czwartek, 20 kwietnia 2017

"Willow" V. C. Andrews - recenzja

Tytuł: "Willow"
Autor: V. C. Andrews
Gatunek: literatura obyczajowa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cykl: Rodzina de Beers, tom 1


Sięgając po pierwszy tom kolejnej serii Virginii Andrews zastanawiałam się, czy spodoba mi się historia kolejnej rodziny. Czy intryga będzie tak mroczna, jak w poprzednich sagach? Czy bohaterowie przeżyją tak wiele, jak ci, których już poznałam? Czy nie będę mogła oderwać się od nowej opowieści? Po lekturze uczucia mam mieszane...

Tytułowa Willow to główna bohaterka tego cyklu. Dziewczyna, która mimo młodego wieku, wiele już w swoim życiu przeszła. Została adoptowana przez szanowaną rodzinę De Beers, o czym nie pozwala jej zapomnieć matka adopcyjna. Od najmłodszych lat dziewczynka musi też wciąż na nowo słuchać historii o tym, że jej rodzoną matką była pacjentka z kliniki psychiatrycznej ojca. Pani De Beers odnajdywała perwersyjną wprost radość w doszukiwaniu się w dziecku symptomów jakiejkolwiek choroby psychicznej. Uważała bowiem, że skoro jej matka była "psychiczna", Willow z pewnością odziedziczyła wszystkie złe geny i lada chwila sama zacznie zachowywać się dziwnie. Ojciec rodziny wprawdzie stopował zapędy żony w tym temacie, ale równocześnie ukrywał swoje uczucia w stosunku do dziewczynki. W rezultacie Willow dorastała wśród ciągłych narzekań adopcyjnej matki i  w obliczu dystansu uczuciowego ojca. Czuła jego miłość, jednak zachowanie mężczyzny wcale nie wskazywało na to, by pragnął ją po ojcowsku przytulić czy chociaż obdarzyć cieplejszym uśmiechem. 
Wszystko zmienia się, kiedy dziewczyna, będąca już studentką, dowiaduje się o tym, że ojciec znalazł się w szpitalu. Jak najszybciej wraca do domu, jednak zabraknie jej dwudziestu minut, by się z nim pożegnać. Tym samym Willow zostaje sierotą, ponieważ jej matka adopcyjna ginie w wypadku samochodowym trzy lata wcześniej. Sytuacja jest naprawdę trudna. Ojciec jednak, pragmatyczny i niezwykle uporządkowany, zadbał o wszystko zawczasu. Willow dziedziczy cały jego majątek. Dodatkowo otrzymuje od rodzinnego prawnika tajemniczą kopertę, w której znajduje się list i coś jeszcze od ojca dla niej. Dziewczyna dostaje instrukcje, by otworzyć i przeczytać zawartość koperty na osobności. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ siostra jej ojca to niezwykle wścibska i nachalna osoba. Willow znajduje jednak w sobie siłę, by trzymać kobietę na dystans, co nie spotyka się ze zrozumieniem tej ostatniej. Ciotka Agnes chciałaby kontrolować każdy krok bratanicy... Co znalazła Willow w kopercie? Z pozoru nic szczególnego. Ojciec zostawił jej list i pamiętnik, który pisał przez jakiś czas. Co dziewczyna znalazła w jego zapiskach? Nie zdradzę, bo to byłby spoiler :-) W każdym razie historia, którą dziewczyna przeczytała sprawiła, że spojrzała na swojego ojca pod zupełnie innym kątem. To, czego dowiedziała się z pamiętnika sprawiło, że wyruszyła tropem swoich korzeni. Zapragnęła odnaleźć osobę, której nie znała, a tak bardzo pragnęła być częścią jej życia. O kogo chodzi? Czy Willow uda się ułożyć życie na nowo? Kto jej w tym pomoże, a kto będzie próbował zawrócić ją z obranej drogi? Pytań jest wiele, a odpowiedzi znajdziecie podczas lektury książki. 

Chociaż po przeczytaniu "Kwiatów na poddaszu" spodziewałam się bardziej mrocznego klimatu, nie uważam czasu spędzonego z tą książką za stracony. Czytałam z zainteresowaniem, odkrywając wraz z Willow kolejne tajemnice i obserwując bohaterów świata, do którego weszła w poszukiwaniu kogoś dla niej ważnego. Podobała mi się bezkompromisowość tej młodej dziewczyny, która nie ugięła się pod presją nowego towarzystwa, dla którego najważniejsza była dobra zabawa i pieniądze. Irytował mnie może trochę pompatyczny momentami język powieści, ale dało się go zignorować, skupiając się na fabule. Książka zapowiada kolejne ciekawe tomy, więc mam nadzieję, że niedługo będę mogła poznać dalsze losy Willow.

