poniedziałek, 19 listopada 2018

"Wioletka na tropie zbrodni" Katarzyna Gurnard - recenzja


"Zawsze jest jakieś rozwiązanie, 
tyle że wymaga elastyczności".

Na książki autorstwa Katarzyny Gurnard zwróciłam uwagę jakiś czas temu, kiedy swoją premierę miała powieść "Pani Henryka i morderstwo w pensjonacie". Tytułowa bohaterka natychmiast skojarzyła mi się z moją ulubioną detektyw, Panną Marple. Nie miałam jeszcze okazji po nią sięgnąć, ale po lekturze "Wioletki na tropie zbrodni" czuję się zmotywowana, by poznać również panią Henrykę :-)

Wioletka szybko stała mi się bliska, ponieważ też miałabym poważny problem z pracą w takim miejscu, jakim była fabryka Słodka Babeczka. Chociaż wiele osób pracujących w cukierniach przekonywało mnie już, że te słodycze naprawdę w końcu się nudzą, jakoś im nie wierzę... W związku z tym nie szukałabym zatrudnienia w miejscu, gdzie od ręki dostępne są tak kaloryczne produkty, bo w moim przypadku byłoby to po prostu samobójstwo. I dlatego poznajemy Wioletkę w chwili, kiedy kończy jej się okres wypowiedzenia w fabryce.

Do zakończenia współpracy ze Słodką Babeczką zostało jej zaledwie kilka dni. Wioletka żałuje posady, bo trafiła na świetną ekipę, ale pochłanianie niezliczonej ilości babeczek każdego dnia w widoczny sposób odcisnęło się na jej wadze i sylwetce. Podjęła zatem tę, jakże trudną, decyzję dla własnego dobra. Ponieważ dziewczyna jest miłośniczką nie tylko wszelakich słodkości, ale także kryminałów i zagadek w nich zawartych, jej uwagę przykuwa dziwne zachowanie kolegów z pracy. Zaczyna obserwować kilka osób, które wydają jej się wyjątkowo podejrzane. Splot wydarzeń doprowadza ją do pewnych wniosków... 

Nie zdradzę finału tej sprawy, jednak mogę zagwarantować, że to nie będzie jedyna zagadka, którą przyjdzie rozwiązać samozwańczej pani detektyw. W dodatku, w przypadku kolejnej zagwozdki, nie zabraknie niebezpiecznych narzędzi zbrodni, krwi i wachlarza podejrzanych.  

"Wioletka na tropie zbrodni", jak już wspomniałam na początku, to moje pierwsze spotkanie z Katarzyną Gurnard. Muszę przyznać, że bardzo udane. Język powieści jest prosty i chociaż zdarzają się powtórzenia w tekście, to nie kłują specjalnie w oczy. Czyta się szybko i przyjemnie. Wiele razy ubawiłam się towarzysząc poszczególnym bohaterom i czytając ich dialogi. Zatem wszelkie warunki komedii kryminalnej zostały spełnione. 

Tworząc postacie Autorka wykorzystała sporo ludzkich przywar, które podane w odpowiedni sposób bawią, a nie denerwują. Mamy tu więc podsłuchujące sąsiadki z upodobaniem piszące donosy do wspólnoty mieszkaniowej (czyli osiedlowy monitoring, który zawsze czuwa), zmagania tytułowej bohaterki z dietami-cud czy problem z niesnaskami w rodzinie. Zupełnie jak za drzwiami naszych mieszkań w blokach z wielkiej płyty. Połączenie kryminalnej zagadki z codziennymi sprawami, występującymi chyba w każdej ludzkiej społeczności, to był strzał w dziesiątkę. 

Wbrew pozorom intryga zaproponowana przez Autorkę wcale nie była taka oczywista. Głowiłam się przez cały czas, kto zabił, ale nie połączyłam wszystkich faktów tak, by otrzymać opis całej zbrodni. Jednak zabawa podczas lektury była przednia. Może też powinnam sobie zrobić tablicę korkową, jak z serialu kryminalnego, w jaką zaopatrzyła się Wioletka? 

Polecam na długie listopadowe wieczory tym, którzy lubią zabawne, lekkie historie z odrobiną kryminału. 


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Autorce i Wydawnictwu Lira

wtorek, 13 listopada 2018

"Lwowski ptak" Piotr Tymiński - recenzja




Przeczytałam wiele powieści i pamiętników wojennych, lecz właściwie wszystkie związane były z II wojną światową. Tym razem miałam możliwość poznania innej walki w obronie Ojczyzny. Czy ta historia zapadła mi w serce? Czy może żałowałam, że po nią sięgnęłam? Tak, żałowałam. Głównie tego, że nie potrafię czytać szybciej, tak bardzo porwały mnie losy piętnastoletniej bohaterki powieści. I jeszcze tego, że kompletnie nie znam Lwowa i nie mogłam sobie w pełni wyobrazić miejsc, o których pisał Autor. 

Piętnastoletnia Antonina ma serce na właściwym miejscu. Bije ono nie tylko dla rodziny i przyjaciół, jak to bywa u nastolatków, ale również, a może przede wszystkim dla Ojczyzny, którą jest Polska. Dziewczyna mieszka jednak we Lwowie, który jest właśnie bezlitośnie niszczony i przejmowany przez Ukraińców. Towarzyszymy Tońce przez 22 dni listopada 1918 roku. W tym czasie dziewczyna dołącza do walczącej młodzieży, aby dorzucić swoją cegiełkę do obrony ukochanego miasta, będącego dla niej ostoją polskości. Ponieważ początkowo nikt nie chce jej w swoich szeregach, przebiera się w strój starszego brata, ścina piękny warkocz i jako Hipolit udaje się na front, gdzie zawsze ląduje tam, gdzie najwięcej się dzieje. W ferworze walk Tonia uczy się, jak być żołnierzem. Dopadają ją wrogowie, świszczą jej koło uszu kule, uczy się strzelać, zabija wrogów i ratuje rannych. Choć nie raz boi się tego, co ją czeka, nigdy się nie wycofuje. Popełnia błędy, ale honorowo stara się zrehabilitować właściwymi czynami. Niewielu dowiaduje się, że tak naprawdę dzielny Hipolit do odważna i nieugięta Antonina. 

Autor zastosował jedną z moich ulubionych metod narracji. Nie dość, że obserwujemy wszystkie wydarzenia z perspektywy Toni, to jeszcze co jakiś czas zaglądamy do jej pamiętnika, który dziewczyna prowadzi w formie listów do brata, na którego z utęsknieniem czeka. Spotkanie z nim jest dla niej tak ważne nie tylko z powodu silnej więzi, która ich łączy, ale także dlatego, że docierają do niej strzępki informacji o nim jako żołnierzu i jego przybyciu do Lwowa z Wojskiem Polskim, z tak oczekiwanym przez wszystkich wsparciem dla walczących. 

