sobota, 9 września 2017

"Bad mommy. Zła mama" Tarryn Fisher - recenzja

Tytuł: "Bad mommy. Zła mama"
Autor: Tarryn Fisher
Gatunek: thriller psychologiczny
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Sine Qua Non


Skojarzynki:
stalking * sąsiadka * obsesja * urojenia * terapia * manipulacja



"Nie robię nic złego.
To ona robi coś złego."


Zastanawialiście się kiedyś, jak by to było, gdyby ktoś uporczywie robił to co Wy, kupował te same meble, wybierał te same ubrania i kosmetyki, przeglądał Waszą pocztę, aż okazałoby się, że niepostrzeżenie wszedł do Waszego życia i nie chce go opuścić? Trochę przerażające, prawda?

Troje dorosłych i jedno dziecko - to główni bohaterowie tej historii. Oprócz Fig, Jolene, Dariusa i Mercy Moon są również postaci poboczne, które uzupełniają fabułę - George (mąż Fig), Ryan (kolega Jolene) i przyjaciele rodziny Avery'ch.

Książka składa się z trzech części. W każdej z nich narrację przejmuje kto inny. W pierwszej obserwujemy sytuację oczami Fig, która za radą medium, po śmierci wyczekiwanego dziecka, wmówiła sobie, że właśnie odnalazła jego duszę w pewnej ślicznej dziewczynce. Obserwowała przez wiele godzin małą oraz jej matkę, złą matkę, według opinii Fig. O swoich działaniach opowiadała terapeutce, jednak były to trudne rozmowy. Nie miała pojęcia, dlaczego terapeutka uważała ją za paranoiczkę... 

"- Właściwie to nie mam obsesji na ich punkcie.
- Nie?
- Nie. - Dlaczego mój głos brzmiał w ten sposób? Dotknęłam gardła i chrząknęłam. - Interesują mnie, to prawda. Ale nie jestem... szalona."

W dniu postawienia diagnozy przez dr Matthews (osobowość paranoiczna) Fig zrezygnowała z terapii. Skupiła się na nowym celu - odzyskaniu swojej utraconej dwa lata, dwa miesiące i siedem dni wcześniej córeczki. Obserwacja zaowocowała decyzją o przeprowadzce. Fig kupiła dom sąsiadujący z działką Avery'ch. Jako nowa sąsiadka mogła bez przeszkód interesować się mieszkańcami okolicznych domów. Skupiła się na tym jednym. Krok po kroku zbliżała się do nowych znajomych, a wkrótce przyjaciół. Pragnęła zajmować się malutką Mercy, z którą miała świetny kontakt (w końcu mieszkała w niej dusza jej dziecka, prawda?), poznać wszystkie sekrety Jolene i jej męża (Jo kompletnie nie rozumie Dariusa i jest dla niego taka niedobra...)... zaraz, zaraz, czy ktoś tu przypadkiem nie chce przejąć czyjegoś życia?
W krótkim czasie Fig świetnie czuła się w domu sąsiadów i przebywała tam dłużej niż w swoim własnym. Spostrzeżenia na temat dziwnych zachowań Fig, czynione przez przyjaciółki Jolene lub Dariusa, jakoś nie przemawiały do Jo. Ona po prostu kochała ludzi i chciała im pomagać, wspierać ich. A Fig była taka bezbronna, miała myśli samobójcze i nie poszczęściło jej się w małżeństwie... Jak tu jej nie pomóc? Związek Jolene i Dariusa był idealny, kochali się nad życie, wspierali i uzupełniali. Jednak czy na pewno? Fig była przekonana, że wręcz przeciwnie... 

W drugiej części patrzymy oczami Dariusa, który pracuje jako psycholog i codziennie musi borykać się z problemami innych ludzi, w szczególności zagubionych i depresyjnych kobiet. Właściwie TYLKO kobiet... Część trzecia natomiast należy do jego żony, Jolene, która zarabia na życie jako pisarka. Nie da się ukryć, że w pewnym momencie Jo znalazła się między młotem a kowadłem. Jej ufne i, co tu kryć, naiwne spojrzenie na ludzi zaczęło wreszcie zanikać. Czy jednak wyjdzie jej na dobre zderzenie z brutalną rzeczywistością? Kim jest Ryan, kolega ze szkoły Jolene? Co Darius ukrywa w swoim telefonie i dlaczego śledzi żonę przeglądając po kryjomu jej smsy? Kto kogo obserwuje? Kto tu zwariował, a kto został przy zdrowych zmysłach? Musicie przekonać się sami, bo ja Wam nie zdradzę. 