Polecam wszystkim, którzy lubią sagi rodzinne i ich tajemnice.

sobota, 15 kwietnia 2017

"Czarny zakon" James Rollins - recenzja

Tytuł: "Czarny zakon"
Autor: James Rollins
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: Albatros
cykl: Sigma, tom 3

Moja ocena: 10/10


Kolejny tom cyklu SIGMA pochłonął mnie bez reszty, szczególnie, że tym razem bohaterowie musieli zmierzyć się z tematyką, która mnie interesuje, czyli ogólnie - eksperymentami nazistów... W trzecim tomie serii śledzimy trzy główne wątki, które początkowo rozgrywają się niezależnie, jednak w miarę lektury zaczynają się zazębiać i przenikać. 
Wprowadzeniem jest historia rozgrywająca się w 1945 roku. Naukowcy Hugo Hirszfeld i jego córka, Tola, pracowali dla Hitlera nad rozwiązaniem zagadki stworzenia nadczłowieka. Ingerencja w przebieg ewolucji to niełatwy temat, pełen niejasności i wątpliwości natury moralnej. Nie wszyscy jednak tę niepewność odczuwali... Hirszfeldowie tak. Innym, nazistom, chodziło przede wszystkim o zdobycie recepty na stworzenie człowieka idealnego. Hugo i Tola powołali do życia dziecko... Nadczłowieka? Możliwe. Jednak niemowlę znalazło się w niebezpieczeństwie. Tola poświęciła swoje życie, by je uratować. Kwilące niemowlę znalazł ojciec Varick i choć zdumiał go dziwny tatuaż na stópce dziecka, zdecydował, że zabierze je do klasztoru, w którym mieszkał z braćmi. Niemowlę to było początkiem tej skomplikowanej i pełnej zwrotów akcji opowieści. 
Z zapartym tchem śledziłam losy szefa Sigmy, Paintera Crowe'a, oraz Lisy Cummings, lekarki, którzy znaleźli się w Himalajach, gdzie usiłowali zbadać dziwną epidemię. Mieszkający tam mnisi z niewiadomych przyczyn tracili rozum i mordowali się nawzajem. Ktoś nie chciał jednak, by prawda wyszła na jaw. Życie Paintera i Lisy zawisło na włosku...
Tymczasem w Danii agent Sigmy, Gray,  obserwuje ciekawe zjawisko. Ktoś bardzo interesuje się konkretnymi dokumentami z czasów wiktoriańskich, a szczególnie Biblią Darwina, TEGO Darwina. Kiedy Gray już ma ją w zasięgu ręki, nieznani sprawcy atakują antykwariat, w którym przebywa mężczyzna. Podczas napadu ginie właścicielka księgarni i wspomnianej Księgi. Przy życiu zostaje jednak jej przyszywana wnuczka, Fiona, która ucieka wraz z Grayem. Co z tego wyniknie? Zdradzę tylko, że Fiona to dość nietypowa nastolatka i świetny z niej kieszonkowiec.
Trzeci wątek łączy dwa poprzednie, kiedy bohaterowie spotykają się w RPA. Ich ścieżki krzyżują się w owianej tajemnicą posiadłości pewnego miliardera, Waalenberga, ukrytej w rezerwacie dzikiej przyrody. Jak bardzo dzikiej? Kim są nienaturalnie białowłosi i błękitnoocy ludzie przewijający się wśród napastników? Kto kogo będzie musiał ratować w twierdzy Waalenbergów? Czym jest Dzwon i dlaczego należy jak najszybciej znaleźć antidotum na jego śmiercionośne działanie? Pytań jest wiele, Rollins nie daje nam się nudzić. Być może ktoś uzna, że pojawiające się w trakcie lektury wywody naukowe są zbyt trudne lub nudne, ale myślę, że są wyważone i wcale nie ma potrzeby rozumienia wszystkiego. To nie lekcja w szkole, za którą można dostać zła ocenę. Wystarczy "złapać" tyle, ile potrzeba do zrozumienia fabuły. Nie przepadam za naukami ścisłymi, a nie znudziły mnie naukowe dialogi bohaterów. Jeśli dodamy do tego wartką akcję, nieoczekiwane zwroty i bardzo dobrze nakreślonych bohaterów, otrzymamy świetną powieść przygodową z historyczno-naukowymi elementami. 
Polecam z czystym sumieniem :-)

wtorek, 4 kwietnia 2017

"Dom ech" Barbara Erskine - recenzja

Tytuł: "Dom ech"
Autor: Barbara Erskine
Liczba stron: 488
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Moja ocena: 9/10


