środa, 12 grudnia 2018

Książkowe prezenty gwiazdkowe - polecajka


Kto chociaż raz próbował obdarować kogoś innego książką ten wie, jak trudne jest to zadanie. Wszak każdy ma inny gust czytelniczy i preferencje. Trafić w dziesiątkę i sprezentować książkę, która ucieszy, to ogromna sztuka. Jeśli macie w planach to karkołomne zadanie, pozwolę sobie poniżej wymienić kilka propozycji spośród zrecenzowanych przeze mnie książek :-) Podpięłam pod tytuły recenzje, które napisałam, żeby można było je szybko przejrzeć.

Humor i kryminalną fabułę, ale bez flaków i nadmiaru krwi znajdziecie w powieściach:

- "Zacisze 13" i "Zacisze 13. Powrót" Olgi Rudnickiej
- "Nie całkiem białe Boże Narodzenie" Magdaleny Knedler
- "Wioletka na tropie zbrodni" Katarzyny Gurnard

Poważne i zawikłane kryminalne sprawy opisano w powieściach:
- cała seria o Lipowie Katarzyny Puzyńskiej, tom 1: "Motylek"
- "W domu" Harlana Cobena
- "Porwanie" Agnieszki Pietrzyk

Obyczajowe i lekkie klimaty (czasami ciut fantastyczne) odnajdziecie w powieściach: 
- "Pudełko z marzeniami" duetu Witkiewicz & Rogoziński
- "Kogut domowy" Nataszy Sochy
- seria Kwiat Paproci K.B.Miszczuk, tom 1: "Szeptucha"

Przygodowe szaleństwo z pewnością odnajdziecie w powieściach Jamesa Rollinsa:
- cykl SIGMA, m.in. "Klucz zagłady" i "Siódma plaga" 

Obyczajowe powieści z tajemnicą, mroczną zagadką w tle to między innymi:
- "Sekrety i kłamstwa" Sylwii Trojanowskiej
- "Teatr pod Białym Latawcem" Ilony Gołębiewskiej
- "Może kiedyś, innym razem..." Joanny Gawrych-Skrzypczak

Historyczne bądź mitologiczne motywy znajdziecie w powieściach:
- "Lwowski ptak" Piotra Tymińskiego
- "W cieniu tamtych dni" Magdaleny Majcher
- "Blizna" Danuty Chlupovej
- "Tatuażysta z Auschwitz" Heather Morris
- "Zapomniani bogowie" Jarosława Prusińskiego

Dla młodzieży polecam:
- "Internat" Izabeli Degórskiej

Dzieciom z pewnością spodobają się:
- seria o Zuli Nataszy Sochy

Może moje zestawienie ułatwi Wam poszukiwania :-) 

Życzę powodzenia w dobieraniu prezentowej literatury! <3 

"Zaczekaj na mnie" Lidia Liszewska, Robert Kornacki - recenzja




Jeśli nie czytaliście "Napisz do mnie", to uprzedzam, że w recenzji mogą być spojlery :-)

Moja ocena pierwszego tomu tego cyklu nie była do końca zachęcająca. I chociaż nie potrafiłam ocenić tamtej powieści, sięgnęłam po drugi tom z ciekawością, jak potoczą się losy bohaterów. Czy było warto? I czy zamierzam przeczytać również tom trzeci, kiedy będzie już dostępny? 

Przede wszystkim na pewno zauważyliście, że nie ma podziału oceny, a to oznacza, że korekta się spisała! Pod względem technicznym czytało mi się wyśmienicie. 

Pierwszy tom zostawił czytelnika z pewną decyzją Kosmy, która sprawiła, że cały świat Matyldy zawalił się w jednej chwili. Życie mężczyzny również zmieniło się o 180 stopni pod wpływem diagnozy lekarskiej, która nie dawała mu szansy na długie życie. Tego jednak kobieta nie wiedziała, dopóki nie znalazła czekającego na nią od roku w "stodole" listu od Kosmy. Wyjaśniał w nim powody zerwania. Nadal nie podoba mi się to, że zadecydował sam za nich oboje, ale tak to wymyślili autorzy. Pewnie po to, żeby było ciekawiej, bardziej dramatycznie i emocjonująco.   
Teraz Matylda uczy się żyć na nowo, choć wciąż nie pozbierała się po rozstaniu z ukochanym. Analizuje, wspomina i zastanawia się, choć równocześnie próbuje się pogodzić z tym, co zesłał jej los. Kosma nadal zajmuje dużo miejsca w jej sercu, choć jest ono złamane i samotne. Jednak Matylda ma dla kogo żyć, bowiem pojawiły się na świecie dwie maleńkie istotki, które wywróciły wszystko do góry nogami. 