Byłam pełna podziwu dla Autora, że potrafił tak plastycznie, z zacięciem i dużą dynamiką, opisać działania wojenne. W wielu książkach, również beletrystycznych, o wojnie natrafiałam na przykłady określania broni, innego uzbrojenia czy samolotów, które nic mi nie mówiły i przez to zaciemniały powstający w mojej głowie obraz, a tutaj Autor w prosty sposób przedstawił odmiany broni, której używali walczący, bez skomplikowanych wyjaśnień czy niepotrzebnych opisów. Krótko i na temat, aby nie zakłócać wartkiej akcji. 

Piękny język powieści i świetne dialogi sprawiają, że opowieść tę czyta się z przyjemnością, a momentami wręcz z zapartym tchem. Historia Antoniny niesie ze sobą bowiem ogromny ładunek emocjonalny. Nie wiem co bardziej mnie poruszyło. To, że tak niewiele wiedziałam do tej pory o Bitwie o Lwów, czy to, iż w tej walce zginęło tyle dzieci. W posłowiu Autor między innymi wyjaśnia, dlaczego książka ma taką, a nie inną formę. Najbardziej cieszę się, że Pan Piotr wykorzystał w dialogach jedynie wstawki z języka ukraińskiego czy drobne elementy specyficznej odmiany języka polskiego używanej przez lwowian. W zupełności wystarczyło to do stworzenia odpowiedniego klimatu rozmów między bohaterami. Wydaje mi się, że przy konieczności korzystania z tłumaczeń dialogi straciłyby całą swoją dynamikę.   

Okładka jest niesamowita. Dopracowana, pełna emocji i ukrytych przesłań, które zrozumiałam w pełni dopiero po lekturze. I do tego piękna reprodukcja obrazu Kossaka "Orlęta - obrona cmentarza". Rewelacja, dokładnie to, co lubię w okładkach powieści z tego gatunku.

Na koniec dodam jeszcze co wywołało u mnie największe zaskoczenie podczas lektury. I nie będzie to wcale związane z wojną! Otóż, wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy - tonąc całą wyobraźnią w wojennej zawierusze - przeczytałam nagle, jak jeden z bohaterów opowiada o tym, że walcząc na froncie włoskim zajadał... pizzę! Oczywiście, zaraz przejrzałam "internety" w poszukiwaniu informacji o historii pizzy i znalazłam wzmiankę o tym, że również w Polsce mogła ona być już wtedy znana, ponieważ według jednego z portali po raz pierwszy pojawiła się u nas już za czasów królowej Bony, czyli w XVI wieku. Ciekawe, prawda? :-)

Zatem, Kochani - czytajcie! Koniecznie! <3

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorowi oraz Wydawnictwu Novae Res

niedziela, 11 listopada 2018

"Moja słodka Audrina" V. C. Andrews - recenzja


Kiedy zobaczyłam na stronie wydawnictwa, że jest już dostępna kolejna powieść V. C. Andrews, autorki serii "Kwiaty na poddaszu", która bardzo mi się podobała, od razu postanowiłam ją przeczytać. Muszę przyznać jednak, że książka ta okazała się dla mnie sporym rozczarowaniem... I gdybym miała ją określić jednym słowem, to chyba zdecydowałabym się na "dziwna". 

Fabuła, jak zwykle u pani Andrews, jest mroczna i pogmatwana. W wielkim i dość ponurym domu mieszka rodzina Whitefernów: Damian, jego żona Lucietta i córka Audrina oraz siostra Lucietty, Ellsbeth, i jej córka - Vera. Kilkuletnia Audrina nie chodzi do szkoły i strasznie zazdrości tego przywileju starszej kuzynce. Przed ludźmi wszyscy udają, że Vera jest rodzoną siostrą Audriny, aby nie wyśmiewano jej za to, iż nie wiadomo, z kim jej matka zaszła w ciążę. Nie jest to jednak jedyna tajemnica w tym przytłaczającym domu. Audrina nie ma pojęcia ile ma lat, ani jaki jest dzień tygodnia czy miesiąc. Nie docierają do niej żadne aktualne gazety, nie ogląda telewizji, a każdy zegar w domu pokazuje inną godzinę. Dziewczynka ma luki w pamięci i nie potrafi odnaleźć w niej żadnych swoich wspomnień. Wie tylko, że miała kiedyś starszą siostrę, która zmarła, gdy miała 9 lat, ponieważ źli chłopcy napadli ją w lesie i skrzywdzili. Pokój Pierwszej i Najlepszej Audriny (nasza bohaterka otrzymała bowiem imię po zmarłej siostrze) jest prawie jak świątynia, a znajdujący się w nim bujany fotel to miejsce katuszy żyjącej, drugiej Audriny. Ojciec zmusza ją bowiem do spędzania w bujaku wielu godzin, co ma sprawić cud i "wlać" w dziewczynkę "dar", który posiadała jej starsza siostra. Audrina bardzo stara się zadowolić ojca i dorównać starszej, idealnej, siostrze, jednak ma bolesną świadomość tego, że nigdy jej się to nie uda...  

Postacie stworzone przez autorkę są płaskie i niesympatyczne. Wciąż tylko na siebie wrzeszczą lub wręcz ryczą, ewentualnie syczą z ironią czy sarkazmem. Domownicy raczej nie lubią się wzajemnie, a Lucietta i Ellsbeth organizują co wtorek herbatkę z... nieżyjącą ciotką Mercy Marie. Dopiero, kiedy w życiu Audriny pojawia się Arden, który wprowadza się z matką do domku w lesie, wachlarz emocji rozszerza się o zainteresowanie, sympatię i wreszcie miłość. Cały czas jednak między postaciami wyczuwa się napięcie i przewagę negatywnych uczuć. 

Irytowały mnie ciągłe powtórzenia w tekście. Najbardziej chyba ojciec, w kółko rozprawiający o tym, że Audrina musi stać się pustym naczyniem. Ciągłe wracanie do Audriny Pierwszej i niekończące się rozważania drugiej Audriny nad tym, że żyje poza czasem, nie może chodzić do szkoły i nie ma pojęcia o świecie poza posiadłością jej ojca.  

W wielu miejscach fabuła ma dziury. Na przykład, najpierw dowiadujemy się, że Damian nie ma pieniędzy i nie stać go na wiele rzeczy (chociaż wielki dom jakoś jest w stanie utrzymać...), a za chwilę Audrina dostaje pozwolenie, by w końcu pójść do wymarzonej, prawdziwej szkoły i wtedy nagle znajduje się odpowiednia suma na zakup wszystkich potrzebnych do szkoły akcesoriów. A kiedy dziewczynka zaczyna chodzić do szkoły (co trwa jednak wyjątkowo krótko), temat jej nieokreślonego wieku jakoś odchodzi w niepamięć...
W kilku scenach wkradła się też niekonsekwencja, choćby w sytuacji, kiedy bohater w środku nocy ślęczy nad papierami z pracy, mówi, że weźmie zimny prysznic, który go orzeźwi, by mógł dalej pracować, a po prysznicu natychmiast kładzie się spać, czy bohaterka, która w narracji opowiada, że wzięła tylko jedną małą walizkę, by po chwili czytelnik dowiadywał się, że ktoś pomógł jej zanieść ciężkie walizy do samochodu. Niby drobiazgi, ale przy kolejnym takim "kwiatku" zaczyna to być denerwujące. 