Nie do końca byłam przekonana czy chcę przeczytać tę książkę (okładka nie motywuje...), ale kiedy spojrzałam na opis z tyłu, spodobał mi się na tyle, że postanowiłam spróbować. I nie żałuję. Książka wciąga od pierwszej strony i naprawdę trudno się od niej oderwać. 
Główną bohaterką jest Joss Grant, kobieta adoptowana w dzieciństwie, która postanawia odnaleźć swoją biologiczną matkę. Niby nic niezwykłego, przecież mnóstwo ludzi jest adoptowanych i często decydują się prędzej czy później na podjęcie próby poznania swojej przeszłości. Nie inaczej było z Joss. Kobieta dowiaduje się, że jej rodzona matka zmarła kilka lat wcześniej, ale w toku poszukiwań okazuje się, że zapisała jej w testamencie dom. Trochę dziwne wydaje się to, że zaznaczyła pewien warunek jego otrzymania. Joss miała się sama zgłosić do adwokata, u którego matka pozostawiła swoją ostatnią wolę, a nie odwrotnie. Prawnik miał bowiem zakaz poszukiwania i kontaktowania się z nią... 
Dom spada kobiecie jak manna z nieba, bo właśnie znalazła się z rodziną w naprawdę ciężkiej sytuacji. Wspólnik jej męża zniknął z wszystkimi pieniędzmi, zostawiając ich z niczym. Postanawiają więc przenieść się do rodzinnego domu Joss o tajemniczej nazwie Belhedon Hall. Wkrótce okazuje się, że o domu tym krążą jednak straszne historie. Ludzie mówią, że jest nawiedzony, że ciąży na nim klątwa. Joss powoli odkrywa kolejne karty historii swojej rodziny i nie są to bynajmniej radosne wieści. Okazuje się, że bardzo wiele osób zmarło w tym właśnie domu, z różnych przyczyn. Najczęściej były to nieszczęśliwe wypadki z udziałem małych dzieci, tylko chłopców. Poza tym dom jest ogromny, zimny i trochę straszny. Joss w miarę poznawania jego historii z różnych źródeł zaczyna wierzyć w plotki o duchach, które go zamieszkują. Jej mąż, rzecz jasna, ma odmienne zdanie i nie chce nawet słyszeć o wyprowadzce. Zresztą i tak nie mają na to pieniędzy. Co odkryła Joss przeszukując lokalne archiwa? Kto pomaga jej w odkrywaniu tajemnic domostwa? Czy faktycznie komuś z nich grozi niebezpieczeństwo? A może kobieta postradała zmysły od nadmiaru strasznych historii opowiadanych przez okolicznych mieszkańców? Trudno stwierdzić. Autorka nie ułatwia czytelnikowi zadania prezentując różne reakcje postaci i ich zdanie na ten temat. Jawa przeplata się ze snem, a świat duchów przenika się z tym realnym. Czyje samochodziki znajduje synek Joss? Dla kogo zostawiane są białe róże? Kim są Georgie i Sam? Ile osób będzie musiało zginąć, zanim Joss dowie się czegoś konkretnego i odkryje źródło zła panoszącego się w jej domu? Wszystkiego dowiecie się z książki, która naprawdę wciąga. Polecam tym, którzy lubią się trochę bać ;-)   
Jeden punkt odjęłam za zbyt wiele powtarzających się wciąż i wciąż "białych jak śnieg twarzy" i temu podobnych opisów stanu emocjonalnego bohaterów :-)  

czwartek, 23 marca 2017

"Mapa trzech Mędrców" James Rollins - recenzja

Tytuł: "Mapa trzech Mędrców"
Autor: James Rollins
Liczba stron: 544
Wydawnictwo: Albatros
cykl: Sigma, tom 2
Moja ocena: 9/10