Fabuła obejmuje siedem dni z życia bohaterów oraz ich wspomnienia. Wydarzenia przeplatają się ze sobą tworząc sieć pełną emocji, refleksji, analiz i domysłów. Cała ta część przepełniona jest tęsknotą i pragnieniem odwrócenia złego losu. Kosma musi wybrać między śmiercią a życiem, a Matylda zdecydować, co dalej zrobić ze swoim życiem. I tyle. Więcej nie mogę napisać, ponieważ odkryłabym za dużo z fabuły, w której właściwie niewiele się dzieje ;-) 

Akcja jest raczej powolna. Więcej tu przeżywania przez bohaterów całego wachlarza emocji niż dynamiki. Jeśli chodzi zaś o postacie, to luźny styl seksualny Kosmy właściwie zniknął. Nie było niesmacznych wyskoków mężczyzny do pojawiających się w jego życiu kobiet. Po prostu miał co innego na głowie, więc sprawy damsko-męskie zeszły na dalszy plan.

Zastanawiałam się też trochę nad okładką. Dlaczego jest mniej porywająca niż jej poprzedniczka z pierwszego tomu? Nie wiem. Stawiam na kolor. Niebieski jakoś bardziej mi pasuje do tej opowieści i ogólnie do okładki książkowej. Poza tym ten czerwony... Czy ja wiem? Nie do końca współgra mi z fabułą drugiego tomu. Ale może to tylko takie moje wrażenie? :-) 

Tak, sięgnę po trzeci tom, kiedy ukarze się drukiem :-)


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona

poniedziałek, 10 grudnia 2018

"Nie całkiem białe Boże Narodzenie" Magdalena Knedler - recenzja



Grudzień zdecydowanie wymaga przeczytania książki świątecznej, więc uznałam, że nadeszła wreszcie pora na kolejną powieść Magdaleny Knedler. Co mówicie? Że to nie jest książka świąteczna? No jak to nie jest? Okładka w lelenie jest? Jest! No to co, że trupie czaszki też są? Wkomponowały się idealnie :D Czas akcji również się zgadza. W końcu bohaterowie czekają na Boże Narodzenie. A że w ciut przerażającej atmosferze? Cóż zrobić... 

Olga Mierzwińska przyjeżdża do pensjonatu Mścigniew, usytuowanego na odludziu, aby spokojnie spędzić nadchodzące wielkimi krokami Święta Bożego Narodzenia. Dlaczego zdecydowała się na samotny wyjazd zamiast spędzić ten świąteczny czas z rodziną? Głównie dlatego, że bała się wracać do rodzinnej wsi po porażce, którą poniosła w jednym z najpopularniejszych programów rozrywkowych. Cała Polska widziała, jak odpadła podczas muzycznego show na żywo i była pewna, że to wydarzenie wiązałoby się z przykrymi komentarzami sąsiadów, których nie chciała słuchać. Jedynym rozwiązaniem był więc wyjazd gdzieś, gdzie nikt jej nie zna. Wybór padł na pensjonat, którego właścicielem był Tomasz Malanowski. Na miejscu okazało się, że nie ona jedna skorzystała z oferty świątecznej. Właściwie wszystkie pokoje były już zajęte przez amatorów bezstresowego spędzania świątecznego czasu. Każdemu chyba marzy się przeżywanie Bożego Narodzenia bez nerwów związanych z wszystkimi przygotowaniami. I było naprawdę nieźle, do momentu, w którym Olga znalazła... topielca. Policja uznaje tę śmierć za wypadek. Nie wszyscy jednak są tego samego zdania. Poza tym nie mija wiele czasu, a nasza bohaterka znajduje kolejnego denata, choć właściwie ten przez chwilę jeszcze żyje, kiedy kobieta natrafia na niego podczas spaceru, niedaleko pensjonatu. Robi się naprawdę upiornie...