Czego możecie spodziewać się, jeśli sięgnięcie po tę powieść? Z pewnością ponurej, przytłaczającej atmosfery, a także wątków związanych ze zbiorowym gwałtem, kalekimi i niepełnosprawnymi osobami, morderczymi schodami, elektrowstrząsami, poronieniem, kłamstwami i oszustwami, panicznym lękiem przed mężczyznami, a także porażającą wprost obawą przed nagością i pożądaniem. Ale to nie koniec, czeka Was bowiem znacznie więcej równie dziwnych tematów, o których może już nie będę wspominać.  

Mimo wszystkich tych minusów, pisarka zachowała swój największy atut, czyli manipulowanie szczegółami fabuły w taki sposób, by zainteresować czytelnika. Chociaż denerwował mnie słaby rozwój akcji i odpychający bohaterowie, to jednak czytałam, by przekonać się, jak potoczą się ich losy i czy dobrze wytypowałam zakończenie. 

W przygotowaniu jest kolejny tom "Mroczne cienie". Chyba zaczynam się obawiać, co też mogę w nim wyczytać...

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka



sobota, 3 listopada 2018

"W cieniu tamtych dni" Magdalena Majcher - recenzja



Kiedy widzę w opisie książki, że fabuła wiąże się z wydarzeniami wojennymi, a do tego jest jeszcze jakaś tajemnica z przeszłości, to jest prawie pewne, że prędzej czy później po tę historię sięgnę. Tak właśnie stało się z powieścią Magdaleny Majcher "W cieniu tamtych dni". Czy się nie zawiodłam? Po ocenie książki widać, że nie. Postaram się poniżej napisać w skrócie, dlaczego książka tak bardzo przypadła mi do gustu. 

Kiedy dwudziestoletni Mikołaj musiał na jakiś czas wprowadzić się do swojej babci Emilii, by pomóc starszej pani dojść do siebie po złamaniu biodra i związanej z tym operacji, nie spodziewał się nawet, czego dowie się o przeszłości staruszki... Babcia Mikołaja ma już 94 lata, ale mimo podeszłego wieku nie ma większych problemów z codziennymi obowiązkami. Dopiero wypadek, któremu uległa, sprawił, że pomoc wnuka okazała się konieczna. Wprawdzie starsza pani ma również córkę, matkę Mikołaja, ale Helena od lat mieszka w Paryżu i nie interesuje się zbytnio ani Emilią, ani własnym synem, którego zostawiła pod opieką swojej matki, gdy chłopiec miał zaledwie kilka lat. Teraz Mikołaj to już mężczyzna, który jednak nie do końca odnajduje się we współczesnym świecie. Jest zbyt nieśmiały, cichy i nie radzi sobie dobrze w kontaktach damsko-męskich. Aby zająć się babcią rezygnuje z wyjazdu na Mazury, który planował ze znajomymi. Miał tam bliżej poznać dziewczynę, która wpadła mu w oko, ale okazało się, że los chciał inaczej. Życie...

Czasami w powieściach dotyczących tematów okołowojennych więcej jest martyrologii i opisów dramatycznych walk niż ludzi i ich życia w tych trudnych czasach. Tym razem jednak autorka skupiła się właśnie na bohaterach, ich wyborach i konsekwencjach podejmowanych decyzji. Mamy tu relacje międzyludzkie, ludzkie dramaty i problemy rodzinne, a także wątek miłosny, który na szczęście nie zdominował całości. 

Kiedy Mikołaj znajduje na strychu pudełeczko ze starą opaską powstańczą i listami, których adresatem jest nieznany mu Krzysztof, nawet nie spodziewa się, że jego babcia Emilia ma coś wspólnego z Powstaniem Warszawskim. Okazuje się jednak, że ma i to całkiem sporo. Staruszka decyduje się opowiedzieć wnukowi swoją historię, którą trzymała w tajemnicy przez wiele lat. Przy okazji wychodzą na jaw inne sprawy, związane z życiem Mikołaja i jego matki. Podczas lektury przychodziło mi do głowy mnóstwo pytań do pojawiających się wątków. Na przykład, dlaczego Emilia tyle lat ukrywała przed wnukiem swoją przeszłość? Dlaczego Helena wyjechała do Paryża zostawiając małego synka z dziadkami? Co spowodowało chłód panujący od lat między Emilią i jej córką? Kim był Krzysztof? Jak potoczyły się losy Janka? Kto przetrwał wojenną zawieruchę, a komu ta sztuka się nie udała?

Fabuła powieści podzielona jest na dwie części. Mikołaj, jego babcia Emilia i matka Helena żyją współcześnie. I o ich tu i teraz opowiada część rozdziałów, w których poznajemy problemy oraz sytuację rodzinną całej trójki. Pozostałe rozdziały to historia Emilii, pseudonim Mila, członkini AK, która walczyła w Powstaniu Warszawskim, kochała na zabój pewnego przystojnego chłopaka i przez chwilę wierzyła w to, że świat należy do niej i jej przyjaciół, którzy wykurzą Niemców z Warszawy w kilka dni. Życie miało szybko zweryfikować jej młodzieńcze, odważne spojrzenie na świat...  

Autorka świetnie wyważyła obie płaszczyzny czasowe. Kiedy historia Mili zaczyna już przytłaczać ogromem cierpienia i bólu, który stał się udziałem bohaterów, czytelnik wraca do współczesności. Tam zaś czekają na niego zupełnie inne problemy i inna rzeczywistość, która jest mu lepiej znana, a więc łatwiejsza do przyjęcia. Magdalena Majcher nie odkrywa jednak wszystkich kart od razu. Odsłania kolejne elementy układanki powoli, co powoduje, że napięcie wzrasta z każdym rozdziałem. 

Pisarce udało się stworzyć wielowymiarowy i bardzo prawdziwy obraz życia powstańców. Plastyczne, choć niezbyt rozbudowane opisy trudnej codzienności walczących to ogromny atut tej powieści. Losy bohaterów wciągają od pierwszej strony i nie pozwalają odłożyć książki na dłużej. Rzadko zdarza mi się przeczytać książkę w kilka godzin, a tutaj tak właśnie się stało. Po prostu nie mogłam doczekać się rozwiązania wszystkich tajemnic i poznania odpowiedzi na pytania, które pojawiły się w mojej głowie podczas lektury.  