Kolejny tom serii SIGMA FORCE z pewnością połknęłabym znacznie szybciej, gdyby nie permanentny brak czasu na lekturę. To naprawdę irytujące, kiedy bohaterów trzeba zostawić w jakimś naprawdę trudnym momencie, bo obowiązki wzywają...
Tym razem znani nam już z pierwszego tomu cyklu agenci Sigmy zostają wysłani do walki z Trybunałem Smoka, organizacją, która zdecydowanie znajduje się po złej stronie mocy. Lekturę rozpoczynamy od wstrząsającego wydarzenia. Podczas nabożeństwa w katedrze w Kolonii nieznani napastnicy zabijają praktycznie wszystkich wiernych i księży znajdujących się w kościele. Nikt nie wie, w jaki sposób dokonano tego mordu. Ludzie wyglądali tak, jakby... spłonęli od środka. Ocalał jeden z uczestników mszy, który ukrył się w konfesjonale, by napastnicy go nie dostrzegli. Wszyscy, którym udało się bowiem przetrwać masakrę, zostali dobici przez agresorów. Dlaczego tylko nieliczni ocaleli? Jedyny świadek upiera się, że wszystkich zabił Najświętszy Sakrament. Mordercy zaś po dokonaniu masakry zabierają z katedry kości trzech Mędrców znanych z Biblii. Po co im te relikwie? Dlaczego nie wykorzystali okazji, by ukraść również drogocenne precjoza z katedry? Nie wiadomo... Przed agentami Sigmy dużo pracy. Zagadka goni zagadkę, tajemnica wypływa z tajemnicy, a czas nagli. Trybunał Smoka jest wciąż o krok przed agentami. A najgorsze jest to, że ktoś w Watykanie chyba chce popsuć szyki naszym bohaterom. Jak to możliwe? Przecież ktoś związany z Watykanem nie może być "tym złym"! Czy aby na pewno? 
Wartka akcja, niespodziewane zwroty, sporo ciekawie przedstawionej historii i chemii (no dobra, dla mnie chemii trochę za dużo i za to urwałam jeden punkt :D) i świetne zarysowani bohaterowie. To przepis na kilka wieczorów z genialną lekturą w dłoni. Polecam :-)

sobota, 4 marca 2017

"Już mnie nie oszukasz" Harlan Coben - recenzja

Tytuł: "Już mnie nie oszukasz"
Autor: Harlan Coben

Gatunek: kryminał, thriller
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Albatros
Moja ocena: 9/10


Coben to nie jest po prostu pisarz, którego książki się czyta. Coben to jest stan umysłu. Chociaż mam już za sobą lekturę prawie wszystkich wydanych w Polsce powieści tego autora, wciąż pochłaniam opowiadane przez niego historie z zapartym tchem. Nie inaczej było tym razem, chociaż muszę przyznać, że nie mogłam się pozbyć myśli, że w którejś wcześniejszej powieści Coben wykorzystał już przynajmniej jeden z obecnych tu wątków... Wcale mi to jednak nie popsuło przyjemności podążania za główną bohaterką, kapitan Mayą Stern. Wątków jest może ciut za dużo, ale da się bez problemu ogarnąć wszystko umysłem i podążać za tokiem rozumowania głównej bohaterki.
Mayę poznajemy w trudnej dla niej chwili. Właśnie straciła męża, który został napadnięty w parku i zabity. Została sama z ich dwuletnią córeczką Lily. Niewiele wcześniej, w tajemniczych okolicznościach, została zamordowana jej siostra. Do tego dochodzą dręczące ją wciąż problemy emocjonalne po powrocie z misji w Iraku. Maya ma zespół stresu pourazowego i za wszelką cenę chce poradzić sobie z tym sama, a "reszta świata" (czyli rodzina męża i przyjaciele z wojska) usiłuje nakłonić ją do przyjęcia pomocy psychiatry lub psychologa.
Przez małżeństwo z Joem Maya weszła do bardzo bogatej i wpływowej rodziny. Jej członkowie nie wyobrażają sobie, by kobieta po śmierci męża odcięła się od nich. Maya zaś uważa wręcz przeciwnie... Do tej pory jej córeczką zajmowała się niania Izabella, polecona przez rodzinę męża. Teraz matka postanawia zapisać dziewczynkę do żłobka. Tej decyzji nie rozumie jednak jej teściowa Jessica, według której dzieckiem powinna zajmować się zaufana osoba, w domu. Maya jednak nie ufa nikomu, ale nie przyszło jej do głowy, by zadbać o bezpieczeństwo córeczki. Jej przyjaciółka, Eileen, pomyślała o tym i podarowała Mai cyfrową ramkę na zdjęcia z wbudowaną kamerą. Kobiety ustawiły "oko" tak, by rejestrowało wszystko, co dzieje się w pokoju, gdzie najczęściej przebywa Izabella z Lily. Pewnego dnia Maya podczas przeglądania nagranego przez kamerkę filmu widzi coś, czego nigdy by się nie spodziewała. Zobaczyła mianowicie, jak jej (nieżyjący przecież!) mąż bawi się z córeczką. Nie wierząc własnym oczom, próbowała wyjaśnić to z nianią, jednak sytuacja wymknęła się spod kontroli. Izabella poczuła się zagrożona, zaatakowała Mayę gazem pieprzowym i uciekła. Kiedy kobieta chciała jeszcze raz obejrzeć tajemniczy film, okazało się, że karta zniknęła z laptopa. W tym momencie rozpoczyna się wyścig z czasem i rozwiązywanie kolejnych zagadek, które pojawiają się jak grzyby po deszczu. Maya, wykorzystując swoje wojskowe wyszkolenie, robi wszystko, by odkryć prawdę. 
Czy Joe naprawdę żyje i po prostu okrutnie zażartował sobie z wszystkich? Gdzie jest Izabella i zaginiona karta z filmem? A może to sama Maya napadła męża? W końcu problemy psychiczne, z którymi zmaga się od powrotu z misji, skutecznie utrudniają jej życie... Czego jeszcze dowie się Maya, ruszając w pogoń za mordercami siostry i męża? Pytań w miarę lektury przybywa, więc przygotujcie się na spore emocje i lekturę od deski do deski za jednym posiedzeniem. Może i powtórzyły się wątki, może chwilami dialogi nie były idealne, ale całość czyta się świetnie, a zakończenie naprawdę jest zaskakujące. Dobra kawa dla tego, kto odkryje prawdę przed samą główną bohaterką. Polecam!

