piątek, 14 września 2018

"Małe Licho i tajemnica Niebożątka" Marta Kisiel - recenzja [PRZEDPREMIEROWA]



Kto zna historię willi Lichotki i jej mieszkańców, nie może przejść obojętnie obok tej książeczki. Co ja gadam, nawet jeśli nie wiecie, co to Lichotka, koniecznie przeczytajcie "Małe Licho"! I nieważne, czy macie lat siedem, czy siedemdziesiąt siedem - Małe Licho poznać musicie!

Niebożątko to główny bohater tej opowieści. Dziewięcioletni Bożek, do tej pory zwany często Niebożątkiem, staje przed nowym wyzwaniem, które w ogóle mu się nie podoba. Nadszedł bowiem dzień, w którym wujek Konrad oznajmił reszcie mieszkańców pewnego domu pełnego magii i różnych dziwnych stworzeń, że Bożek powinien wreszcie wyjść do ludzi, w tym konkretnym wypadku - pójść do szkoły... Do tej pory bowiem chłopiec mieszkał sobie bezpiecznie w starym, tajemniczym domu, będącym własnością wspomnianego wujka Konrada. Towarzyszami jego zabaw byli mały potwór Gucio, anioł stróż w puchatych bamboszkach hand made, Licho, oraz stado różowych królików. Smakowite posiłki gotował Krakers, potwór znacznie większy od Gucia, zamieszkujący podziemia domu, a ogarnianiem życia zajmował się anioł Tsadkiel. Do tego towarzystwa zaliczyć należy także wujaszka Turu i mamy właściwie komplet, bo mama Bożka i wujek Konrad raczej do tej wesołej ferajny się nie zaliczają. Mama, bo jest po prostu mamą, a wujek Konrad, bo przez większość roku kalendarzowego jest smutny i ponury. Teraz jednak wszystko ulegnie zmianie. Bożek jest przerażony nową perspektywą i nieznanym, które go czeka. Nowa szkoła, nauczyciele, koledzy, nauka... Dlaczego nie może zostać tak, jak do tej pory? Tyle czasu uczył się sam w domu i wszyscy byli zadowoleni! Po co wujek Konrad zmusza go do czegoś, czego Bożek nie chce?! Emocje aż buzują w sercu chłopca, który sam do końca nie wie, co z tym fantem zrobić. Wyjścia nie ma, więc chłopiec rusza do szkoły 1 września i robi co może, by poradzić sobie w tej nowej sytuacji. Łatwo nie jest, bo nowi koledzy uważają go za dziwaka, stroją sobie z niego żarty... Bo kto to widział, żeby nie wiedzieć na przykład, co to jest FIFA? Jak chłopiec wybrnie z tego impasu? Po co wujaszek Turu uszyje strój anioła? Co wyniknie z kpin kolegów? I kto ruszy na ratunek, kiedy sytuacja wymknie się spod kontroli? 

Ta opowieść idealnie nadaje się do biblioterapii. Znajdziecie tutaj lęki, które ktoś stara się oswoić, złe emocje, wściekłość i rozczarowanie, nad którym ktoś musi nauczyć się panować, otuchę i wsparcie w każdej ilości, a także życzliwość i przyjaźń, bez których ciężko radzić sobie z trudnościami. A wszystko to zostało podlane sosem upichconym z miłości, ze szczyptą przytulania sympatycznymi mackami i kubkiem ciepłego kakao. Czyż nie jest to idealna lektura na każdą porę dnia i nocy? I dla każdego, kto akurat potrzebuje natychmiastowej poprawy nastroju? JEST! :-) 

Styl Ałtorki jest niepowtarzalny. Marta Kisiel pisze z humorem i lekko, a jej powieści czyta się tak, jakby człowiek leżał sobie wygodnie na pachnącej kwieciem wszelakim łące i oglądał płynące po niebie baranki, ewentualnie tęczowe bańki mydlane lub piórka anielskie. Czyż to nie genialna perspektywa? Czysta beztroska i dobry humor :-) 

Jeśli nie czytaliście jeszcze "Dożywocia" ani "Siły niższej", to również polecam, a może nawet warto przeczytać je przed lekturą "Małego Licha i tajemnicy Niebożątka". Wtedy dodatkową przyjemność stanowi wiedza o przygodach bohaterów tej historii, pochodząca z wymienionych tomów. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Wilga

poniedziałek, 10 września 2018

"Marzi. Dzieci i ryby głosu nie mają" Marzena Sowa - recenzja


Nowy komiks Egmontu pt. "Marzi. Dzieci i ryby głosu nie mają" to zbiorcze wydanie czterech historii o kilkulatce, której przyszło żyć w Polsce w czasach PRL-u. Tytułową bohaterką jest sama autorka, która odtworzyła swoje dzieciństwo w Polsce Ludowej na podstawie wspomnień własnych oraz swojej rodziny. Historyjki opowiadane z perspektywy dziecka mają wiele uroku, a dziecięca logika i prostota przekazu wywołują niejednokrotnie uśmiech na twarzy. Szczególnie, kiedy czytelnik był w tamtych czasach w podobnym do Marzi wieku. 

Lata 80. w naszym kraju to dla dzisiejszych dzieci i nastolatków czas, którego realiów nie znają. Nie rozumieją ówcześnie panującej atmosfery, stania w kilometrowych kolejkach, zabaw na klatce schodowej, kupowania na kartki czy pustych półek w sklepach. Wielu nie mieści się to w głowach, a dorosłym czasami trudno jest im to wytłumaczyć. 
Mała bohaterka komiksu opowiada o tamtych czasach ze swojego dziecięcego punktu widzenia. Bez pompatyczności i nadęcia, bez martyrologii czy sentymentalizmu. Nie rozwodzi się nad politycznymi rozgrywkami, nie opowiada długo i zawile. Jej wyjaśnienia są krótkie i proste.
Przez pryzmat logiki dziecka Marzi potrafi wytłumaczyć wszystko tak, że mniejsi czytelnicy zrozumieją bez problemu takie sytuacje, jak wystawanie w kolejkach po nocy, "rzucanie" towaru do sklepu czy ograniczenia ilościowe podczas kupowania cukru czy papieru toaletowego, który kiedyś był na wagę złota. Wbrew pozorom, jeśli ktoś nigdy nie przeżył sytuacji, w której czegoś nie mógł dostać, bo tego zwyczajnie nigdzie nie było, to nie zrozumie, że można było nie jeść czekolady czy pomarańczy, a kiełbasa i dobre mięso pojawiały się w domu od święta i tylko wtedy, kiedy komuś z rodziny udało się akurat trafić w sklepie na właściwy moment.    

Ilustracje w komiksie są piękne. Kolorowe, realistyczne i szczegółowe. Z przyjemnością się na nie patrzy, uzupełniając rysunki dopiskami pod nimi lub tekstami w dymkach. Mimo iż o wszystkim opowiada nam Marzi, a jej sposób narracji jest prosty, to równocześnie język, którego używa, jest literacki i bardzo poprawny. Nie ma tu niepotrzebnych opisów czy trudnych słów. Dzięki temu możemy skupić się bardziej na przekazie emocjonalnym. Emocje zaś pojawiają się nie tylko na poziomie języka, ale także rysunku. Ilustratorka bowiem profesjonalnie żongluje paletą barw, podkreślając optymizm i dziecięcą radość wielobarwnością, którą czasami ogranicza, prezentując wydarzenia smutne czy trudne.  

W typowo dziecięcy sposób dziewczynka prezentuje swoją logikę i tłumaczy obserwowany świat po swojemu, bardzo mądrze i z humorem. Autorka świetnie ukazała realia panujące w Polsce lat 80. i to, jak ludzie radzili sobie w tych trudnych czasach. 

Recenzja opublikowana również pod adresem: MARZI

Za możliwość przeczytania komiksu dziękuję 

sobota, 8 września 2018

"Kamień" Małgorzata Fugiel - Kuźmińska, Michał Kuźmiński - recenzja





Po raz pierwszy miałam okazję przeczytać książkę określaną mianem etnokryminału. Muszę przyznać, że zaciekawiło mnie to, czy czymś się będzie różnić od znanego mi świetnie gatunku z dreszczykiem i, oczywiście, czy przypadnie mi do gustu. Jak widać po ocenie, książka mi się spodobała. Nie zdradzę zbyt wiele, by nie psuć przyjemności z lektury tym, którzy jeszcze po "Kamień" nie sięgnęli, ale na pewno rozejrzę się za pozostałymi dwoma tomami tej serii. 