Wykorzystanie narracji kolejno z punktu widzenia wszystkich głównych bohaterów było świetnym pomysłem. Możliwość patrzenia oczami trzech postaci pogłębiła fabułę, której układające się powoli elementy naprawdę dały mi do myślenia. 
Powieść bardzo mnie wciągnęła, przeczytałam ją w kilka godzin. Jedyne, co mnie irytowało, to powtarzające się zbyt często słowa "psychopata" i "socjopata" oraz używanie formy "mi" tam, gdzie powinna wystąpić forma "mnie". Ale to nie odebrało mi przyjemności śledzenia akcji. Polecam gorąco!

środa, 6 września 2017

"Ślady" Janusz L. Wiśniewski - recenzja

Tytuł: "Ślady"
Autor: Janusz L. Wiśniewski
Gatunek: literatura współczesna
Liczba stron: 96
Wydawnictwo: Literackie

Skojarzynki:
życie * ludzkie pragnienia * emocje * smutek


Pamiętam, że jakiś czas temu, po lekturze pierwszej książki Janusza L. Wiśniewskiego, niesamowicie się zdziwiłam, że skończył takie ścisłe studia, a potrafi pięknie pisać o najtrudniejszych sprawach, o uczuciach, emocjach, kobietach... Dopiero po lekturze "Arytmii uczuć" trochę lepiej zrozumiałam ten fenomen, ale i tak nie do końca. W każdym razie, choć książeczka jest bardzo niepozorna, gwarantuję zaskoczenie...





Szesnaście opowiadań, które składają się na "Ślady", zostało wydrukowanych w czasopiśmie Pani w latach 2012 - 2014. Są to teksty, które najlepiej czytać powoli, nie wszystkie za jednym zamachem. Dominuje w nich smutek i nostalgia.
Każda historia sprawia, że zatrzymujemy się nad nią na chwilę, dłuższą lub krótszą. Taką, która pozwoli przemyśleć, zgłębić to, co ukrywa... Rozstania, rozczarowania, żal czy zawód - uczucia, które spotykają każdego człowieka i potrafią rozgościć się w jego życiu.

Nie jest to lektura na poprawę humoru, a raczej na chwile, kiedy smutna książka nas nie zdołuje. 


Zamyślenia wyłowione podczas lektury:


"Świat się ostatnio całkowicie wyjaławia, powoli, ale
skutecznie wynaradawia, rozmywa lub zaciera granice, skleja ze sobą w abstrakcyjne kolaże przeróżne kultury, wprowadza chwilowe mody, rozprzestrzenia memy. I depcze przy tym - bez skrupułów - tradycje." 

wtorek, 5 września 2017

"Pięć minut" Iga Wiśniewska - recenzja

Tytuł: "Pięć minut"
Autor: Iga Wiśniewska
Gatunek: literatura młodzieżowa
Liczba stron: 176
Wydawnictwo: Lucky

Skojarzynki:
cierpienie * samotność * emocje * braciszek * dramat 


"...czas nie leczy ran - on tylko przyzwyczaja do bólu."


Zdarza Wam się kupić niepozorny dodatek do innych literackich zakupów, który okazuje się być świetną powieścią? U mnie już kolejny raz tak właśnie się stało, dzięki czemu mogłam przeczytać "Pięć minut" Igi Wiśniewskiej.



"Pięć minut" to powieść młodzieżowa, której bohaterką jest siedemnastoletnia Diana, zwykła nastolatka, dźwigająca jednak na barkach ogromne brzemię. Poznajemy ją w chwili, kiedy rozpoczyna pisanie pamiętnika. To dla niej trudne, bo nie jest dobra w dzieleniu się z innymi tym, co czuje. No, chyba że chodzi o jej ukochanego psa, Aresa. Jemu może powierzyć absolutnie wszystko. Jednak dzięki temu, że się przemogła, poznajemy historię jej życia... 