czwartek, 9 lutego 2017

"Siła niższa" Marta Kisiel - recenzja

Tytuł: "Siła niższa"
Autor: Marta Kisiel
Gatunek: fantastyka
Liczba stron: 376
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal; UROBOROS
cykl: Dożywocie, tom 2

"Szanuj anioła swego, bo możesz dostać gorszego!"

Ja się zwyczajnie nie zgadzam, żeby ten cykl miał tylko dwa tomy! Toż to rozbój w biały dzień! 
Wydawać by się mogło, że po lekturze "Dożywocia" nic mnie już bardziej nie rozbawi. Byłoby to jednak błędne rozumowanie, co już wiem, po zapoznaniu się z drugim tomem cyklu. Uprzedzam, że czytanie książek tej Autorki może się skończyć kaftanem bezpieczeństwa, lekami na uspokojenie niepohamowanych ataków śmiechu i poważnymi boleściami mięśni brzucha. Od ciągłego chichrania się nad kartami powieści po kątach.  

Bohaterów mamy trochę znanych i trochę nowych, więc w tej materii czytelnik nudzić się nie będzie. Coś się jednak zmieniło. Nowy dom, w którym zamieszkał Konrad z ferajną, niby jest przytulny, ale jednak czegoś brakuje, coś jest nie do końca TAK. Tylko co? Konrad wścieka się o drobiazgi, a za nim snuje się nieustannie gradowa chmura... Licho popłakuje po kątach i straciło serce do sprzątania... Krakersa nie ma... Szczęsny również już w zaświatach... Autorka raczy nas głębszą treścią w typowej dla siebie ironiczno-żartobliwej formie. Obserwujemy nie tylko zwariowane, fantastyczne przygody małego anioła w bamboszkach, dużego anioła NADopiekuńczego, Tutu czy Carmilli. Choć humor, zabawne teksty i szaleństwo wyzierają z każdej strony, z każdego dialogu i opisu, między wierszami widać tęsknotę, smutek, opuszczenie, same trudne emocje, których najczęściej chcemy się pozbyć, z którymi nie chcemy się zaprzyjaźniać. Jak poradzili sobie nasi bohaterowie? Czy Krakers powróci? Czy w tej części również spotkamy Szczęsnego? Kto mieszka na poddaszu nowego domiszcza? I kim jest Niebożątko?? 
  
Czytało mi się świetnie, chichotałam przy kolejnych perypetiach Konrada i Spółki. I mam nadzieję, że powstanie kolejny tom przygód tej nietypowej trzódki. 

środa, 1 lutego 2017

"Jutro, jutro i znowu jutro" Thomas Sweterlitsch - recenzja

Tytuł: "Jutro, jutro i znowu jutro"
Autor: Thomas Sweterlitsch
Gatunek: postapokalipsa
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Fabryka sensacji
Moja ocena: 6/10


Spodziewałam się innej lektury. Rekomendacja mnie zachęciła, bo tematy postapokaliptyczne to jeden z moich ulubionych gatunków. Jednak historia Dominica Blaxtona, który od dziesięciu lat zaprzecza śmierci żony, nie przemówiła do mnie wystarczająco. Przeczytałam tę książkę do końca, ponieważ nie lubię zostawiać niedokończonych lektur. Poza tym był też wątek kryminalny, który mnie interesował...