W wyniku śmierci jednego z gości, niejakiego Heinego Steinera, w pensjonacie pojawiają się dwaj mężczyźni, Grzegorz i Wojciech. Jeden z nich to podinspektor z Komendy Powiatowej Policji we Wschowie, a drugi - prywatny detektyw. Panowie są przyjaciółmi, chociaż ich drogi rozeszły się jakiś czas temu. I są, rzecz, jasna, "na urlopie", a o ich profesjach czy celu przybycia nikt w pensjonacie nie ma pojęcia. Jedynie Olga odkrywa prawdę, co pozwala jej uczestniczyć w tajnych działaniach operacyjnych mężczyzn. W toku prowadzonego śledztwa pojawia się coraz więcej trupów w szafie i okazuje się, że nikt nie jest tak do końca kryształowo czysty i niewinny...

Niesamowicie lubię czytać Magdę Knedler. Dlaczego? Trudno określić to w skrócie. O tym, jakim pięknym językiem posługuje się autorka, pisałam już we wcześniejszych recenzjach i podtrzymuję swoje zdanie w tym temacie. Cud, miód i orzeszki, no :-) Innym z powodów jest płynność czytania, jaką osiągam podczas lektury jej powieści. Na czym polega owa płynność? W moim przypadku głównie na tym, że nie zgrzytam zębami, kiedy w co trzecim akapicie natrafiam na źle odmienione wyrazy, literówki czy zjedzone litery. Dobra, tutaj też je znalazłam (bo przecież nie byłabym sobą, nie? :D), ale jakieś 10 błędów na 343 strony to naprawdę pryszcz. Zatem - płynęłam sobie przez kolejne rozdziały z błogim uśmiechem na twarzy, ewentualnie chichrając się przy dialogach wspomnianej Olgi i dwóch śledczych. Bardzo spodobała mi się relacja kobiety i podinspektora Grzegorza, wcale nie romansowa, nie liczcie tutaj na taki wątek. Fabuła zmierza w zupełnie innym niż miłosny kierunku. 

Bohaterowie zostali stworzeni z dbałością o wszelkie szczegóły i opisani bardzo plastycznie. W trakcie lektury pojawiali się w mojej wyobraźni zupełnie naturalnie. Autorka dawkowała informacje z nimi związane, aby niepostrzeżenie wpleść je w fabułę i dostarczyć czytelnikowi materiału do rozmyślań. Tu właśnie jest ukryty klimat powieści Agathy Christie. Wraz z pisarką zmierzamy powoli do celu, odkrywając fakty z życia poszczególnych postaci, by w kulminacyjnym punkcie poskładać wszystkie elementy układanki (albo nie :D) i poznać zakończenie. Przebywamy w pensjonacie, a więc na zamkniętym terenie, i mamy do dyspozycji określoną liczbę podejrzanych. Wśród nich ukrywa się morderca. Kto nim jest? I jaki miał motyw? Czy dwie zbrodnie mają ze sobą coś wspólnego? 

Humorystyczne sytuacje i dowcipne dialogi, napięcie rosnące z każdą stroną, wiszący nad głową topór ukrywającego się wśród gości mordercy, kłamstwa i niedomówienia to tylko mały wycinek tego, co czeka Was, jeśli sięgnięcie po tę powieść. Ja bawiłam się świetnie!  

I na zakończenie, wiecie co jest najfajniejsze w tej powieści? Przytoczę fragment (spokojnie, żadnych spojlerów nie będzie!): " (...) Aha, Grzechu... Chyba mam dla nas kolejną sprawę." Rozumiecie, co to oznacza? ;-)


Za możliwość przeczytania książkę dziękuję Wydawnictwu Novae Res

środa, 5 grudnia 2018

"2 miliony za Grunwald" Joanna Jodełka - recenzja


"- Co jest właściwie na tym obrazie? - niespodziewanie przerwał mu Dziurawiec, leżąc z zamkniętymi oczami.
- Nie wiesz?! - zdziwił się chłopak. - Jak to? Nigdy nie widziałeś Bitwy pod Grunwaldem? Nigdy? Ani razu? Nawet na zdjęciu? Nawet w gazecie? Na pocztówce też nie? Żartujesz, prawda?"