Jedenastoletnia dziewczynka powinna być pod opieką rodziców. Powinna, ale nie zawsze tak jest. W przypadku Diany właśnie tak się stało, że ta opieka gdzieś się zagubiła. W efekcie dziewczynka wracała ze szkoły do pustego domu, w którym znajdowała karteczki od rodziców, świetnego kardiologa i doskonałej pielęgniarki. Ciągłe dyżury, operacje i ratowanie życia ludziom sprawiło, że rodzice bardzo wcześnie zaczęli traktować Dianę jako samowystarczalnego członka rodziny. Tymczasem dziewczynce coraz bardziej brakowało uczucia, przytulenia, rozmowy, kontaktu, obecności rodziców. W chwilach, gdy byli w domu, zadawali zdawkowe pytania o szkołę i kolegów, ale żyli swoim życiem. Pewnego dnia Diana postawiła sprawę jasno - zapragnęła mieć psa. Rodzice uważali, że to zbyt duża odpowiedzialność, że psem trzeba się zajmować i spędzać z nim czas. Dziewczynce właśnie o to chodziło. Żeby wreszcie ktoś cieszył się na jej widok, kochał ją bezwarunkowo i czekał na nią, gdy wraca ze szkoły. Postawiła sprawę na ostrzu noża i wygrała. W jej życiu pojawiła się malutka kuleczka, która wyrosła wkrótce na ogromnego owczarka niemieckiego. 

W życiu Diany była również przyjaciółka od serca, Alicja Busz, a rodzina Ali była prawie rodziną dla Diany. Pani Busz od zawsze opiekowała się dziewczynką, kiedy zachodziła taka potrzeba i to ona często była jej bliższa niż mama czy tata. 

Świat Diany zmienił się diametralnie nie tylko wtedy, gdy dostała wymarzonego psa. Wszystko odwróciło się do góry nogami, kiedy na świat przyszedł jej braciszek, Bartek. Kiedy jest się jedynaczką przez dwanaście lat, trudno się przestawić tak od razu, szczególnie, kiedy okazuje się, że rodzice tak bardzo skupili się na maleństwie, że starsza córka zeszła na dalszy plan (a Dianie wydawało się zawsze, że nie da się już ofiarowywać mniej zainteresowania i uczuć, niż robili to do tej pory...). Kolejne miesiące przynosiły coraz więcej rozczarowań, a w sercu dziewczynki gościły żal i zawód. Grała w szkolnych przedstawieniach, teatr stał się jej pasją, a rodzice nawet nie przyszli na jej pierwsze w życiu poważne przedstawienie, bo Bartek się rozchorował. Urodziny? Bartkowe były jak wielkie fety dopracowane przez rodziców do ostatniego szczegółu, a jej przyjęcia zawsze organizowali przez telefon z firmą cateringową i najczęściej nie zjawiali się, zajęci pracą... Diana nie przypuszczała, że 5 minut może zmienić życie do tego stopnia. Co się wydarzyło? Kto ucierpiał? Musicie koniecznie przeczytać tę powieść. To nie jest płytka młodzieżówka o niczym. To naprawdę interesująca historia pełna trudnych emocji i huśtawki uczuć. 


Autorka sprawiła, że przeżywałam razem z Dianą jej smutki, analizowałam spotykające ją sytuacje i zastanawiałam się nad reakcjami bohaterów. Warto ją przeczytać, podsunąć nastolatkom i ich rodzicom. Można ją wykorzystać do dyskusji w gronie przyjaciół, w klubie książki lub do projektu czytelniczego. Cieszę się, że dorzuciłam ją do koszyka robiąc zakupy :-)

Polecam!


poniedziałek, 4 września 2017

"Przeklęte, zaklęte" Irena Matuszkiewicz - recenzja

Tytuł: "Przeklęte, zaklęte"
Autor: Irena Matuszkiewicz
Gatunek: literatura obyczajowa
Liczba stron: 296
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Seria: Seria Biała


Skojarzynki:
życie * klątwa * wojna * praca * wieś * kobiety * historia


Skrajnie inna powieść niż poprzednie, które czytałam, ale poczułam się zachęcona poprzednią książką tej autorki. I nie żałuję, czytało mi się świetnie. Potwierdziło się, że lubię takie klimaty. Nie romanse i rozterki sercowe, ale życie, codzienne, zwyczajne, z problemami, smutkami i radościami bohaterów.  