Świat nakreślony przez Sweterlitscha jest pełen wirtualnego chaosu. Ludzie dysponują urządzeniami, które pozwalają im być cały czas w Sieci. Reklamy, nowi znajomi, informacje, wiadomości o wszystkim i wszystkich. Nieustający wir bajtów w głowie, przed oczami. Ciągły przekaz i oglądanie filmów z Archiwum, swego rodzaju biblioteki będącej cyfrową wersją zniszczonego Pittsgurgha, gdzie można zobaczyć np. swoje wspomnienia albo znaleźć jakieś potrzebne w danej chwili informacje, odtwarzając nagrane kiedyś wydarzenia. Czytając o tej niesamowitej technologii miałam wrażenie, że sama mam takie urządzenie i czułam się zmęczona nadmiarem bodźców, które przyjmowali przez cały czas bohaterowie powieści. Opis był bardzo sugestywny. 
Podczas jednej z wirtualnych wycieczek Dominic odkrywa ciało dziewczyny. Takie poszukiwania były częścią jego pracy, ale tym razem coś nie dawało mu spokoju. Okazało się, że w kodzie miejsca tej zbrodni znajdują się jakieś błędy, coś się nie zgadza. Dominic zaczął poszukiwania, które okazały się być dość niebezpieczne...
Podczas lektury towarzyszymy mężczyźnie nie tylko w śledztwie, ale także w przeżywaniu cierpienia po stracie żony i nienarodzonego dziecka. Jego ukochana zginęła bowiem podczas katastrofy, która zmiotła z powierzchni Ziemi Pittsburgh i wszystkich ludzi, którzy w nim wtedy przebywali. Inni zapomnieli o tragedii, ale nie Dominic. Wciąż na nowo odtwarza wspomnienia z Theresą z Archiwum, zmaga się z nadmiarem przytłaczających emocji, uzależnieniem od narkotyków, próbuje wrócić do normalności chodząc na terapię... 
Czy zdoła pokochać na nowo? Czy odnajdzie mordercę dziewczyny od błędnego kodu? Kogo pozna, z kim będzie walczyć, a kto będzie go wspierał? Przeczytajcie sami, ale uprzedzam, że to nie jest postapokalipsa w stylu Patykiewicza ani serii Metra. Oceńcie sami.  

środa, 25 stycznia 2017

"Droga" Corman McCarthy - recenzja

Tytuł: "Droga"
Autor: Corman McCarthy

Gatunek: postapokalipsa, powieść drogi
Liczba stron: 268
Wydawnictwo Literackie


Moje pierwsze spotkanie z McCarthym uznaję za udane, choć... dość krótkie. Przebyłam "Drogę" z jej bohaterami w ciągu kilku godzin. Nie czytam zbyt szybko (czego ogromnie żałuję), jednak spora czcionka i forma, w jakiej autor napisał swoje dzieło, pomogła mi wrzucić czytelniczy piąty bieg. 
Myślę, że to dopiero początek mojej przygody z tym pisarzem, ponieważ zdążyłam już sprawdzić, że ma on kilka równie intrygujących tytułów na swoim koncie. 

Zdjęcie z okładki przedstawia bezimiennych bohaterów tej historii, Mężczyznę i Chłopca, jego syna. Na krótko pojawiła się również Kobieta, ale nie była dość silna, by walczyć o każdy kolejny dzień. Odeszła. 

Książka McCarthy'ego to postapokaliptyczna powieść drogi z elementami horroru i grozy. Spodziewałam się trochę innej lektury, więc początek mnie zaskoczył. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażałam sobie, że to będzie historia jak z trylogii Diakowa, z serii Uniwersum Metro 2033. Łączy je jednak chyba tylko to, że w obu historiach obserwujemy próby przetrwania ocalałych ludzi w świecie zniszczonym po kataklizmie. 

Ktoś mógłby pomyśleć, że czytanie o dwóch osobach przez prawie 300 stron będzie potwornie nudne, jednak nic bardziej mylnego. Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się z nimi na drodze, pełnej brudu, popiołu, śmieci i wszechobecnej śmierci. Razem z Mężczyzną wypatrywałam rabusiów, szukałam pożywienia w opuszczonych domach, rozpalałam ognisko i odpoczywałam z Chłopcem wtulonym w ramiona. Czułam lęk Dziecka, jego łzy na widok rozrzuconych tu i ówdzie trupów, głód. Pchałam stary sklepowy wózek pełen wyszperanych po drodze "skarbów". Na widok Złych Ludzi serce podskakiwało mi do gardła, marzyłam o cieple i czymkolwiek zdatnym do jedzenia. Niesamowicie czyta się takie książki, które porywają bez reszty i trzymają w swoim świecie do ostatniej strony. 

McCarthy opisał własną wizję świata po kataklizmie po mistrzowsku, w stopklatkach, pięknym językiem, pełnym głębi, nie rozwlekłym. Nie ma w tym tekście nic niepotrzebnego. Ładunek emocji jest ogromny, momentami przytłaczający. Najbardziej poruszyły mnie dialogi Ojca i Syna. Oszczędne w słowach, a tak pełne treści. Ostatnie strony wyciskają łzy z oczu, ale nie zdradzę, czy ta historia ma happy end. Każdy powinien sam się o tym przekonać. 