Okładka przyciąga wzrok. Przełamany obraz łączący współczesność i czasy wojenne daje do myślenia. Natychmiast skojarzyła mi się ona z projektem Teraz44, w którym jego autorzy zestawili historyczne zdjęcia miejsc w Warszawie z ich współczesnymi odpowiednikami.  

Wybaczcie Ci, którzy dotarliście do końca tej opinii, że jednak nie wyszło mi w skrócie... Ale o takiej książce warto napisać więcej :-) Polecam ją serdecznie wszystkim miłośnikom gatunku i nie tylko. Przeczytajcie ją, by przekonać się, jak to jest, gdy "tamte dni" kładą się cieniem na życiu...




Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Pascal

 

czwartek, 1 listopada 2018

"Tylko oddech" Magdalena Knedler - recenzja




Mam grono takich autorów, których książki kupuję w ciemno, jak tylko pojawia się w ich dorobku jakaś nowość. Nie zawsze dobrze na tym wychodzę, ale na to już nie mam wpływu. Ryzyk - fizyk. W końcu autor też człowiek i może mieć gorsze chwile, a w tym wypadku może się to przełożyć na słabsze powieści. Ewentualnie może się okazać, że dany autor pisze według jednego schematu, co po pewnym czasie sprawia, że jego książki stają się przewidywalne i nudne. Na takie sytuacje mam jednak sposób - przeplatam książki tego autora innymi powieściami. Wtedy jego schematyczność nie jest już tak doskwierająca. 

Pewnie zastanawiacie się, jak do tego wstępu ma się nowa powieść Magdaleny Knedler? Czy wspomniana autorka jest schematyczna? Nudna? Mogę się odnieść do tego pytania, ponieważ nie jest to pierwsza powieść z dorobku Autorki, którą przeczytałam. Mam więc porównanie i mogę śmiało stwierdzić, że Magda Knedler za każdym razem zaskakuje mnie czymś innym. Czym tym razem? Postaram się o tym pokrótce opowiedzieć poniżej. 

W najnowszej powieści Magdaleny Knedler poznajemy dwie siostry, Ninę i - młodszą od niej o 10 lat - Izę. Łączy je nie tylko pokrewieństwo, ale także tragedia sprzed dwóch lat, kiedy w wypadku samochodowym zginął mąż Izy, Szymon. Auto prowadził wtedy mąż Niny, Ernest, który obwinia się o to, co się wydarzyło. Nina zaś zastanawia się, czy Ernest przypadkiem nie szarpnął kierownicą w konkretnym celu... Czy miałby ku temu powody? Wprawdzie w ich rodzinie nie układa się najlepiej, ale czy dzieje się aż tak źle, by Ernest postanowił zakończyć problemy rodzinne w tak drastyczny sposób?...

Iza, młoda kobieta, której w tamtej chwili zawalił się cały świat, zamieszkała z matką w małym domku w lesie, z dala od ludzi i reszty świata. Dziewczyna ogranicza się do pomagania matce i nie wygląda na to, by zamierzała wrócić kiedyś do pracy i dawnego życia. Cała czwórka nie może poradzić sobie z tym, co się wydarzyło. Nie potrafią sobie wybaczyć, nie umieją oderwać wzroku od przeszłości. Sieć niejasności coraz bardziej ich oplata i przeszkadza w wyjściu na prostą. 

Pewnego dnia Nina pakuje torbę i wyrusza do domu matki. Za kilka dni wypadają jej czterdzieste urodziny, które postanawia spędzić z matką i siostrą. Sama nie wie, czy wróci do domu, do męża, ma bowiem wrażenie, że zbyt wiele jest między nimi niedopowiedzeń. Jej córka zdobywa właśnie szczyty w Tatrach. Kobieta ma więc czas na to, by zastanowić się nad wieloma sprawami, które ją dręczą. Niespodziewanie Iza prosi Ninę, by pojechała z nią na Hel, do domu, w którym jako dziecko mieszkał Szymon. Nina nie jest przekonana do tego pomysłu, bo wie o Szymonie coś, o czym nie ma pojęcia Iza... 

Czy wyprawa, którą podejmą siostry, przyniesie im odpowiedzi na pojawiające się wciąż pytania? Czy Iza dowie się, dlaczego Szymon nie podzielił się z nią szczegółami ze swojego dzieciństwa? Czy młodsza z kobiet podzieli się ze starszą siostrą informacją o tym, że Szymon ją zdradził? Jak siostry odnajdą się w obliczu prawdy, która nagle wkroczy między nie i wszystko zmieni? Odpowiedzi znajdziecie w najnowszej powieści Magdaleny Knedler, która znów uraczyła mnie świetnym wyczuciem tematu i wciągającą fabułą. 

Obiecałam napisać, co mnie w powieści zaskoczyło. Otóż, do tej pory powieści Magdaleny Knedler, które czytałam, były w dużym stopniu hiperpoprawne i ułożone. Tymczasem tutaj obie siostry momentami nie przebierają w słowach! I chociaż nie przepadam za wulgaryzmami, uważam, że tu wpasowały się w dialogi wprost idealnie. Ożywiły postacie i dodały rumieńców rozgrywającym się sytuacjom. Ileż iskier posypało się między kobietami podczas tej podróży! Naprawdę, jestem pod wrażeniem tego, jak narastało napięcie, w miarę, gdy kolejne tajemnice wychodziły na światło dzienne... A co jak co, ale tajemnice to jest to, co w powieściach lubię najbardziej. 

Ciekawym pomysłem było przekazanie narracji powieści w ręce Niny. To z jej perspektywy obserwujemy wszystko, co się dzieje w życiu sióstr. Również ona przekazuje Izie wszystko, co wie o Szymonie. Dlaczego Szymon nie podzielił się swoimi wspomnieniami z własną żoną? Co strasznego spotkało go, gdyby był małym chłopcem? Jak to na niego wpłynęło?   

Magdalena Knedler znów poruszyła tematy trudne i skomplikowane. Wplotła w tę historię problem przemocy domowej, tragedię rodzinną, wypadek ze skutkiem śmiertelnym i jego następstwa dla uczestników dramatu, a także relacje międzyludzkie i to, jak odnajdują się członkowie tej rodziny w obliczu trudności, które na nich spadają. Napotkacie tu cały wachlarz emocji i ciężkich decyzji. Ta powieść to naprawdę mocny kaliber...

Ocena książki pod względem technicznym
Ponieważ moja ocena samej powieści i jej fabuły oraz technicznej strony książki różnią się, muszę i o tym wspomnieć. Podczas lektury irytowały mnie pojawiające się w tekście dość często literówki czy "zjedzone" literki. Może ktoś uzna, że to drobiazg, ale wychodzę z założenia, że skoro książka przechodzi korektę, to takie rzeczy powinny zostać wyłapane. Dlatego tutaj moja ocena to 4/6.
Na osłodę dostałam jednak przepiękną, klimatyczną okładkę. Będzie to zatem kolejna świetna powieść Magdaleny Knedler w pięknej oprawie, która zajmie miejsce w mojej domowej biblioteczce.  