Powieść podzielona jest na pięć części. W każdej z nich bohaterką jest inna kobieta, pochodząca z tej samej rodziny. Śledzimy kolejne bohaterki na tle ich otoczenia, rodziny i zmieniających się czasów. Pierwszą bohaterką była Marcjanna, córka chłopa, która pewnego dnia spotkała w lesie Cygankę. Kobieta proponowała, że powróży dziewczynie, a kiedy Marcjanna odmówiła, Cyganka przeklęła ją i kobiety z jej rodziny do piątego pokolenia. Dziewczęta miały mieć pecha w miłości, a dokładniej nie mogły wyjść za swoją pierwszą miłość. Śledziłam z ogromną przyjemnością losy Marcjanny, jej córek: Eleonory (Elci), dla której praca na roli nie była tak istotna, jak dla matki, i Zosi, bujającej w obłokach oraz kochającej bardziej niż ciężką pracę śpiew i taniec. Kolejną kobietą w rodzie była Mirka, córka Eli, która jako pierwsza w rodzinie skończyła studia i została lekarzem. Ostatni rozdział opowiadał dzieje Agnieszki, córki Miry, a wnuczki Eleonory, która żyła już w zupełnie innych czasach i postanowiła zostać konserwatorem zabytków. Jak żyły? Czy zgadzały się ze sobą czy też raczej kłóciły i buntowały? Czy klątwa Cyganki sprawdziła się w ich życiu?  


Zwyczajne historie, opowiedziane z humorem, ale nie wolne też od smutków i surowości życia, chwytają za serce. Warto poznać kobiety, których protoplastką była Marcjanna Patok. Mam nadzieję, że trafię wkrótce na podobną powieść. 

Smaczki zaznaczone podczas lektury:

"(...)
- Z tańców i śpiewania nie ma chleba! - krzyczała. - Nic za darmo nie ma, wszystko trzeba w trudzie wypracować.
- Nie, matusiu, w modlitwie chleb jest za darmo.
- Skaranie z tobą! Gdzie za darmo? Jak się modlisz, mów?
Zosia z powagą uklękła w bruździe i złożyła ręce do pacierza. Recytowała bardzo pięknie, z wyczuciem i wielkim przejęciem.
- ...chleba naszego powszedniego i słodką bułeczkę też, daj nam Panie...
Matusia zaniemówiła. Do głowy jej nigdy nie przyszło, że córka na własną rękę zmienia tekst świętej modlitwy, że śmie Stwórcy zawracać głowę bułeczkami. Dopatrzyła się w tym wielkiego grzechu, jeżeli nie świętokradztwa, i sama już nie wiedziała, jak ukarać grzesznicę.
- Mówię: "daj nam Panie", więc jak "daj", to chyba za darmo? - nie ustępowała Zosia. (...)"

"(...)
- Całkiem nie wiem, czego ludzie nazywają to rozkoszą - tłumaczyła Elci. - Jaka tam rozkosz! Nic więcej jeno mus i obowiązek małżeński, żeby utrzymać ród ludzki.
- A co to jest rozkosz? 
Matusia spąsowiała. (...) Elcia lubiła wszystko wiedzieć bardzo dokładnie, nawet to, czego nie powinna. (...) A skoro już usłyszała, należało mądrze naprawić tę niezręczność.
- Jak jesz dojrzałą gruszkę - powiedziała po dłuższym zastanowieniu - tę choćby klapsę, co rośnie za naszą chałupą, to w gębie czujesz rozkosz. I to jest właśnie to, o czym mówię. 
- Jedzenie gruszek jest małżeńskim przymusem?
- Głupiaś! Patrz, jak pielisz! Buraka wyrwałaś. (...)"