Lektura kolejnej powieści Joanny Jodełki, w której autorka połączyła emocjonującą historię z przeszłości z sensacyjną fabułą, już za mną. Nie była to pierwsza książka pisarki, którą przeczytałam. Wcześniej miałam okazję sięgnąć po "Kamyk" i "Polichromię", które niesamowicie mnie wciągnęły i wspominam je bardzo pozytywnie do dziś. Czy z historyczną odsłoną twórczości pani Jodełki było podobnie? No cóż, może będę nudna, ale znów muszę rozdzielić ocenę na dwie części: fabuła i bohaterowie oraz warstwa techniczna, czyli korekta...

Powieść "2 miliony za Grunwald" opowiada historię ratowania przed zniszczeniem monumentalnego dzieła Jana Matejki, słynnego obrazu Bitwa pod Grunwaldem. Kto tak bardzo nienawidził tego wybitnego dzieła polskiego malarstwa, że chciał je unicestwić? 

Podczas lektury przenosimy się w czasie kilka razy. Najpierw, we wstępie, obserwujemy samego mistrza Matejkę przy tworzeniu gigantycznej sceny bitwy. Równocześnie autorka nakreśla atmosferę w kraju i nastroje panujące wśród Polaków. Następnie przeskakujemy o 60 lat do przodu i lądujemy w 1938 roku, czyli niemal w przededniu II wojny światowej, by śledzić dalsze losy malowidła i walkę niewielkiej grupy Polaków o zachowanie płótna w nienaruszonym stanie. Wojenna zawierucha, a także pewien zaślepiony żądzą zniszczenia dzieła hitlerowiec, nie ułatwiali tego i tak trudnego zadania.  Ostatni przeskok w czasie przeniesie nas z roku 1941 do 1944, w którym obraz na ponad tysiąc dni spoczął w... grobie. Najbardziej niesamowite zaś jest to, że cała ta historia, choć wydaje się nieprawdopodobna, wydarzyła się naprawdę. Tylko część fabuły i niektóre postacie to fikcja literacka i wyobraźnia autorki.

Jakie decyzje będą musiały podjąć osoby opiekujące się Bitwą? Kto wspomoże ich wysiłki? W jaki sposób obraz zniknie z Warszawy, a pojawi się w Lublinie, by tam również umknąć sprzed celownika Gerharda von Lossowa? Jak ważący około 600 kilogramów obraz podróżował przez Polskę, pod samym nosem okupantów? O tym i wielu innych sprawach opowiada autorka w swojej powieści. I robi to całkiem nieźle, choć uprzedzam, że akcja rozkręca się powoli. Dlatego właśnie urwałam jeden punkt z oceny. Warto było jednak cierpliwie poczekać na rozwój sytuacji, ponieważ w pewnej chwili lawina wydarzeń ruszyła z kopyta i nie sposób było oderwać się od kolejnych rozdziałów. 

Wątek związany  z obrazem Matejki przeplatał się z innymi, typowo obyczajowymi, prezentującymi głównie wojenną rzeczywistość. Zabieg ten z jednej strony spowalniał bieg wydarzeń, ale z drugiej uzupełniał fabułę o dodatkowe informacje.

Wśród występujących w powieści bohaterów moją sympatię zyskali Dziurawiec i mały Jona Faber. Z przyjemnością obserwowałam przemianę zwykłego złodziejaszka w obrońcę polskości, której ucieleśnieniem był obraz Matejki, wyceniony przez poszukujących go Niemców na 2, a następnie na 10 milionów. Jona zaś okazał się być niezwykle bystrym dzieciakiem, dlatego sceny z jego udziałem według mnie bardzo wzbogaciły fabułę. Sympatyczny chłopiec, znacznie dojrzalszy niż wskazywałby na to jego wiek, brał czynny udział w wielu wydarzeniach związanych z ratowaniem i ukrywaniem Bitwy.

Ocena książki pod względem technicznym.
Znów musiałam zmierzyć się z ogromem literówek, głównie zjedzonych lub przestawionych liter, a także dublowaniem zaimka się w zdaniach lub jego znikaniem...