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Novae Res.

sobota, 27 października 2018

"Zula i tajemnica Arlety Makaron" Natasza Socha - recenzja


Czwarty tom serii o czarodziejce Zuli ma szatę różową, ponieważ jest to ulubiony kolor nauczycielki głównych bohaterów, Arlety Makaron. Tym razem do klasy Zuli, Kajtka i Maksa w Poziomkowie dołącza nowy chłopiec o imieniu Leander. Wydaje się być sympatyczny i Zula ma ogromną ochotę zaprzyjaźnić się z nim, ale chłopak chodzi przez większość czasu ponury i naburmuszony. Z nikim nie rozmawia, więc nikt nie wie, skąd bierze się to jego dziwne zachowanie. Relacje między Zulą i "nowym" popsuły się całkowicie, kiedy Leander poprosił o coś Zulę, a ona nie mogła spełnić jego prośby. Chłopiec obraził się i... zniknął.  

Natasza Socha potrafi świetnie budować napięcie. Pomysł na fabułę kolejnego tomu jest ciekawy i wciągający. Muszę przyznać, że czekałam z niecierpliwością na chwilę, kiedy pojawią się jakieś informacje dotyczące tytułowej tajemnicy Arlety. Z przyjemnością oglądałam również kolejne ilustracje uzupełniające treść. 


W tym tomie o przygodach Zuli i jej przyjaciół autorka poruszyła temat rozwodu rodziców i trudności, jakie się z tym wydarzeniem wiążą. Mamy możliwość obserwowania zarówno zachowania samego dziecka, które musi zmierzyć się ze zmianami zachodzącymi w jego życiu, jak i reakcji otoczenia. Opowieść czyta się szybko, głównie dlatego, że nie jest przegadana ani skomplikowana. Prosty język, krótkie opisy i skondensowane dialogi, po prostu trafiające w punkt! Nie ma szans się znudzić, bo akcja jest wartka i wciąż dzieje się coś nowego, pojawiają się kolejne fakty, a tajemnica zapowiedziana w tytule książki powoli się wyjaśnia. Równocześnie problemy nowego bohatera powieści powoli maleją, aż ostatecznie okazuje się, że wszystkie kłopoty mogą zostać usunięte, a życie wraca powoli do normy.

Warto przeczytać tę historię dzieciom lub wraz z nimi. Lektura ta może stać się początkiem interesujących rozmów, często dotyczących tematów trudnych nie tylko dla dzieci.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia


niedziela, 21 października 2018

"Nie odpuszczaj" Harlan Coben - recenzja


Długo czekałam na kolejną powieść Harlana Cobena, który jest jednym z moich ulubionych pisarzy, ale było warto.
Zazwyczaj nie wczytuję się w "polecajki" drukowane na okładce, ale tym razem nie sposób nie zgodzić się z Danem Brownem, który nazywa Cobena mistrzem wciągających historii i dynamicznych zwrotów akcji. Krótko i na temat podsumował to, co Harlan Coben zaserwował tym razem swoim czytelnikom. Tak właśnie czytało mi się tę najnowszą historię - najpierw wciągnęła mnie właściwie od pierwszych stron, żeby wywrócić wszystko do góry nogami i zszokować na ostatnich kartach...

Główny bohater, Napoleon (Nap) Dumas, od piętnastu lat zmaga się z traumą po nagłej śmierci brata bliźniaka, Leo. Sytuacja była bardzo tajemnicza, ponieważ Leo, wraz ze swoją dziewczyną Dianą, zostali znalezieni na torach kolejowych. Ich poszarpane ciała nie pozostawiały wątpliwości, że para wpadła pod pędzący pociąg. Pytanie, czy to było samobójstwo, czy może morderstwo, pozostało bez odpowiedzi. W tym samym czasie zniknęła bez śladu dziewczyna Napa, Maura. Chłopak wstąpił do policji, by móc odnaleźć zaginioną ukochaną i poznać prawdę o śmierci brata i jego dziewczyny. Jednak minęło piętnaście lat, a zagadka wciąż pozostaje nierozwiązana. Wszystko zmienia się, a akcja nabiera tempa, kiedy w drzwiach Napa stają policjanci... 
Co takiego chcą przekazać Napowi stróże prawa? Czy mężczyzna zdoła wreszcie poznać prawdę o ostatnich chwilach jego brata? Gdzie podziała się Maura i czy w ogóle jeszcze żyje? Jeśli sięgniecie po tę książkę, znajdziecie odpowiedzi na te i wiele innych pytań. 

"Choć może to kogoś oburzać, życie toczy się dalej, tak jak powinno. Kiedy obchodzi się żałobę, wiadomo przynajmniej, czego się trzymać. Co zostaje, kiedy żałoba mija? Trzeba się pogodzić z faktami, a ja nie chciałem się z nimi pogodzić".

Coben zastosował ciekawy sposób narracji. Mianowicie, Nap prowadzi tutaj rozmowę ze swoim zmarłym bratem. Efekt, który pisarz osiągnął dzięki temu, jest trochę niesamowity. Widzimy wszystko z perspektywy głównego bohatera, razem z nim cofamy się w czasie, kiedy wspomina lata szkolne, a także obserwujemy wydarzenia rozgrywające się współcześnie. 

Autor potrafi trzymać czytelnika w napięciu, dawkując informacje potrzebne do rozwikłania zagadki śmierci Leo i Diany. Po drodze pojawiają się jeszcze pewne dodatkowe fakty, dotyczące opuszczonej bazy wojskowej, które zamiast rozjaśnić, zaciemniają obraz i utrudniają śledztwo. Trudno stwierdzić, czy wiążą się z tragicznym wypadkiem na torach, czy to kompletnie odrębna sprawa. Nagłowiłam się razem z Napem, a to lubię najbardziej. Książka ma moc, kiedy mimo usilnych starań nie potrafię odgadnąć zamysłów autora. Tym razem nie udało mi się przejrzeć intrygi do końca, a finał mnie zaskoczył. I dobrze :-)

Początkowo byłam trochę rozczarowana, kiedy zorientowałam się, iż tym razem to nie Myron Bolitar będzie odgrywał pierwsze skrzypce przy rozwiązywaniu kolejnej zagadki kryminalnej. Co więcej, pojawia się on dosłownie na chwilę w jednej ze scen, jako postać całkowicie poboczna i niezwiązana z fabułą. Muszę jednak przyznać, że kiedy akcja nabrała tempa, wcale nie brakowało mi tego bohatera. Nap Dumas dał radę.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros

 
 

piątek, 19 października 2018

"Widziałem oblężenie Warszawy" Alexander Polonius - recenzja




"Widziałem oblężenie Warszawy" to książka niezwykła. Jest to dziennik anonimowego świadka oblężenia i upadku naszej stolicy, który przyjechał z Londynu do Warszawy w 1939 roku, by spędzić wakacje z polską rodziną. Tu znalazł się nagle w samym środku dramatycznych wydarzeń, które opisał i wydał w 1941 roku w Anglii. Obecnie w bibliotekach na całym świecie znajdują się zaledwie 74 egzemplarze tamtego oryginalnego dziennika, a jego tłumaczenie zostało wydane w Polsce niedawno, bo dopiero w sierpniu 2018 roku. Marek Przybyłowicz, który przełożył dziennik na język polski, zadał sobie niemały trud, by ustalić, kim tak naprawdę jest autor tych zapisków. Jego śledztwo było wnikliwe i długie, ale opłaciło się poświęcenie czasu i pieniędzy, ponieważ udało mu się odtworzyć wiele faktów z życia prawdopodobnego twórcy dziennika. O wszystkich działaniach przeczytacie w posłowiu. 