"(...)
- Czego mama się tak żołądkuje? - irytowała się mama Miry. - Młodszego też czasem warto posłuchać, zwłaszcza, jeśli ma rację.

Mira całkowicie zgadzała się z mamą. Sama nieraz myślała podobnie, ale mimo że miała rację, choćby z rajtuzami, mama powtarzała niezmiennie, że starsi wiedzą lepiej. Czemu więc babcia musiała słuchać mamy, jeżeli była od niej starsza? Spojrzała na drobna staruszkę i niepytana przez nikogo włączyła się do rozmowy.
- Nie mów tak, mamusiu! - poprosiła. - Babcia też nie wyskoczyła sroce spod ogona! (...)"

"Mira leżała z szeroko otwartymi oczami. (...) Oto wreszcie, dzięki cioci Zosi i Niemcom, poznała istotę narodzin. Pod tym względem była nawet mądrzejsza od mamy, która nosiła ją przez dziewięć miesięcy w brzuchu i nawet o tym nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć, bo wciąż wierzyła w bociana. Wiedziona zdrowym instynktem samozachowawczym Mira postanowiła nie uświadamiać mamy."

"Jesienią 1954 roku tato pojechał służbowo do Lublina i wracając, przywiózł ze wsi babcię Marcysię. Śmiał się potem, że równie trudnej podróży jeszcze nie przeżył. Babcia bała się pociągów, nie dowierzała zięciowi, a jako kobieta władcza i samodzielna, miała całkiem inną koncepcję jazdy. Jak jej się pociąg nie podobał, nie chciała wsiadać. W Warszawie o mały włos się nie zgubiła.
- Ale w końcu wsiadłeś do tego pociągu, co ci kazałam - upierała się babcia.
- Tamten jechał do Krakowa, ale niech wam będzie.
- Wszystko jedno, gdzie jechał, grunt, że o Toruń zahaczył - wyjaśniła z godnością Marcjanna."

"(...) ledwo doszła do sporu Ateny z Posejdonem, mama wzięła książkę do ręki i zaczęła od niechcenia kartkować. natrafiła na posąg Perseusza, potem Erosa i poczerwieniała jak pomidor. Akurat ci bogowie nie mieli listków w wiadomym miejscu, a i czas też im nie ukruszył tego, co dla mężczyzny najcenniejsze. Słowa: świństwo, nieskromność, rozwiązłość padały jak grad. (...)
- My jakoś wychowaliśmy się bez takich świństw - mówiła oburzona mama.
- "Mitologię" czytałem w gimnazjum - powiedział tato. - A te posągi pochodzą sprzed naszej ery i są dziełem największych artystów.
- Świntuchów, nie artystów - zakończyła ostro mama. - Dobry artysta potrafiłby wyrzeźbić szaty."    

"(...)
- Ciociu, zbiła się szklaneczka, trzeba ją skleić - szepnął z niewinną miną.
- Sama się zbiła?
- Zupełnie sama. Ja ją tylko troszkę popychłem."

"(...)
- ...kim chciałabyś zostać, kiedy dorośniesz?
- Archetypem... nie, archeologiem.
- Myślałam, że architektem. - zdziwiła się Mira.
- A to nie to samo?
- Nie, ale pomijając archetyp, zaczynasz ambitnie. Ja w twoim wieku chciałam mieć budkę z lodami."

"(...)
- ...co to za sznureczki wiszą w łazience? - zapytała.
 - Moje stringi. Takie współczesne majtki. - roześmiała się Agnieszka. 
- To mają być majtki? I pomyśleć, że sto lat musiało minąć, żeby kobiety znów zaczęły biegać z gołymi tyłkami. - westchnęła babcia."