Naprawdę trudno się czyta się i nie da się skupić na fabule, kiedy wyzary dwoją nam przed oczami albo ich ma tam, gdzie być powinny...

Napotkałam również sporo innych "kwiatków", np. pejsy w chałacie czy bardzo częste w powieściach wycofywanie się do tyłu. Na resztę przegapionych przez osoby poprawiające tekst atrakcji chyba spuszczę zasłonę miłosierdzia. Moja ocena korekty z aktualnego wydania to zaledwie 2/6.
Mam nadzieję, że jeśli ta powieść doczeka się wznowienia, ktoś poprawi te wszystkie błędy, żeby można było spokojnie skoncentrować się na treści.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

"Służące do wszystkiego" Joanna Kuciel-Frydryszak - recenzja


"Służące do wszystkiego" to rodzaj zbiorowej biografii. Autorka opisuje życie często bezimiennych "białych niewolnic", czyli służących żyjących w Polsce w pierwszej połowie XX wieku. Na treść tej publikacji składają się różnego rodzaju źródła, a także wspomnienia rodzinne i informacje z muzeów.

Podczas lektury napotkamy ryciny, przykłady planów pracy służących, zdjęcia, rysunki przedstawiające ubiór właściwy dla służby, różnego rodzaju porady i przepisy oraz wycinki z ówczesnych gazet.

W treści, w większości poważnej, znalazły się i zabawne akcenty, jak na przykład wycinek z gazety "Głos Poranny" z 1938 roku, w którym czytamy, iż pewna służąca stanęła przed sądem za to, że zagroziła swojemu chlebodawcy zabójstwem za awanturę, którą jej urządził, gdy podczas przyjęcia jedna z pań znalazła w swojej szklance z herbatą karalucha. To musiały być emocje! 

Z uwagą prześledziłam, ile czasu na poszczególne obowiązki miała dana służąca i co w ogóle musiała zrobić przez cały dzień. Według tych materiałów praca służącej zaczynała się o 7.00 (więc pobudka około 6.00), a kończyła grubo po 21.00. W tym czasie miała za zadanie między innymi sprzątać według ustalonego na cały tydzień grafiku, przygotowywać i podawać posiłki państwu, gotować, prać i prasować. Dla siebie miała w ciągu całego dnia łącznie może godzinę, głównie na posiłki własne i trochę czasu po południu na odpoczynek. Na zakończenie dostawała dyspozycje na kolejny dzień i miała się rozliczyć z tego, co zrobiła od rana. Nie wspomnę już o tym, że jeśli służąca nie była wprawiona w robocie i nie wyrabiała się w godzinach z grafiku, to chyba tego czasu własnego nie miała... A w filmach różnego rodzaju postaci służących głównie ładnie wyglądają w tych fartuszkach i czepeczkach... Chyba widzom rzadko przychodzi do głowy, by zastanowić się, ile ciężkich zajęć czekało każdego dnia na te kobiety. Ciekawe było dla mnie również to, że służącymi były panny, a kiedy któraś wychodziła za mąż, nie mogła już pracować na takim stanowisku. 

Daje do myślenia ten obraz z międzywojnia, kiedy wszystkie dziewczęta, które ze wsi trafiały do pańskich domów, z jednej strony cieszyły się awansem społecznym, a równocześnie traktowane były jak nic niewarte popychadła, nadające się wyłącznie do sprzątania i usługiwania państwu. Widoczna tu jest jak na dłoni niesamowita przepaść między klasami. Tylko zdaje się, że państwo nigdy nie zbrukali swoich mądrych głów myślą, że bez tych "białych niewolnic" ich domostwa rozsypałyby się zwyczajnie albo zniknęły pod stosami brudnych naczyń i ubrań. Najprostsze czynności wykonywały przecież służące. Gdyby tak wtedy modne stały się związki zawodowe i ktoś podpowiedziałby tym kobietom, że mogą się zbuntować i zacząć walczyć o swoje, to kto wie, jak by się to skończyło ;-)  

Książka została wydana z wielką dbałością o szczegóły. Czarna okładka ze zdjęciem jednej z jej bohaterek przyciąga wzrok. Twarda oprawa chroni wnętrze. Sądzę, że jest to pozycja idealnie nadająca się na niebanalny prezent.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy