sobota, 4 marca 2017

"Już mnie nie oszukasz" Harlan Coben - recenzja

Tytuł: "Już mnie nie oszukasz"
Autor: Harlan Coben

Gatunek: kryminał, thriller
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Albatros
Moja ocena: 9/10


Coben to nie jest po prostu pisarz, którego książki się czyta. Coben to jest stan umysłu. Chociaż mam już za sobą lekturę prawie wszystkich wydanych w Polsce powieści tego autora, wciąż pochłaniam opowiadane przez niego historie z zapartym tchem. Nie inaczej było tym razem, chociaż muszę przyznać, że nie mogłam się pozbyć myśli, że w którejś wcześniejszej powieści Coben wykorzystał już przynajmniej jeden z obecnych tu wątków... Wcale mi to jednak nie popsuło przyjemności podążania za główną bohaterką, kapitan Mayą Stern. Wątków jest może ciut za dużo, ale da się bez problemu ogarnąć wszystko umysłem i podążać za tokiem rozumowania głównej bohaterki.
Mayę poznajemy w trudnej dla niej chwili. Właśnie straciła męża, który został napadnięty w parku i zabity. Została sama z ich dwuletnią córeczką Lily. Niewiele wcześniej, w tajemniczych okolicznościach, została zamordowana jej siostra. Do tego dochodzą dręczące ją wciąż problemy emocjonalne po powrocie z misji w Iraku. Maya ma zespół stresu pourazowego i za wszelką cenę chce poradzić sobie z tym sama, a "reszta świata" (czyli rodzina męża i przyjaciele z wojska) usiłuje nakłonić ją do przyjęcia pomocy psychiatry lub psychologa.
Przez małżeństwo z Joem Maya weszła do bardzo bogatej i wpływowej rodziny. Jej członkowie nie wyobrażają sobie, by kobieta po śmierci męża odcięła się od nich. Maya zaś uważa wręcz przeciwnie... Do tej pory jej córeczką zajmowała się niania Izabella, polecona przez rodzinę męża. Teraz matka postanawia zapisać dziewczynkę do żłobka. Tej decyzji nie rozumie jednak jej teściowa Jessica, według której dzieckiem powinna zajmować się zaufana osoba, w domu. Maya jednak nie ufa nikomu, ale nie przyszło jej do głowy, by zadbać o bezpieczeństwo córeczki. Jej przyjaciółka, Eileen, pomyślała o tym i podarowała Mai cyfrową ramkę na zdjęcia z wbudowaną kamerą. Kobiety ustawiły "oko" tak, by rejestrowało wszystko, co dzieje się w pokoju, gdzie najczęściej przebywa Izabella z Lily. Pewnego dnia Maya podczas przeglądania nagranego przez kamerkę filmu widzi coś, czego nigdy by się nie spodziewała. Zobaczyła mianowicie, jak jej (nieżyjący przecież!) mąż bawi się z córeczką. Nie wierząc własnym oczom, próbowała wyjaśnić to z nianią, jednak sytuacja wymknęła się spod kontroli. Izabella poczuła się zagrożona, zaatakowała Mayę gazem pieprzowym i uciekła. Kiedy kobieta chciała jeszcze raz obejrzeć tajemniczy film, okazało się, że karta zniknęła z laptopa. W tym momencie rozpoczyna się wyścig z czasem i rozwiązywanie kolejnych zagadek, które pojawiają się jak grzyby po deszczu. Maya, wykorzystując swoje wojskowe wyszkolenie, robi wszystko, by odkryć prawdę. 
Czy Joe naprawdę żyje i po prostu okrutnie zażartował sobie z wszystkich? Gdzie jest Izabella i zaginiona karta z filmem? A może to sama Maya napadła męża? W końcu problemy psychiczne, z którymi zmaga się od powrotu z misji, skutecznie utrudniają jej życie... Czego jeszcze dowie się Maya, ruszając w pogoń za mordercami siostry i męża? Pytań w miarę lektury przybywa, więc przygotujcie się na spore emocje i lekturę od deski do deski za jednym posiedzeniem. Może i powtórzyły się wątki, może chwilami dialogi nie były idealne, ale całość czyta się świetnie, a zakończenie naprawdę jest zaskakujące. Dobra kawa dla tego, kto odkryje prawdę przed samą główną bohaterką. Polecam!

czwartek, 9 lutego 2017

"Siła niższa" Marta Kisiel - recenzja

Tytuł: "Siła niższa"
Autor: Marta Kisiel
Gatunek: fantastyka
Liczba stron: 376
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal; UROBOROS
cykl: Dożywocie, tom 2

"Szanuj anioła swego, bo możesz dostać gorszego!"

Ja się zwyczajnie nie zgadzam, żeby ten cykl miał tylko dwa tomy! Toż to rozbój w biały dzień! 
Wydawać by się mogło, że po lekturze "Dożywocia" nic mnie już bardziej nie rozbawi. Byłoby to jednak błędne rozumowanie, co już wiem, po zapoznaniu się z drugim tomem cyklu. Uprzedzam, że czytanie książek tej Autorki może się skończyć kaftanem bezpieczeństwa, lekami na uspokojenie niepohamowanych ataków śmiechu i poważnymi boleściami mięśni brzucha. Od ciągłego chichrania się nad kartami powieści po kątach.  

Bohaterów mamy trochę znanych i trochę nowych, więc w tej materii czytelnik nudzić się nie będzie. Coś się jednak zmieniło. Nowy dom, w którym zamieszkał Konrad z ferajną, niby jest przytulny, ale jednak czegoś brakuje, coś jest nie do końca TAK. Tylko co? Konrad wścieka się o drobiazgi, a za nim snuje się nieustannie gradowa chmura... Licho popłakuje po kątach i straciło serce do sprzątania... Krakersa nie ma... Szczęsny również już w zaświatach... Autorka raczy nas głębszą treścią w typowej dla siebie ironiczno-żartobliwej formie. Obserwujemy nie tylko zwariowane, fantastyczne przygody małego anioła w bamboszkach, dużego anioła NADopiekuńczego, Tutu czy Carmilli. Choć humor, zabawne teksty i szaleństwo wyzierają z każdej strony, z każdego dialogu i opisu, między wierszami widać tęsknotę, smutek, opuszczenie, same trudne emocje, których najczęściej chcemy się pozbyć, z którymi nie chcemy się zaprzyjaźniać. Jak poradzili sobie nasi bohaterowie? Czy Krakers powróci? Czy w tej części również spotkamy Szczęsnego? Kto mieszka na poddaszu nowego domiszcza? I kim jest Niebożątko?? 
  
Czytało mi się świetnie, chichotałam przy kolejnych perypetiach Konrada i Spółki. I mam nadzieję, że powstanie kolejny tom przygód tej nietypowej trzódki. 

środa, 1 lutego 2017

"Jutro, jutro i znowu jutro" Thomas Sweterlitsch - recenzja

Tytuł: "Jutro, jutro i znowu jutro"
Autor: Thomas Sweterlitsch
Gatunek: postapokalipsa
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Fabryka sensacji
Moja ocena: 6/10


Spodziewałam się innej lektury. Rekomendacja mnie zachęciła, bo tematy postapokaliptyczne to jeden z moich ulubionych gatunków. Jednak historia Dominica Blaxtona, który od dziesięciu lat zaprzecza śmierci żony, nie przemówiła do mnie wystarczająco. Przeczytałam tę książkę do końca, ponieważ nie lubię zostawiać niedokończonych lektur. Poza tym był też wątek kryminalny, który mnie interesował...

Świat nakreślony przez Sweterlitscha jest pełen wirtualnego chaosu. Ludzie dysponują urządzeniami, które pozwalają im być cały czas w Sieci. Reklamy, nowi znajomi, informacje, wiadomości o wszystkim i wszystkich. Nieustający wir bajtów w głowie, przed oczami. Ciągły przekaz i oglądanie filmów z Archiwum, swego rodzaju biblioteki będącej cyfrową wersją zniszczonego Pittsgurgha, gdzie można zobaczyć np. swoje wspomnienia albo znaleźć jakieś potrzebne w danej chwili informacje, odtwarzając nagrane kiedyś wydarzenia. Czytając o tej niesamowitej technologii miałam wrażenie, że sama mam takie urządzenie i czułam się zmęczona nadmiarem bodźców, które przyjmowali przez cały czas bohaterowie powieści. Opis był bardzo sugestywny. 
Podczas jednej z wirtualnych wycieczek Dominic odkrywa ciało dziewczyny. Takie poszukiwania były częścią jego pracy, ale tym razem coś nie dawało mu spokoju. Okazało się, że w kodzie miejsca tej zbrodni znajdują się jakieś błędy, coś się nie zgadza. Dominic zaczął poszukiwania, które okazały się być dość niebezpieczne...
Podczas lektury towarzyszymy mężczyźnie nie tylko w śledztwie, ale także w przeżywaniu cierpienia po stracie żony i nienarodzonego dziecka. Jego ukochana zginęła bowiem podczas katastrofy, która zmiotła z powierzchni Ziemi Pittsburgh i wszystkich ludzi, którzy w nim wtedy przebywali. Inni zapomnieli o tragedii, ale nie Dominic. Wciąż na nowo odtwarza wspomnienia z Theresą z Archiwum, zmaga się z nadmiarem przytłaczających emocji, uzależnieniem od narkotyków, próbuje wrócić do normalności chodząc na terapię... 
Czy zdoła pokochać na nowo? Czy odnajdzie mordercę dziewczyny od błędnego kodu? Kogo pozna, z kim będzie walczyć, a kto będzie go wspierał? Przeczytajcie sami, ale uprzedzam, że to nie jest postapokalipsa w stylu Patykiewicza ani serii Metra. Oceńcie sami.  

środa, 25 stycznia 2017

"Droga" Corman McCarthy - recenzja

Tytuł: "Droga"
Autor: Corman McCarthy

Gatunek: postapokalipsa, powieść drogi
Liczba stron: 268
Wydawnictwo Literackie


Moje pierwsze spotkanie z McCarthym uznaję za udane, choć... dość krótkie. Przebyłam "Drogę" z jej bohaterami w ciągu kilku godzin. Nie czytam zbyt szybko (czego ogromnie żałuję), jednak spora czcionka i forma, w jakiej autor napisał swoje dzieło, pomogła mi wrzucić czytelniczy piąty bieg. 
Myślę, że to dopiero początek mojej przygody z tym pisarzem, ponieważ zdążyłam już sprawdzić, że ma on kilka równie intrygujących tytułów na swoim koncie. 