I faktycznie, wcale nie przesadziła z tym stuleciem, bo akcja powieści zaczyna się przed 1900 rokiem, a kończy w latach osiemdziesiątych XX wieku. Sporo czasu, a i wydarzeń wiele, ale autorka zadbała o to, by wszystko było składnie i ciekawie opisane. Poznawanie kolejnych bohaterek było naprawdę przyjemne. Polecam :-)

wtorek, 29 sierpnia 2017

"Mózg" Robin Cook - recenzja

Tytuł: "Mózg"
Autor: Robin Cook
Gatunek: thriller medyczny
Liczba stron: 272
Wydawnictwo: Rebis

Skojarzynki:
szpital * choroba * objawy * znikanie pacjentek


Pierwsza strona, na której czytamy o rozterkach dwudziestojednoletniej Katherine Collins wstępującej właśnie w podwoje Polikliniki Akademii Medycznej im. Hobsona, jest genialna. Jako żywo stanęła mi przed oczami nasza kochana służba zdrowia... Ale wróćmy do recenzji.  

Katherine przyszła do polikliniki, by odebrać swoją kartę. Niby nic takiego, przecież każdy czasem potrzebuje przenieść się do innego lekarza. Tymczasem dziewczyna napotkała na niezrozumiały mur niechęci, a kiedy wychodziła trzymając z takim trudem zdobytą kserokopię swojej karty, źle się poczuła, zasłabła. Dwóch lekarzy rzuciło się na pomoc, wyprowadziło ją z poczekalni i jeden z nich podał jej jakiś lek na uspokojenie. O co chodziło? Przecież mówiła, że już czuje się lepiej... 

Lisa, Kristin i Lynn Anne również zgłosiły się do lekarza z nietypowymi objawami. Kiedy czytasz jakiś tekst, rozumiesz słowa, na które patrzysz, prawda? Tymczasem Lynn Anne widziała słowo, ale nie potrafiła podać jego definicji. Do tego dodać trzeba nagłą słabość, bóle głowy i odczuwanie nieprzyjemnego zapachu, które poprzedzały ataki. Lekarze nie przejęli się zbytnio kobietami. Były młode, ich wyniki były w normie, więc to pewnie histeryczki lub hipochondryczki...



Martin Philips, neuroradiolog, otrzymał od swojego współpracownika w badaniach, Williama Michaelsa, aparat potrafiący odczytywać i opisywać zdjęcia rentgenowskie. Przyszedł czas na przetestowanie napisanego przez Michaelsa programu. Ponieważ maszyna zaopatrzona była w obwody sztucznej inteligencji, potrafiła się uczyć i bardzo dobrze radziła sobie z wykrywaniem najdrobniejszych nawet zmian w mózgu. Philips wrzucił do aparatu kliszę ze zdjęciem Lisy Marino, którą akurat miał pod ręką, i zaintrygował go wydrukowany przez drukarkę opis. Program znalazł niepokojącą zmianę. Lekarz postanowił pogłębić diagnostykę pacjentki, jednak okazało się to niemożliwe. Sprawy skomplikowały się, kiedy okazało się, że pacjentka, której zdjęcie opisał komputer, właśnie zmarła na stole operacyjnym. Do tego jeszcze nie zlecono autopsji, co jest standardem w takich sytuacjach, a czaszkę Lisy pozbawiono mózgu... 

Philips rozpoczyna prywatne śledztwo, które początkowo ma
na celu znalezienie podobnych przypadków w celu przeprowadzenia dokładniejszych badań nad wczesnym rozpoznawaniem stwardnienia rozsianego. Jakież jednak było jego zdziwienie, kiedy okazało się, iż pacjentki, u których rozpoznano te objawy, zniknęły lub zmarły... Co się dzieje? Dlaczego właśnie te kobiety spotkał taki los? Im bardziej Philips zagłębia się w temat, tym więcej trudności napotyka na swojej drodze. Kto nie chce, by poznał prawdę? I gdzie znikają wspomniane pacjentki?

Terminologia medyczna nie przeszkadzała mi w lekturze. Lubię oglądać seriale medyczne i czytać powieści z taką fabułą, więc trochę już przywykłam do tych wszystkich skomplikowanych nazw. Poza tym Cook pisze w taki sposób, że nawet osoba nie znająca się kompletnie na medycynie zrozumiałaby wszystko bez problemu. Ewentualne definicje są krótkie i zrozumiałe. Polecam tę powieść, bo trudno się od niej oderwać. Na mojej półce już czekają kolejne medyczne emocje.