tam, by zwierzyć się ze swoich trosk, usłyszeć, że mają po co żyć i poczuć się lepiej. Konsultanci są uczeni podczas szkoleń, aby w razie czego nie kwestionować podczas rozmowy decyzji ludzi o popełnieniu samobójstwa. Mają wysłuchać klienta i przy nim być.

Laura ma zupełnie inne priorytety podczas tych rozmów. Świetnie wie, jakich powinna używać zwrotów, jakie dobierać słowa, aby jej wypowiedzi były wspierające i motywujące do życia, ale zdecydowanie nie o to jej chodzi. Laura, kiedy trafi na odpowiednią osobę po drugiej stronie linii telefonicznej, zrobi wszystko, aby pomóc jej... umrzeć, a przy okazji być na linii, aby usłyszeć jej ostatni oddech. Trochę straszne, prawda?

Autor oprócz wątku pracy Laury w telefonie zaufania stworzył również historię jej rodziny: męża i dwóch córek oraz niepełnosprawnego syna. Długo nie wiemy, dlaczego ich relacje są pogmatwane, ale sporo się tu dzieje. Bardzo podobało mi się stopniowe ujawnianie elementów układanki. Nakombinowałam się trochę, rozważając wszystkie pojawiające się w tekście podpowiedzi i niejasne sytuacje. Marrs bardzo umiejętnie żongluje kolejnymi informacjami z życia tej rodziny, odkrywając bardzo niewygodne tajemnice. 

Atmosfera powieści jest duszna i niepokojąca. Laura od początku sprawia wrażenie nie do końca zrównoważonej, ale to, co wymyślił dla niej autor, przechodzi ludzkie pojęcie. Choć początkowo akcja jest mało dynamiczna, to stopniowo wkręca czytelnika w tryby przerażającego mechanizmu. Po lekturze rozumiem, że ten dość powolny wstęp był konieczny do zrozumienia opisanego ciągu zdarzeń. Strach pomyśleć, że coś takiego mogłoby się wydarzyć naprawdę...

Sięgnijcie po ten thriller, a dreszczyk emocji macie gwarantowany.    


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona

niedziela, 31 maja 2026

"Panie kocie, jak żyć? Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach" Joanna Szczerbaty - recenzja


Tytuł: "Panie kocie, jak żyć? Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach"
Autor: Joanna Szczerbaty
Gatunek: poradnik
Liczba stron: 208
Wydawnictwo: MANDO

Moja ocena: 5/6

Należy zacząć od tego, że książka "Panie kocie, jak żyć? Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach" autorstwa Joanny Szczerbaty nie jest typowym poradnikiem. Postanowiłam sięgnąć po niego, ponieważ lubię oglądać filmy z kotami autorki na FB i bawią mnie ich rozmowy lub monologi. Byłam ciekawa, co zawiera książka, w której znane mi z filmów zwierzaki "dostały głos".

Książka podzielona jest na rozdziały, a każdy z nich składa się z dwóch części: kociej i ludzkiej perspektywy danego problemu. Wiele z poruszonych typowo kocich tematów było dla mnie nowością, ponieważ nigdy nie miałam szczególnie bliskich relacji z żadnym kotem. Mogę powiedzieć, że mam jakie takie pojęcie o ich zwyczajach, ale szału nie ma. Tym bardziej były to dla mnie ciekawe fragmenty, choć pewnie każdy kociarz świetnie te wszystkie rzeczy zna i nie były dla niego żadnym odkryciem. 

Porównanie kotów z ludźmi to ciekawy pomysł, chociaż jako ludzie wypadamy tutaj dość marnie. Po lekturze można by stwierdzić, że koty we wszystkim są lepsze od człowieka. Tak przynajmniej uważa nasz koci narrator. Jeśli się jednak dokładniej przyjrzeć i przeanalizować przytoczone w tekście sytuacje i zachowania, to niestety - kot może mieć rację...

Jeśli macie ochotę na lekki i żartobliwy poradnik w zupełnie innym stylu, to kocie wywody mogą przypaść Wam do gustu. Szczególnie, kiedy w opisywanych przez kota ludziach odnajdziecie swoje własne zachowania. Każdy rozdział zawiera również dawkę informacji typowo psychologicznych, od pani Joanny, więc całość stanowi naprawdę przyjemny w odbiorze zestaw interesujących informacji zakresu psychiki i zachowań. 