Zdjęcie z okładki przedstawia bezimiennych bohaterów tej historii, Mężczyznę i Chłopca, jego syna. Na krótko pojawiła się również Kobieta, ale nie była dość silna, by walczyć o każdy kolejny dzień. Odeszła. 

Książka McCarthy'ego to postapokaliptyczna powieść drogi z elementami horroru i grozy. Spodziewałam się trochę innej lektury, więc początek mnie zaskoczył. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażałam sobie, że to będzie historia jak z trylogii Diakowa, z serii Uniwersum Metro 2033. Łączy je jednak chyba tylko to, że w obu historiach obserwujemy próby przetrwania ocalałych ludzi w świecie zniszczonym po kataklizmie. 

Ktoś mógłby pomyśleć, że czytanie o dwóch osobach przez prawie 300 stron będzie potwornie nudne, jednak nic bardziej mylnego. Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się z nimi na drodze, pełnej brudu, popiołu, śmieci i wszechobecnej śmierci. Razem z Mężczyzną wypatrywałam rabusiów, szukałam pożywienia w opuszczonych domach, rozpalałam ognisko i odpoczywałam z Chłopcem wtulonym w ramiona. Czułam lęk Dziecka, jego łzy na widok rozrzuconych tu i ówdzie trupów, głód. Pchałam stary sklepowy wózek pełen wyszperanych po drodze "skarbów". Na widok Złych Ludzi serce podskakiwało mi do gardła, marzyłam o cieple i czymkolwiek zdatnym do jedzenia. Niesamowicie czyta się takie książki, które porywają bez reszty i trzymają w swoim świecie do ostatniej strony. 

McCarthy opisał własną wizję świata po kataklizmie po mistrzowsku, w stopklatkach, pięknym językiem, pełnym głębi, nie rozwlekłym. Nie ma w tym tekście nic niepotrzebnego. Ładunek emocji jest ogromny, momentami przytłaczający. Najbardziej poruszyły mnie dialogi Ojca i Syna. Oszczędne w słowach, a tak pełne treści. Ostatnie strony wyciskają łzy z oczu, ale nie zdradzę, czy ta historia ma happy end. Każdy powinien sam się o tym przekonać. 

Filmowa okładka mnie urzekła. Oczy Mężczyzny ze zdjęcia mówią wszystko. Jest w nich ból, cierpienie, wyczerpanie, niepewność jutra, potworny głód i lęk o dziecko, którym się opiekuje. Po takiej lekturze koniecznie muszę obejrzeć ekranizację.  

wtorek, 24 stycznia 2017

A kidnaperom słoików kawowych mówimy zdecydowane NIE!

Kolejny dzień w pracy jawił się Irmie jak koszmar będący konsekwencją jakiegoś fatalnego zachowania, którego się dopuściła. Nie mogła sobie jednak przypomnieć takiego uchybienia, kiedy kolejny już dzień wędrowała w słońcu piechotą do lata… a nie, jednak do pracy. Lato musi poczekać, bo w końcu najpierw obowiązki, a później przyjemności. Kto to w ogóle wymyślił?? Potok myśli bibliotekarki płynął leniwie, kiedy stanęła przed drzwiami z napisem BIBLIOTEKA. „No właśnie, a ja zawsze pod prąd, dlatego najpierw będą przyjemności.” – pomyślała Irma przekraczając próg. Skierowała się prosto do czajnika, wstawiła wodę i sięgnęła po ulubiony kubeczek. Radio brzęczało już w tle, czajnik szumiał, a cisza zapełniała się z wolna odgłosami typowymi dla szkoły. Rozmowy, śmiechy, trzaskanie szafek w szatni, szuranie trampek i suwaki plecaków. Budynek budził się do życia i lada chwila miała do niego dołączyć również biblioteka. Jeszcze chwila, a otworzą się drzwi i wpadną dzieci. Irma z błogim uśmiechem sięgnęła po łyżeczkę i słoik z kawą. Ręka bibliotekarki natrafiła jednak na próżnię. Spojrzała zniecierpliwiona. Przecież woda zaraz zawrze! Rozejrzała się dokładnie, ale kawa nie zmaterializowała się w żaden cudowny sposób. Irma nabrała podejrzeń, że ktoś był w JEJ bibliotece i wyżłopał JEJ kawę. Tylko kto? Ponieważ właśnie zadzwonił pierwszy tego dnia dzwonek, rozwikłaniem tej zagadki Irma postanowiła zająć się później. Jednak szczęście, najczęściej zwane fuksem, postanowiło zupełnie inaczej. Kiedy więc kobieta nalała już sobie do kubka wody mineralnej i sadowiła się przy biurku włączając komputer, drzwi biblioteki otworzyły się z rozmachem i wszedł uśmiechnięty do granic możliwości mimicznych Matematyk. – Cześć, co robisz? – rzucił lekko, bezwstydnie rozsiewając aromat kawy z kubka, który ustawił na stoliku, dokładnie naprzeciwko Irmy. Prawa brew bibliotekarki powędrowała wysoko na czoło i pociągnęła za sobą złowieszczo łypiące oko. – A, tak sobie siedzę i kombinuję, czy mój słoik z kawą przypadkiem nie przebywa na gigancie albo czy nie został porwany przez kidnaperów… - odpowiedziała posępnie, równocześnie obserwując reakcję Matematyka. Nie pomyliła się. – Taaak? Hmmm, wiesz, że to ciekawe, gdzie mógł się podziać… - zachichotał nerwowo i szybko podniósł się z krzesła. – No to tego, to ja już może pójdę. Zobaczę, czy jakieś dzieci nie przyszły na kółko… - wycofał się w stronę drzwi. Irma westchnęła i przewróciła oczami. – Gdybyś przechodził w okolicy pokoju nauczycielskiego, powiedz, proszę, mojemu słoikowi, że ucieczka z domu nie załatwia sprawy! – zawołała za nim, gdy znikał w korytarzu. – A ewentualnym kidnaperom słoików kawowych mówimy zdecydowane NIE! – krzyknęła w stronę zamkniętych już drzwi.

Kurtyna.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Burza piaskowa" James Rollins - recenzja

Tytuł: "Burza piaskowa"
Autor: James Rollins
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: Albatros
cykl: Sigma, tom 1
Moja ocena: 8/10



Żeby książka była wciągająca, musi się w niej coś dziać. I nie chodzi mi o to, żeby czytelnik nie był w stanie nadążyć za fabułą czy wielością bohaterów, ale o to, by nie potrafił oderwać się od opisywanej przez autora historii. Tak właśnie czyta się powieści Jamesa Rollinsa, o czym przekonałam się już po lekturze "Labiryntu kości". W skrócie, dla osób, które jeszcze nie sięgnęły po żadną książkę tego autora, mogę określić je jako mieszankę archeologicznej przygodówki z sensacyjną akcją. Z dodatków nadających charakter mamy wątek miłosny, ciekawie zarysowany i poprowadzony w mistrzowski sposób. Nie jest to pusta historia o tym, jak "trudno kochać", ale dopracowany, choć drugoplanowy konflikt serc, z emocjami, przemyśleniami i podejmowaniem decyzji. Wyeksponowany w odpowiednich momentach, nadaje tej sensacyjnej historii ludzkich kształtów. 

W "Burzy piaskowej" poznajemy Safię al-Maaz, która pracuje jako kustosz w Muzeum Brytyjskim. Kobieta przeżyła w przeszłości tragedię, która zaważyła na jej dalszym życiu. Zaprzestała aktywnych poszukiwań archeologicznych i poświęciła się opiece nad kolekcją artefaktów z Omanu oraz zgłębianiu tajemnicy zaginięcia miasta Ubar. Drogocenne pamiątki muzeum, wchodzące w skład kolekcji, nad którą czuwa Safia, należą do jej niezwykle bogatej przyjaciółki, Kary Kensington. Druga bohaterka również ma za sobą traumatyczne przeżycie. W dniu jej szesnastych urodzin ojciec zabrał ją na polowanie, które skończyło się tragiczną śmiercią mężczyzny. Niepomny ostrzeżeń, znalazł się w niewłaściwym miejscu, a pustynia nie lubi, kiedy się ją lekceważy... Na oczach córki Kensington został dosłownie pochłonięty przez piasek. Kara przez długie lata próbuje rozwiązać zagadkę śmierci ojca. 

Pewnego dnia jeden z eksponatów, którymi zajmuje się Safia, zostaje zniszczony przez wybuch. Przy okazji ginie strażnik. Film z monitoringu w muzeum zadziwił wszystkich. Okazało się bowiem, że powodem wybuchu był ognisty piorun, który pojawił się nie wiadomo skąd i zniszczył figurę należącą do kolekcji z Omanu. Dalej było jeszcze ciekawiej, ponieważ dochodzenie przeprowadzone po wypadku wykazało... istnienie antymaterii. Zainteresowanie agencji rządowych gwałtownie wzrosło.  

Zagadkowe i mrożące krew w żyłach wydarzenie burzy dotychczasowy, choć raczej pozorny, spokój w życiu Safii. Chociaż kobieta nie ma na to ochoty, dołącza do grupy, która wyrusza na wyprawę archeologiczną. Wspomniana grupa złożona jest z dość wyjątkowych członków: Safia i Kara, jedna rusza w pogoń za mitycznym miastem, a druga poszukuje prawdy o śmierci ojca; magistrant Safii, który szybko pożałuje swojej decyzji; członkowie amerykańskiej agencji DARPA, Painter i jego partnerka, których celem jest ochrona przedsięwzięcia oraz dwaj archeolodzy, bracia Dunn (uwaga, jeden z nich - Omaha - to były narzeczony Safii, więc będzie się działo!). Żeby nie było nudno i zbyt historycznie, mamy też dla przeciwwagi członkinię tajnej organizacji, Cassandrę, która za wszelką cenę chce przeszkodzić w ekspedycji i przejąć wszelkie poczynione przez Safię podczas wyjazdu odkrycia. Smaczku nadaje fakt, że Cassandra była kiedyś partnerką Paintera w agencji DARPA. Wiedzą o sobie właściwie wszystko, znają swój styl walki, a do tego jeszcze kobieta ma naprawdę potężnych zwierzchników, którzy finansują wszystkie jej pomysły i plany. Nie muszę chyba dodawać, że zarówno ona, jak i jej zwierzchnicy, stoją po ciemnej stronie mocy...

Wszystkich, którzy zdecydują się na sięgnięcie po "Burzę piaskową", czekają niesamowite chwile z autentycznymi i wyrazistymi bohaterami. Akcja gna na złamanie karku, są pościgi, strzelanki, zatapianki i mnóstwo innych naprawdę niebezpiecznych wydarzeń. A wszystko to przeplatane historyczno-naukowymi informacjami, które autor podrzuca czytelnikowi w postaci ciekawych dialogów toczących się między bohaterami. Uzupełnieniem sensacyjnej fabuły są informacje o historii i kulturze Omanu i jego mieszkańców. 

Dwa punkty odjęłam za literówki i drobne błędy stylistyczne, których trochę się zawieruszyło w tekście. 

Polecam wszystkim, którzy lubią powieści, w których ciągle coś się dzieje. 

czwartek, 29 grudnia 2016

"Labirynt kości James Rollins - recenzja

Tytuł: "Labirynt kości"

Autor: James Rollins
Gatunek: powieść przygodowa, sensacja
Liczba stron: 528
Wydawnictwo: Albatros
cykl: Sigma Force, część 11
Moja ocena: 10/10

Kiedy przeczytałam ostatni tom serii Andy'ego McDermotta o "archeologicznych" przygodach Niny Wilde i Eddiego Chase'a, pomyślałam, że pewnie już nie trafię na podobne emocje. Nie doceniłam jednak pana Rollinsa, choć nie jest to pierwsza książka tego autora, którą przeczytałam. Z każdą lekturą powieści jego autorstwa przekonuję się coraz bardziej do teorii, że - mimo drobnej różnicy wieku - chyba się znają z McDermottem... ;-) Drugim miłym akcentem związanym z tym pisarzem jest jego pochodzenie - polskie. Same plusy zatem widzę, szczególnie, jeśli ktoś lubi fabuły pełne akcji, dynamiczne i zwrotne jak dobrej klasy motocykl. Tak mi się właśnie czytało "Labirynt kości", nie przymierzając, jakby autor zabrał mnie na szaloną jazdę bez trzymanki po Chorwacji, Stanach Zjednoczonych, Chinach, Andach, jaskiniach, dżungli i laboratoriach. 

Okładka przyciąga wzrok nie tylko soczyście zielonym kolorem i odwzorowanymi na niej malunkami naskalnymi, ale także pytaniami zawartymi w krótkim opisie z tyłu. "Jakie są źródła naszej inteligencji? Skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy?" - to zaledwie początek pytań, bynajmniej nie filozoficznych, lecz łączących się z genetyką, biologią, antropologią, paleontologią i wszystkimi działami nauki, związanymi z człowiekiem i jego historią. 

Bliźniaczki Lena i Maria Crandall pracują nad zagadką ewolucji ludzkiej inteligencji. Badają ludzki mózg, by znaleźć odpowiedź na pytania dręczące od lat ludzkość - skąd się wzięliśmy i jak to się stało, że w pewnym okresie dziejów nastąpił nagły rozwój homo sapiens - tzw. Wielki Skok. Zanim jednak poznamy te obecnie żyjące Amerykanki, autor prezentuje nam w formie stopklatek wcześniejsze wydarzenia, których konsekwencją stają się te współczesne. Najpierw obserwujemy przez chwilę ojca ratującego swoją córkę przed śmiercią 38 tysięcy lat p.n.e., a później przenosimy się do siedemnastowiecznego Rzymu, gdzie poznajemy księży Atanazego Kirchera i Nicolausa Steno, których odwiedza emisariusz, przynosząc tajemniczą przesyłkę, mapę i jeszcze bardziej zagadkową wiadomość. Przesyłka, według słów posłańca, zawiera bowiem... szczątki Adama i Ewy, a mapa prowadzi do reszty znaleziska.

I tu zaczyna się historia już bardziej nam współczesna. Jedna ze wspomnianych już sióstr, Lena, wyrusza z grupą badaczy do chorwackich jaskiń, by spenetrować wnętrza, w których odkryto niecodzienne znalezisko - szkielety należące do neandertalczyków. Niestety, ekipa zostaje zaatakowana podczas pracy. Lenie i ojcu Rolandowi Novakowi udaje się ukryć w ostatniej chwili. Niestety, pozostali członkowie grupy nie mają tyle szczęścia. Paleontolog i geolog zostają uprowadzeni, wraz z tajemniczym znaleziskiem. Rozpoczyna się walka dwójki uczonych o życie, bo choć udało im się uniknąć śmierci lub porwania, to są wciąż uwięzieni w jaskiniach... Czy zdołają się wydostać? Czy ktoś w ogóle wie, gdzie się znajdują?? 

Tymczasem w ośrodku naukowym w Georgii siostra Leny, Maria, pracuje z Baako - młodym gorylem, którego inteligencja znacznie przewyższa poziom rozwoju jego pobratymców. Baako posługuje się językiem migowym, dużo rozumie i potrafi się porozumiewać z otoczeniem. Traktuje siostry Crandall jak swoje matki. Nic więc dziwnego, że tego samego dnia, kiedy Maria zostaje zaatakowana w chorwackich jaskiniach, Baako okazuje niepokój. Lena też się boi, bo nie może się skontaktować z siostrą. Powód szybko staje się jasny - kobieta dostaje wiadomość, że stanowisko archeologiczne w Chorwacji zostało zaatakowane. Los bliźniaczki na chwilę obecną nie jest znany. Do gry wchodzą agenci Sigma Force. Komandor Grey Pierce i jego partnerka Seichan ruszają na ratunek Marii. Do ośrodka w Georgii zaś udają się inni agenci. Monk Kokkalis i Joe Kowalski, których zadanie ma polegać na przesłuchaniu Leny Crandall i jej podopiecznego - goryla Baako. Mają poznać odpowiedź na pytanie, nad czym dokładnie pracowały Maria i jej siostra, skoro doprowadziło to do niespodziewanego ataku na grupę naukowców. Czy jednak druga siostra jest bezpieczna? Jak mężczyźni porozumieją się z obiektem jej badań? Komu zależy na tych tajemniczych znaleziskach aż tak bardzo, że jest gotowy zabić? Z każdym rozdziałem pytań przybywa. 

Akcja nie zwalnia nawet na chwilę. Wydarzenia uzupełniają ciekawe informacje związane z przedmiotem badań sióstr Crandall. Pojawia się zatem teoria Wielkiego Skoku, związki wczesnego człowieka z innymi plemionami, zagadka Atlantydy i dziwne powiązania matematyczne między Ziemią, Księżycem a Słońcem. Nie sposób się nudzić przy takiej lekturze. Czytając wciąż zastanawiałam się, ile w tej fabule prawdy, a ile fikcji. Autor w nocie kończącej powieść krótko wyjaśnia skąd wziął się pomysł na tę książkę i które z opisywanych historii mają podstawy naukowe, a które to mity. Uzupełnieniem tego podsumowania są podane przez Rollinsa tytuły książek, z których sam korzystał, zbierając materiały do napisania tej historii. Jestem pod ogromnym wrażeniem stworzonej przez niego fabuły, w której wszystko ma swoje miejsce i czas. 

Osoby, które nie lubią czytać serii "od środka", mogę uspokoić. Nie czytałam żadnego z wcześniejszych dziesięciu tomów Sigma Force, ale zupełnie nie przeszkadzało mi to w śledzeniu fabuły "Labiryntu". Polecam, bo warto!

czwartek, 8 grudnia 2016

"Słowik" Kristin Hannah - recenzja

Tytuł: "Słowik"

Autor: Kristin Hannah
Gatunek: literatura piękna
Liczba stron: 560
Wydawnictwo: Świat Książki


Moim zdaniem "Słowik" posiada najważniejsze cechy motywujące do sięgnięcia po niego. Zapytacie jakie? Przede wszystkim już pierwszy rzut oka na okładkę sprawia, że chce się sięgnąć po tę książkę. Intryguje, zaciekawia i wywołuje potrzebę przeczytania przynajmniej rekomendacji na okładce. I tu docieramy do drugiej cechy - tematyka. Interesują mnie książki opowiadające historie z okresu II wojny światowej, a tutaj akcja rozgrywa się właśnie w tym czasie. To wystarczyło, bym sięgnęła po tę lekturę, chociaż liczba stron jest poważna...
Chociaż "Słowik" opowiada fikcyjne wydarzenia, to inspiracją dla autorki była prawdziwa postać - bojowniczka ruchu oporu z Belgii - oraz opowieści kobiet o ich przeżyciach wojennych. 
Jest rok 1940. Francja. Poznajemy dwie siostry, bardzo od siebie różne. Starsza, stateczna matka i żona to Vianne, a młodsza, trochę szalona i buntownicza, ma na imię Isabelle. Podczas lektury czytelnik może obserwować zmiany zachodzące w kobietach z upływem czasu - wojennego czasu, więc zupełnie innego niż ten przeżywany w czasach pokoju. Chociaż książka jest o wojnie, to mało w niej znajdziemy opisów przemocy. Autorka raczej skupiła się na zmianach zachodzących w ludziach, w ich psychice. Znajdziecie tu ruch oporu, ludzkie dramaty i podejmowane szybko decyzje, mnóstwo emocji od godzenia się na wojenny los po bunt. Akcja jest wartka, wciąga czytelnika bez reszty w ten straszny wojenny świat. 

Można pomyśleć, że temat wojny i ludzkich losów jest już oklepany, znany i może trochę przez to nudny, ale nic bardziej mylnego. To są historie, o których należy pisać, mówić. Które należy przypominać i zaznajamiać z nimi kolejne pokolenia. Nie jest to lektura łatwa, ale uważam, że warto poświęcić czas na jej zgłębienie. Podczas czytania, a nawet i po zamknięciu książki, z pewnością pojawi się niejedna refleksja...

niedziela, 2 października 2016

"Biblioteka dusz" Ransom Riggs - recenzja



Tytuł: "Biblioteka dusz" 
Autor: Ransom Riggs 
Gatunek: fantastyka, literatura młodzieżowa 
Liczba stron: 496 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Cykl: Pani Peregrine, tom 3 

"Niech optaszność nad nami czuwa." 

Nie mogłam już doczekać się trzeciego tomu historii o Pani Peregrine i osobliwych dzieciach. Tom pierwszy i jego kontynuację pochłonęłam z wypiekami na twarzy, więc nic dziwnego, że liczyłam bardzo na równie spektakularny finał. 

Gwoli przypomnienia, nasz główny bohater to Jacob Portman, czyli, jak sam siebie określił, "chłopak z zadupia na Florydzie". 

Już pierwsze zdanie powieści elektryzuje i absorbuje całą uwagę czytelnika, bo oto Jacob, wraz ze swoją osobliwą ukochaną, "płomiennoręką" Emmą, i równie nietypowym - GADAJĄCYM! - psem, Addisonem, stoją oko w oko z głucholcem. Chłopak wyczuł w potworze chęć mordu, ale na szczęście potrafił go powstrzymać przed atakiem. W jaki sposób? Jacob w końcu też jest osobliwcem i potrafi panować nad głucholcami, wydając im rozkazy w ich języku. Problem w tym, że nie ma pojęcia, jak to robi... To zdecydowanie utrudnia wykonanie i tak już karkołomnego zadania, na które porwała się cała trójka. W wyniku wydarzeń, mających miejsce w drugim tomie, których skutkiem było porwanie ymbrynek i osobliwych dzieci, Jacob, Emma i Addison wyruszyli im na pomoc, nie bacząc na czyhające na nich niebezpieczeństwa. Czasu na akcję ratunkową mają niewiele, góra 2 - 3 dni, bo osobliwcy poza swoimi pętlami bardzo szybko się starzeją... 

Jacob i Emma podążają za Addisonem, który potrafi wyczuć trop porwanych przyjaciół. Jego osobliwy węch doprowadza ich na przystań w zatoczce Tamizy, gdzie poznają podejrzanego typa, Sharona. Mężczyzna, z pewnymi oporami, zabiera ich do najstraszniejszej chyba dzielnicy Londynu, a jednocześnie pętli czasu, nie bez powodu zwanej Diabelskim Poletkiem. Czy rejs z Sharonem to dobry pomysł? Trudno zgadnąć, ale nasi bohaterowie raczej nie mają innego wyjścia. 

"Problem z różnicą między brakiem rozsądku a kompletną głupotą polega na tym, że często nie wiadomo, po której jesteś stronie, dopóki nie jest za późno." 

Płynąc przez Diabelskie Poletko nie mogą nadziwić się wszechobecnej nędzy. To naprawdę straszne miejsce. Do tego nie mają pojęcia, co sądzić o Sharonie. Czy im pomoże czy raczej wyda upiorom? Czy coś knuje udając tylko chęć pomocy? W takiej dzielnicy, jaką jest Diabelskie Poletko, gdzie wszystko właściwie jest dozwolone, trudno czuć się bezpiecznie... 

"Wszyscy mamy swoje demony." 

Sprawę komplikowało to, że śladem Jacoba i reszty ferajny podążał wciąż głucholec, którego chłopakowi przypadkowo udało się sparaliżować na pierwszych kartach książki. Jego zamiary były raczej jasne - zabić ekipę ratunkową. Kiedy wreszcie, po różnych perturbacjach, trójka śmiałków dotarła do twierdzy, w której przetrzymywani byli ich przyjaciele, głucholec również się tam pojawił... Jakby tego było mało, nie mieli pojęcia, jak dostać się do środka. Czy znajdą sposób, by wkraść się tam niepostrzeżenie? Kim jest Bentham i co łączy go z Panią Peregrine? Do czego służy pantransportikum i czy uda się je uruchomić? Uprzedzam, że z każdym rozdziałem pytań przybywa... 

Jeśli czytaliście poprzednie dwa tomy, z pewnością kojarzycie pojęcie Abaton - w skrócie to wyjątkowa pętla, do której osobliwcy wędrowali po śmierci. Porównana przez Emmę do... biblioteki dusz. Mówi się, że to tylko legenda, ale czy na pewno...? Bo... gdyby to była tylko baśń, to Caul raczej nie zadawałby sobie tyle trudu z porywaniem dwunastu ymbrynek, nieprawdaż? Ale, ale... czy dwanaście ymbrynek wystarczy, by zdobyć władzę nad uśpionymi duszami nieżyjących od lat osobliwców? Kolejne niewiadome nie pozwalają wprost oderwać się od lektury... 