Filmowa okładka mnie urzekła. Oczy Mężczyzny ze zdjęcia mówią wszystko. Jest w nich ból, cierpienie, wyczerpanie, niepewność jutra, potworny głód i lęk o dziecko, którym się opiekuje. Po takiej lekturze koniecznie muszę obejrzeć ekranizację.  

wtorek, 24 stycznia 2017

A kidnaperom słoików kawowych mówimy zdecydowane NIE!

Kolejny dzień w pracy jawił się Irmie jak koszmar będący konsekwencją jakiegoś fatalnego zachowania, którego się dopuściła. Nie mogła sobie jednak przypomnieć takiego uchybienia, kiedy kolejny już dzień wędrowała w słońcu piechotą do lata… a nie, jednak do pracy. Lato musi poczekać, bo w końcu najpierw obowiązki, a później przyjemności. Kto to w ogóle wymyślił?? Potok myśli bibliotekarki płynął leniwie, kiedy stanęła przed drzwiami z napisem BIBLIOTEKA. „No właśnie, a ja zawsze pod prąd, dlatego najpierw będą przyjemności.” – pomyślała Irma przekraczając próg. Skierowała się prosto do czajnika, wstawiła wodę i sięgnęła po ulubiony kubeczek. Radio brzęczało już w tle, czajnik szumiał, a cisza zapełniała się z wolna odgłosami typowymi dla szkoły. Rozmowy, śmiechy, trzaskanie szafek w szatni, szuranie trampek i suwaki plecaków. Budynek budził się do życia i lada chwila miała do niego dołączyć również biblioteka. Jeszcze chwila, a otworzą się drzwi i wpadną dzieci. Irma z błogim uśmiechem sięgnęła po łyżeczkę i słoik z kawą. Ręka bibliotekarki natrafiła jednak na próżnię. Spojrzała zniecierpliwiona. Przecież woda zaraz zawrze! Rozejrzała się dokładnie, ale kawa nie zmaterializowała się w żaden cudowny sposób. Irma nabrała podejrzeń, że ktoś był w JEJ bibliotece i wyżłopał JEJ kawę. Tylko kto? Ponieważ właśnie zadzwonił pierwszy tego dnia dzwonek, rozwikłaniem tej zagadki Irma postanowiła zająć się później. Jednak szczęście, najczęściej zwane fuksem, postanowiło zupełnie inaczej. Kiedy więc kobieta nalała już sobie do kubka wody mineralnej i sadowiła się przy biurku włączając komputer, drzwi biblioteki otworzyły się z rozmachem i wszedł uśmiechnięty do granic możliwości mimicznych Matematyk. – Cześć, co robisz? – rzucił lekko, bezwstydnie rozsiewając aromat kawy z kubka, który ustawił na stoliku, dokładnie naprzeciwko Irmy. Prawa brew bibliotekarki powędrowała wysoko na czoło i pociągnęła za sobą złowieszczo łypiące oko. – A, tak sobie siedzę i kombinuję, czy mój słoik z kawą przypadkiem nie przebywa na gigancie albo czy nie został porwany przez kidnaperów… - odpowiedziała posępnie, równocześnie obserwując reakcję Matematyka. Nie pomyliła się. – Taaak? Hmmm, wiesz, że to ciekawe, gdzie mógł się podziać… - zachichotał nerwowo i szybko podniósł się z krzesła. – No to tego, to ja już może pójdę. Zobaczę, czy jakieś dzieci nie przyszły na kółko… - wycofał się w stronę drzwi. Irma westchnęła i przewróciła oczami. – Gdybyś przechodził w okolicy pokoju nauczycielskiego, powiedz, proszę, mojemu słoikowi, że ucieczka z domu nie załatwia sprawy! – zawołała za nim, gdy znikał w korytarzu. – A ewentualnym kidnaperom słoików kawowych mówimy zdecydowane NIE! – krzyknęła w stronę zamkniętych już drzwi.