We wstępie zaś Polonius pisze, że wspomnienia te stanowią zbiór jego subiektywnych obserwacji, a jeśli znajdują się tam informacje pochodzące od innych osób, fakt ten został zaznaczony. 

Dziennik, w którym autor zapisywał w miarę możliwości wszystkie ważne wydarzenia, jest pełen emocji. Nie jest to sucha relacja czy sprawozdanie, lecz opowieść pełna napięcia. Autor potrafił przekazać to, co widział w tak plastyczny sposób, że podczas lektury miałam wrażenie, iż uczestniczę we wszystkim wraz z nim. Zresztą zobaczcie sami kilka fragmentów:

"...ceny poszły ostro w górę i nie było wielkiego wyboru, ale cioci Jani i matce zawsze udawało się przywieźć do domu coś, co mogło nie tylko podreperować nasze zapasy, ale także dać nam namiastkę obiadu".

"Z każdym dniem sytuacja staje się coraz smutniejsza. Częściowo powodem jest narastający głód, częściowo fakt, że tak wyczekiwana przez wszystkich pomoc nie nadchodzi. Za granicą nasza odwaga wzbudza wciąż podziw i... słowa, słowa, słowa".

"W naszym przedziale jechało dwóch konduktorów. Wspominali minione dni wolnej Polski.
- Czyż nie żyjemy w strasznych czasach? zagadnął jeden, widząc, że jesteśmy Polakami. - Żeby być sługami takich barbarzyńców, takich ignorantów!
- Pracowałem w pociągach ekspresowych. Czy oni w ogóle wiedzą, co to jest? - rzekł drugi i wskazując na podarte siedzenia, pocięte zasłony i ogólny nieład w przedziale, dodał: - To chlew, a nie stare, wygodne polskie wagony, tak czyste i komfortowe".  

Jestem pełna podziwu dla dokładności tych zapisków. Wiadomo, że pisząc pamiętnik często umieszczamy w nim wiele szczegółów, ale mimo wszystko, w takich warunkach, to naprawdę ogromny wyczyn. Dodatkiem do tekstu są niesamowite zdjęcia autorstwa amerykańskiego fotografa, Juliena Bryana. Uchwycone przez soczewkę aparatu obrazy są potwierdzeniem wszystkiego, o czym Polonius pisze na kartach swojego dziennika.  

Marek Przybyłowicz, odkrywca i tłumacz dziennika, w posłowiu odkrywa przed czytelnikiem kilka tajemnic związanych z autorem zapisków. Dzięki jego niesamowitemu śledztwu Polonius przestał być anonimowym świadkiem opisywanych wydarzeń. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu REBIS



środa, 17 października 2018

"Teatr pod Białym Latawcem" Ilona Gołębiewska - recenzja [PREMIEROWA]


"Człowiek bez wiary we własne siły i możliwości 
jest jak latawiec pozbawiony wiatru, 
który by go niósł w przestworza 
i pozwolił lecieć jak najdalej".

Znów muszę Wam się przyznać, że zwróciłam uwagę na tę książkę ze względu na okładkę. Urzekły mnie wykorzystane kolory i lekkość zaprezentowanej na niej scenki. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłam, pomyślałam, że wprawdzie nie znam jeszcze autorki, ale chętnie przeczytałabym tę powieść. I tak się właśnie stało, że miałam ku temu okazję. Czy mi się podobała? Poniżej postaram się odpowiedzieć na to pytanie. 


Najnowsza powieść Ilony Gołębiewskiej to historia trójki osób, których ścieżki krzyżują się i splatają. Zuzanna Widawska, do niedawna dziennikarka poczytnej gazety, której bezpardonowych zagrań bali się wszyscy, przez jeden błąd traci wszystko, co udało jej się zdobyć ciężką pracą. Z dnia na dzień kobieta ląduje w zapyziałej kawalerce mieszczącej się w starej kamienicy, gdzie ładna jest tylko nazwa ulicy, przy której stoi budynek - Magiczna. Podejmuje pracę w jednym z kolorowych czasopism dla kobiet, gdzie szczytem elokwencji jest wysmażenie artykułu o tym, jak poderwać piękną kobietę. Nie ma innego wyjścia, ponieważ w środowisku dziennikarskim jest spalona i nikt inny nie chce jej zatrudnić. Do tego wszystkiego sąsiadką Zuzy jest zwariowana staruszka, w której mieszkaniu wciąż przesiadują tabuny dzieci z najbliższej okolicy. Nikt chyba nie chciałby znaleźć się w takiej sytuacji. Stracić dosłownie wszystko, bo oprócz pracy, dobrej sławy, mieszkania i pieniędzy kobieta musiała pogodzić się również z odejściem narzeczonego i brakiem wsparcia ze strony matki. Nic dziwnego, że Zuzannie nie chce się żyć...

Drugą główną bohaterką jest Elena Nilsen, znana niegdyś aktorka, którą można było zobaczyć na najbardziej prestiżowych scenach. Kobieta ma już za sobą lata świetności, a jej całym światem są teraz dzieci, które uczy aktorstwa organizując im teatr podwórkowy. To właśnie ona jest nową sąsiadką Zuzanny. Na co dzień starsza pani wspiera też działania Fundacji Złotych Serc, która organizuje w teatrze na warszawskiej Woli coroczny Festiwal Magicznych Nut dla osób niepełnosprawnych. Mimo trudnego życia, którego lata dziecinne wypadły podczas wojennej zawieruchy i powojennego wracania do względnej normalności, kobieta ma więcej energii i chęci życia niż niejedna młodsza od niej osoba, a do tego roztacza wokół siebie niesamowity czar... 