środa, 20 maja 2026

"Król tanga" Sylwia Trojanowska - recenzja [PREMIEROWA]


Tytuł: "Król tanga"
Autor: Sylwia Trojanowska
Gatunek: powieść biograficzna
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Marginesy

Moja ocena: 6/6

"Król tanga" to zbeletryzowana biografia popularnego w latach 40. XX wieku szczecińskiego piosenkarza, Tadeusza Millera, skromnego mężczyzny z ogromnym talentem, którym tak krótko obdarowywał melomanów. Nagrał ponad sześćdziesiąt piosenek, które szybko stały się przebojami. Miano króla tanga otrzymał, ponieważ niezrównanie interpretował właśnie ten gatunek muzyczny. Jego błyskotliwą karierę przerwał tragiczny wypadek, w którym Miller zginął, mając zaledwie trzydzieści dwa lata. Być może to właśnie było powodem, iż zapomniano o nim na długie lata. Intensywna, lecz zbyt krótka to była kariera, aby zdążył zapisać się w pamięci kolejnych pokoleń.   

Kiedy Tadeusz wraz z żoną Luną jechali po wojnie do nieznanego im wtedy Szczecina, nie wiedzieli na co się piszą, co czeka ich na miejscu i jak poradzą sobie w powojennej rzeczywistości. Jechali z obawami, ale także z nadzieją na powrót do normalności po strasznych przeżyciach, które ich spotkały podczas wojennej zawieruchy. Pierwszym wsparciem na miejscu, w obcym mieście, była dla nich siostrzenica Luny, Basia, której wojna również nie oszczędziła. 

Po początkowych perturbacjach związanych z adaptacją w nowym miejscu, Millerowie w końcu zaczęli układać sobie życie na nowo. Już samo zdobycie wypatrzonego mieszkania okupione zostało ogromnymi emocjami. Uznali, że to znak, kiedy zobaczyli w nim pianino i dopięli swego. Lokum z instrumentem ostatecznie stało się ich własnością.  

Tadeusz marzył o pracy związanej z muzyką, którą tak kochał. Droga do śpiewania była jednak długa i wyboista. Kiedy trafił na posadę urzędnika w radiu, los się do niego uśmiechnął. Nie dość, że udało mu się również zaczepić w restauracji, gdzie grał i śpiewał dla klientów, przypadek zrządził, że pewnego dnia zaproponowano mu zaśpiewanie w radiowym koncercie życzeń i... sprawy ruszyły z kopyta. 

Nagle pociąg do sławy wystartował i rozpędzał się coraz bardziej. Gdyby w tamtych czasach było pendolino, chyba można by je porównać do tempa wydarzeń, które rozgrywały się w życiu Tadeusza. Jak mężczyzna przyjął nagłą popularność? W jaki sposób te niespodziewane zmiany wpłynęły na Lunę i jej uczucie do męża? Czy Tadeusz dał się porwać marzeniu? Ile zdążył zrobić, zanim jego życie zostało tak brutalnie zakończone?

Choć oś czasu w tym przypadku nie jest zbyt długa, dużo się dzieje w tej historii. Co można o niej powiedzieć na pewno, to to, że była niesamowicie intensywna, momentami aż nie do wytrzymania. Wiele razy myślałam sobie, że zwykły człowiek nie udźwignąłby tego ciężaru, który niósł na barkach Miller. Sądzę, że siłę czerpał z ogromnej pasji, prosto z serca, które wypełnione było muzyką po brzegi. 

Cieszę się, że mogłam poznać historię Tadeusza i Luny Millerów, którą Sylwia Trojanowska przywróciła do życia po osiemdziesięciu latach zapomnienia. Opowieść, którą pisarka stworzyła dla nas na podstawie pozostawionych przez Millerów materiałów, jest na wskroś prawdziwa i pełna emocji. Zostaje na długo w pamięci, gdzie mości sobie gniazdko i pozwala powoli uwalniać się obrazom, które powstają jeszcze długo po lekturze.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy i Autorce