Kurtyna.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Burza piaskowa" James Rollins - recenzja

Tytuł: "Burza piaskowa"
Autor: James Rollins
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: Albatros
cykl: Sigma, tom 1
Moja ocena: 8/10



Żeby książka była wciągająca, musi się w niej coś dziać. I nie chodzi mi o to, żeby czytelnik nie był w stanie nadążyć za fabułą czy wielością bohaterów, ale o to, by nie potrafił oderwać się od opisywanej przez autora historii. Tak właśnie czyta się powieści Jamesa Rollinsa, o czym przekonałam się już po lekturze "Labiryntu kości". W skrócie, dla osób, które jeszcze nie sięgnęły po żadną książkę tego autora, mogę określić je jako mieszankę archeologicznej przygodówki z sensacyjną akcją. Z dodatków nadających charakter mamy wątek miłosny, ciekawie zarysowany i poprowadzony w mistrzowski sposób. Nie jest to pusta historia o tym, jak "trudno kochać", ale dopracowany, choć drugoplanowy konflikt serc, z emocjami, przemyśleniami i podejmowaniem decyzji. Wyeksponowany w odpowiednich momentach, nadaje tej sensacyjnej historii ludzkich kształtów. 

W "Burzy piaskowej" poznajemy Safię al-Maaz, która pracuje jako kustosz w Muzeum Brytyjskim. Kobieta przeżyła w przeszłości tragedię, która zaważyła na jej dalszym życiu. Zaprzestała aktywnych poszukiwań archeologicznych i poświęciła się opiece nad kolekcją artefaktów z Omanu oraz zgłębianiu tajemnicy zaginięcia miasta Ubar. Drogocenne pamiątki muzeum, wchodzące w skład kolekcji, nad którą czuwa Safia, należą do jej niezwykle bogatej przyjaciółki, Kary Kensington. Druga bohaterka również ma za sobą traumatyczne przeżycie. W dniu jej szesnastych urodzin ojciec zabrał ją na polowanie, które skończyło się tragiczną śmiercią mężczyzny. Niepomny ostrzeżeń, znalazł się w niewłaściwym miejscu, a pustynia nie lubi, kiedy się ją lekceważy... Na oczach córki Kensington został dosłownie pochłonięty przez piasek. Kara przez długie lata próbuje rozwiązać zagadkę śmierci ojca. 

Pewnego dnia jeden z eksponatów, którymi zajmuje się Safia, zostaje zniszczony przez wybuch. Przy okazji ginie strażnik. Film z monitoringu w muzeum zadziwił wszystkich. Okazało się bowiem, że powodem wybuchu był ognisty piorun, który pojawił się nie wiadomo skąd i zniszczył figurę należącą do kolekcji z Omanu. Dalej było jeszcze ciekawiej, ponieważ dochodzenie przeprowadzone po wypadku wykazało... istnienie antymaterii. Zainteresowanie agencji rządowych gwałtownie wzrosło.  

Zagadkowe i mrożące krew w żyłach wydarzenie burzy dotychczasowy, choć raczej pozorny, spokój w życiu Safii. Chociaż kobieta nie ma na to ochoty, dołącza do grupy, która wyrusza na wyprawę archeologiczną. Wspomniana grupa złożona jest z dość wyjątkowych członków: Safia i Kara, jedna rusza w pogoń za mitycznym miastem, a druga poszukuje prawdy o śmierci ojca; magistrant Safii, który szybko pożałuje swojej decyzji; członkowie amerykańskiej agencji DARPA, Painter i jego partnerka, których celem jest ochrona przedsięwzięcia oraz dwaj archeolodzy, bracia Dunn (uwaga, jeden z nich - Omaha - to były narzeczony Safii, więc będzie się działo!). Żeby nie było nudno i zbyt historycznie, mamy też dla przeciwwagi członkinię tajnej organizacji, Cassandrę, która za wszelką cenę chce przeszkodzić w ekspedycji i przejąć wszelkie poczynione przez Safię podczas wyjazdu odkrycia. Smaczku nadaje fakt, że Cassandra była kiedyś partnerką Paintera w agencji DARPA. Wiedzą o sobie właściwie wszystko, znają swój styl walki, a do tego jeszcze kobieta ma naprawdę potężnych zwierzchników, którzy finansują wszystkie jej pomysły i plany. Nie muszę chyba dodawać, że zarówno ona, jak i jej zwierzchnicy, stoją po ciemnej stronie mocy...

Wszystkich, którzy zdecydują się na sięgnięcie po "Burzę piaskową", czekają niesamowite chwile z autentycznymi i wyrazistymi bohaterami. Akcja gna na złamanie karku, są pościgi, strzelanki, zatapianki i mnóstwo innych naprawdę niebezpiecznych wydarzeń. A wszystko to przeplatane historyczno-naukowymi informacjami, które autor podrzuca czytelnikowi w postaci ciekawych dialogów toczących się między bohaterami. Uzupełnieniem sensacyjnej fabuły są informacje o historii i kulturze Omanu i jego mieszkańców. 

Dwa punkty odjęłam za literówki i drobne błędy stylistyczne, których trochę się zawieruszyło w tekście. 

Polecam wszystkim, którzy lubią powieści, w których ciągle coś się dzieje.