I wreszcie trzecia postać - niezwykle bogaty biznesmen, Jakub Bilski. Jego życie również nie rozpieszczało. Kilka lat wcześniej żona i syn mężczyzny mieli wypadek samochodowy. Kobieta zginęła na miejscu, natomiast chłopiec, wtedy kilkulatek zapowiadający się na wirtuoza skrzypiec, odniósł obrażenia, które uczyniły go niepełnosprawnym. Jakub żyje więc tylko dla syna, którym bardzo troskliwie się opiekuje. Chroni go do tego stopnia, że nastolatek nie ma kontaktu z rówieśnikami, jedynie z pomagającą jego ojcu opiekunką, Ludmiłą. Bilski cierpi, ponieważ nie potrafi uwolnić się od przeszłości i trudnych wspomnień, a także nie chce pogodzić się z tym, że sprawca wypadku, który zniszczył mu życie, wciąż pozostaje nieznany. Wolski teatr, obok którego zginęła jego żona, stał się dla mężczyzny miejscem przeklętym...

Przyznacie, że już tych troje bohaterów gwarantuje sporo emocji, a to jeszcze nie wszystkie postaci, które napotkacie na kartach powieści. Autorka zafundowała nam bowiem sporo wątków, powiązanych ze sobą na różne sposoby. Dużą przyjemność sprawiło mi śledzenie ich losów, choć muszę przyznać, że fabuła jest tutaj dość przewidywalna. Mniej więcej w połowie lektury udało mi się odkryć wszystkie karty. To jednak nie stanowiło dla mnie problemu. 
Autorka operuje prostym językiem, bez niepotrzebnego patosu. Gra na naszych emocjach, jak na dobrze nastrojonych skrzypcach. Świetnie skonstruowani bohaterowie sprawiają, że stają nam się szybko bliscy, jak znajomi czy sąsiedzi. Klimat powieści jest ciepły i serdeczny, a obserwowanie przemian wewnętrznych zachodzących w Zuzannie i Jakubie to prawdziwa szkoła uczuć. Nie spodziewajcie się jednak dynamicznej akcji czy nagłych jej zwrotów. Pisarka snuje swoją opowieść w tempie dostosowanym do rytmu mijających w powieści dni. 


Ilona Gołębiewska poruszyła w swojej powieści sporo trudnych tematów. Przede wszystkim zwróciła uwagę na osoby niepełnosprawne i ich potrzebę realizowania pasji mimo posiadanych ograniczeń. Dzięki powiązaniom poszczególnych postaci możemy obserwować relacje międzyludzkie, gdzie wachlarz uczuć oscyluje niejednokrotnie od nienawiści do miłości, nie pomijając przyjaźni czy stosunków dobrosąsiedzkich, ale także problemu oszustwa czy braku zaufania. Jak w życiu, gdzie skomplikowane sytuacje są na porządku dziennym. Dlatego uważam, że ta książka jest prawdziwa, życiowa. 


Splot zdarzeń w książce pozwoli Wam zagłębić się zarówno w problemy uczuciowe par występujących w powieści, jak i poznać kłopoty fundacji i teatru, który z dnia na dzień ma zostać zamknięty. Co wyniknie z działań, które podejmą wspólnie Elena i Zuzanna? Jak zareaguje na całą sytuację Jakub? Kim jest Tomek i dlaczego Piotr tak bardzo przeżywa niebezpieczeństwo likwidacji teatru? Odpowiedzi na te i znacznie więcej pytań znajdziecie na kartach powieści. Polecam tę lekturę na długie, chłodne, jesienne wieczory.  

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu MUZA



niedziela, 14 października 2018

Przedwojenny konkurs literacki - zaproszenie do udziału

W sieci znajdziecie całe mnóstwo konkursów różnego typu i formatu, jednak tylko nieliczne mają w sobie to "coś", co sprawia, że zerkacie na nie ciut dłużej niż na inne, że przeglądacie regulamin i nagle okazuje się, że to jest właśnie TO i koniecznie musicie wziąć udział. I właśnie taki konkurs dzisiaj chciałabym Wam zaproponować. 


II edycja przedwojennego konkursu literackiego "Już nie zapomnisz mnie" właśnie ruszyła i grzechem byłoby nie spróbować swoich sił! TUTAJ znajdziecie wszystkie informacje. Zapraszam, sama chyba sprawdzę, czy potrafię pisać ciekawe historie :)

niedziela, 7 października 2018

"Pierwsze słowo" Marta Kisiel - recenzja [PRZEDPREMIEROWA]





Najnowsza książka Marty Kisiel będzie miała swoją premierę dopiero za 10 dni. Miałam jednak okazję już ją przeczytać i muszę Wam powiedzieć, że jestem pod ogromnym wrażeniem. Uprzedzam, że to będzie całkowicie subiektywna opinia, ponieważ bardzo odpowiada mi styl autorki i z ogromną przyjemnością sięgam po wszystkie historie wychodzące spod jej pióra, również po ostatnią historię Niebożątka, napisaną dla dzieci. Ale przejdźmy do rzeczy... 

Opowiadania to nie jest mój ulubiony gatunek literacki. Jednak po lekturze "Pierwszego słowa" muszę stwierdzić, iż odkryłam zupełnie nowy gatunek, a mianowicie "opowiadania Marty Kisiel". Z całą pewnością stwierdzam, że te krótkie formy, traktujące każda o czymś innym, stanowią same w sobie tak spójną i dopracowaną całość, że czytając je ma się nadzieję, że autorka pewnego dnia weźmie na warsztat każde z nich i rozbuduje, pisząc na ich podstawie regularną powieść. To niesamowite, że można na tak niewielu stronach zmieścić wszystko, czego wymaga dobra historia. Zatem, w każdym tytule mamy odpowiedni dla fabuły klimat, zarys świata, w którym rozgrywa się akcja, trójwymiarowych bohaterów i zaskakujący finał. Czegóż chcieć więcej? No, może właśnie tej rozbudowanej wersji każdego opowiadania ;-) 


W książce spotkamy między innymi znanych nam już bohaterów z "Dożywocia" i "Szaławiły", a także teksty, które ukazały się w dwóch antologiach wydanych przez Fabrykę Słów w 2007 i 2009 roku oraz historie publikowane w czasopiśmie "Science fiction, Fantasy & Horror". Dla mnie to była nie lada gratka, ponieważ odkryłam twórczość Marty Kisiel stosunkowo niedawno i wcześniejszych opowiadań nie czytałam. A dzięki tej publikacji mogłam zacząć niejako od początku, bo zawartość "Pierwszego słowa" rozpoczyna debiut literacki autorki pt. "Rozmowa dyskwalifikacyjna", od którego wszystko się zaczęło. Sama autorka zaś określa tę publikację jako przekrój jej twórczości. Porównując opowiadania według umieszczenia ich w książce można dostrzec, jak na przestrzeni lat zmieniał się warsztat pisarski autorki. Nie robiłam tego jednak, ponieważ nie chciałam skupiać się na analizowaniu czegokolwiek, tylko czerpać przyjemność z lektury. 

Nie zdradzając treści poszczególnych opowiadań mogę napisać, że były momenty do śmiechu, ale były i takie, kiedy włos jeżył mi się na głowie, a i gęsia skórka się pojawiała. Dreszcz emocji podczas czytania gwarantowany!

Wielbiciele mieszkańców willi Lichotki mogą się mocno zdziwić poziomem mroku w niektórych opowiadaniach. Znajdą tu bowiem również historie o zupełnie innym klimacie i atmosferze odbiegającej znacznie od anielskiego miłośnika porządków i bamboszków czy nieszczęsnego wielokrotnego samobójcy. Zresztą, co ja Was będę tu przekonywać. Kto poznał chociaż jedną historię opisaną przez Martę Kisiel, nie poprzestanie na niej na pewno. Humor, czasami czarny, ironia, zabawne dialogi, charakterne postaci, zaskakujące zakończenia i lekkość pióra - to charakterystyczne elementy twórczości tej autorki, które cenię sobie najbardziej.

Tę książkę po prostu należy przeczytać. I już :-)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu UROBOROS

czwartek, 27 września 2018

"Ale mnie strzeż od wszelkiego złego" Izabela Bucka - recenzja



Powieść Izabeli Buckiej zdobyła I miejsce w VII edycji konkursu "Literacki Debiut Roku". Jednak nie tylko dlatego warto ją przeczytać. Autorka swoją historię oparła na pewnej  dość tajemniczej akcji, przeprowadzonej przez Niemców podczas II wojny światowej. Akcja T4, bo o niej tu mowa, była programem realizowanym przez III Rzeszę, polegającym na eliminacji ludzi "niewartych życia". Szacuje się, iż Niemcy wymordowali w ramach tego programu około 200 000 osób chorych psychicznie. 

Akcja powieści rozgrywa się na przełomie 1939 i 1940 roku w małej miejscowości o nazwie Płonna. Znajduje się tam szpital psychiatryczny, w którym przebywają kobiety i mężczyźni. Opiekuje się nimi ofiarny polski personel. Postacią przedstawioną dość szczegółowo jest doktor Marianna Raszyńska, która odpowiada za oddział kobiecy w tym szpitalu. Chore przebywające w Płonnej żyją spokojnie, wiele z nich w swoim świecie, w którym czują się bezpiecznie. Ich terapia polega przede wszystkim na uczestniczeniu w zajęciach ręcznych, artystycznych. Zajmują się m.in. robótkami i malowaniem, śpiewają piosenki i spędzają razem czas. Ich uporządkowane życie zakłóca pewnego dnia przybycie niemieckich lekarzy, którzy przejmują władzę w szpitalu. Doktor Marianna z dnia na dzień traci wszelką decyzyjność i staje się podwładną doktora Kuntza. Ten zaś wprowadza swoje porządki, zakazuje terapii przez sztukę i zaleca, by pacjenci po prostu sprzątali w szpitalu, cerowali pościel, zajmowali się ogrodem czy pomagali w kuchni. 


Wśród pacjentek znajdują się uzdolniona plastycznie Natalia, chorująca na schizofrenię, oraz Pola, która cierpi na depresję poporodową. Między kobietami rodzi się przyjaźń. Razem wykonują obowiązki, razem spędzają czas w szpitalu i poza nim. Wspierają się nawzajem i próbują w trudnej wojennej rzeczywistości żyć jak do tej pory. Niestety, nie jest to już możliwe... Baronka słyszy głosy, a Pola widzi więcej niż chciałby tego niemiecki lekarz prowadzący.

Autorka stworzyła ciekawy obraz szpitalnej rzeczywistości, w którą wdziera się nagle wojenny koszmar. Nowi lekarze nie są mili i daleko im do empatycznego podejścia polskiego personelu. W dodatku podejmują podejrzane próby leczenia chorych. Z czasem okazuje się, że to nie jedyny ich pomysł na to miejsce i jego mieszkańców...

Akcja w powieści może nie jest wartka i pełna zwrotów, ale nie o to raczej tutaj chodzi. Izabela Bucka wzięła na warsztat trudny temat, skomplikowane relacje międzyludzkie i atmosferę pełną lęku, chwilami paniki i przerażenia. Pacjenci tracą grunt pod nogami, polska lekarka nie ma władzy, by im pomóc, pielęgniarki, kompletnie bezradne, muszą wykonywać polecenia niemieckiego lekarza. Konflikt sumienia to zaledwie czubek góry lodowej, która z każdym dniem staje się coraz większa i większa. 

Jest to literatura wojenna, trudna i momentami dołująca. Jeśli sięgniecie po tę książkę, traficie do świata pełnego niepewności, niejasnych sytuacji i trudnych decyzji. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Novae Res

wtorek, 25 września 2018

"Miłość na walizkach" Małgorzata Kalicińska - recenzja



"Przytulił mnie. To naprawdę działa. 
Przytulenie jest lecznicze i potrzebne."

"Miłość na walizkach" zamyka trylogię autorstwa Małgorzaty Kalicińskiej. Dwa pierwsze tomy to "Lilka" i "Trzymaj się, Mańka!". To tam poznajemy i obserwujemy losy głównych bohaterów, dziennikarki Marianny Roszkowskiej i inżyniera Antoniego Bzowskiego. W tomie trzecim zakochana para jest już po pięćdziesiątce i ma za sobą sporo różnych doświadczeń. Tosiek przechodzi na emeryturę i nagle okazuje się, że ten osławiony czas wolny, który można przeznaczyć na odpoczynek i swoje pasje, wcale nie wygląda tak różowo, a on nagle poczuł się... niepotrzebny. Dla mężczyzny nadchodzą trudne chwile, w których musi on nauczyć się właściwie żyć na nowo. Marianna postanawia wyciągnąć ukochanego ze zbliżającej się wielkimi krokami depresji. Proponuje mu wspólną podróż...


Autorka w piękny sposób opisuje dojrzałą miłość między dwojgiem ludzi. Wzloty i upadki, pozytywną stronę życia, ale i tę trudniejszą. Potrafi wpleść w fabułę w naturalny sposób życiowe sytuacje, które mogłyby przydarzyć się każdemu. Może dlatego książki Małgorzaty Kalicińskiej tak dobrze się czyta. Ponieważ mogłyby opowiadać historię każdego z nas. 

Dzięki znanym nam już z dwóch poprzednich części bohaterom klimat powieści jest bardzo swojski. Pełen miłości i ciepła. Autorka pisze pięknym językiem, ciekawie opisując zwiedzane przez bohaterów miejsca. Świetnie zbudowane dialogi i lekki język powieści sprawiają, że czyta się ją bardzo szybko. Podczas lektury natraficie na chwile nostalgiczne, ale i humorystyczne. Czeka Was mieszanka emocji, którą będziecie chłonąć z przyjemnością, wędrując wraz z Marianną i Antonim po australijskich i portugalskich ścieżkach. Nie liczcie na standardowe "love story". To historia wielowątkowa, pełna uroku i życiowej mądrości.  



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu BURDA Książki