Pochodzę z pokolenia, w którym żywe i prawdziwe było zawsze powiedzenie, że nie ocenia się książki po okładce i nadal tak uważam. Nie zmienia to jednak faktu, iż okładki tej serii są fantastycznie tajemnicze i mroczne. Stanowią nierozerwalną całość z pomysłem na fabułę i wprost nie wyobrażam sobie wydania z innymi okładkami! Dodatkowo do tego tomu dołączone jest zdjęcie w kolorze sepii z informacją dla czytelnika na odwrocie. To swego rodzaju ulotka. Nie zdradzę, co jest tam napisane, musicie przeczytać sami... 

Niesamowite jest to, że wykorzystane w powieści zdjęcia osobliwców są autentyczne i pochodzą z prywatnych kolekcji różnych osób. Każde kolejne zdjęcie, świetnie wplecione w fabułę, niejednokrotnie wywoływało u mnie dreszcz emocji. 

Bywa tak, że kolejne tomy jakiejś historii są słabsze od pierwszego, jakby pisane na siłę, ale tym razem nie zawiodłam się. Było tu wszystko, czego można oczekiwać od dobrej powieści - wartka akcja pełna zwrotów, sukcesywnie budowane napięcie i świetnie nakreślone postaci. Przyznam, że przez całą tę historię kołatała mi się gdzieś z tyłu głowy nadzieja na to, że autorowi uda się w jakiś sposób połączyć parę nietypowych ukochanych z dwóch światów. Czy się udało? O tym cicho sza, bo byłby to spoiler :-) 

A na koniec mój ulubiony cytat z tego tomu, o zasadach rządzących w Diabelskim Poletku: 

"- Czy cokolwiek jest tu nielegalne? – spytał Addison. 
- Przetrzymywanie książek z biblioteki. Dziesięć batów za dzień opóźnienia, i to tylko w wypadku wydań w miękkich okładkach." 

Polecam gorąco cały cykl. Nie zawiedziecie się!

poniedziałek, 12 września 2016

"Srebrny chłopiec" Kristina Ohlsson - recenzja

Tytuł: "Srebrny chłopiec"

Autor: Kristina Ohlsson
Gatunek: literatura dla dzieci i młodzieży
Liczba stron: 239
Wydawnictwo: Media Rodzina
Cykl: Szklane dzieci, tom 2


Kolejne spotkanie z Billie, Simoną i Aladdinem, niestety, już za mną i muszę przyznać, że nie minęło wiele czasu, a już nie mogę doczekać się trzeciego tomu! 
Nasi bohaterowie uporali się już z "duchami" w domu Billie (chociaż żyrandol w jednym z pokoi nadal kiwa się bez powodu), a tymczasem w Ahus nastała zima. Aladdin wraz z rodzicami musiał przeprowadzić się do mieszkania w wieży ciśnień, w której znajduje się rodzinna restauracja "Turek w wieży". Interes nie idzie dobrze, a w dodatku ktoś podbiera spore ilości jedzenia, przygotowanego na następny dzień dla gości. Jest naprawdę źle, do tego stopnia, że tata Aladdina zaczyna przekonywać żonę, że czas wrócić do Turcji i tam zacząć od nowa. Chłopca nikt nie wtajemniczył w te sprawy, ale przypadkowo usłyszał on rozmowę rodziców, która zmroziła mu krew w żyłach. Nie potrafił sobie wyobrazić wyjazdu z ukochanego Ahus do nieznanej i dalekiej Turcji. W dodatku czuł się dotknięty, że pomijają go przy tak ważnych decyzjach. Na szczęście pojawił się temat, który oderwał Aladdina od smutnych myśli - zadanie w szkole. Nauczycielka zaproponowała uczniom ciekawy projekt o ich miejscowości. Każdy miał przygotować coś o wybranym miejscu w Ahus lub opowiedzieć jakąś historię z nim związaną. Aladdin zabrał się z zapałem do działania, włączając w swoje poszukiwania Billie i Simonę. Rzecz jasna, koleżanki pomagały mu również w zdemaskowaniu złodzieja grasującego w restauracji. Mieli naprawdę pełne ręce roboty. Okazało się, że nawet malutkie i niepozorne Ahus ma swoje tajemnice i zaginiony skarb - srebro, które zniknęło z warsztatu złotnika. Kiedy okazało się, że warsztat ów znajdował się dokładnie w miejscu wieży ciśnień, Aladdin postanowił zrobić wszystko, by odnaleźć ukradziony skarb i rozwiązać zagadkę, która od dziesiątek lat pozostaje tajemnicą - kto ukradł srebro i gdzie je ukrył? Czy uda mu się rozwiązać zagadkę? Kim jest tytułowy Srebrny chłopiec? Kto kradnie jedzenie z restauracji? I czy Alladin będzie musiał przeprowadzić się do Turcji?
Wartka akcja i dynamiczne dialogi trzymają w napięciu przez cały czas. Krótkie rozdziały pozwalają sięgnąć po książkę w każdym wolnym momencie. Lekturę ułatwia sporej wielkości czcionka. Polecam nie tylko dzieciom. Wbrew pozorom jest to naprawdę świetna, lekka powieść również dla starszych czytelników, z ciekawą fabułą, dzięki której można oderwać się na chwilę od szarej rzeczywistości.