Kilka słów o fabule. 
Niedaleko romskiej osady, Kamienia, na Sądecczyźnie, ludzie natrafiają na ciało pięcioletniego chłopca. Na pierwszy rzut oka widać, że dziecko było wycieńczone i z pewnością chorowało, zanim zmarło. Pierwsze podejrzenia padają na mieszkających nieopodal Romów. Biali sąsiedzi, a nawet policja, myślą stereotypowo i krzywdząco. Większość osób uważa, że to właśnie ludzie z osady są winni śmierci dziecka. Sytuacja komplikuje się dodatkowo, kiedy okazuje się, że dziecko jest... białe. To zdecydowanie nie pomaga Romom. Teraz, oprócz samego faktu znalezienia ciała dziecka, dochodzi jeszcze konflikt międzykulturowy. No, bo jak to? Ciało białego dziecka znalezione wśród Cyganów? Kto dokonał tej zbrodni? Odpowiedź dla wielu może być tylko jedna. Kiedy policjanci rozpoczynają śledztwo w sprawie znalezionego ciała, podczas przeszukania osady, natrafiają na kolejne białe dziecko. Tym razem jest to, jak najbardziej żywa i szczęśliwa, dziewczynka o jasnych włoskach, która wyraźnie czuje się w jednym z romskich domów jak u siebie i mówi do jednej z kobiet "mamo".  
Anna Serafin, antropolożka kultury, zostaje poproszona o pomoc. Głód, policjant prowadzący sprawę nieżyjącego chłopczyka, nie jest zachwycony takim obrotem sprawy i jawnie okazuje kobiecie swoje niezadowolenie. 

Bardzo podobały mi się stworzone przez autorów postacie. Wszystkie, co do jednej, były realistyczne, trójwymiarowe i pełne szczegółów charakterologicznych. Nawet imiona miały przemyślane. 
Dziennikarz Sebastian Strzygoń, na przykład, nazywany jest w powieści Bastianem. Nie znoszę tego skrótu, a tutaj był tak dobrany do całej postaci, że żadna inna wersja tego imienia nie wchodziłaby po prostu w grę. 
Każda postać w tej powieści jest bardzo wyrazista. Gerard, Sylwia, Paweł, Jadzia, Łukasz, Dominika, Marek... Nawet pomniejsze postacie, jak chłopak z budki z kebabem, zostały stworzone z dbałością o istotne dla utrzymania realizmu i głębi tej historii szczegóły.
Postać podkomisarza Janusza Głoda jest genialna. Dopracowana co do milimetra tak, że można sobie tego gościa bez problemu wyobrazić. Uparty i wściekły, kiedy coś nie idzie po jego myśli. Lekko zaniedbany facet, dla którego wygląd to sprawa drugorzędna. Równie nieistotna w jego świecie jest kultura osobista czy choćby podstawowe zasady dobrego wychowania. Niech inni się martwią, on ma gdzieś, czy ktoś będzie przez niego płakał w kącie. Postawiony przed faktem otrzymania wsparcia w postaci pracownika naukowego płci żeńskiej, w szpilkach i kostiumie szytym na miarę, wrzuca Annę na głęboką wodę wioząc ją bez przygotowania do romskiej osady. Jak wypadnie antropolożka, zaopatrzona głównie w wiedzę książkową, w pierwszym starciu z rzeczywistością?    

Kto jeszcze zginął? Kogo porwano? Na jakie inne wątki natrafiła policja w toku śledztwa? Z każdym rozdziałem pojawia się więcej możliwości i pytań. Zamiast rozwiązania sprawy nieżyjącego chłopca, mamy kolejne ciała i mnożące się zagadki... 


Złożoność wątków występujących w powieści, dynamiczne dialogi, odmalowane z dużą precyzją sceny kolejnych działań policji i innych bohaterów sprawiają, że książkę czyta się szybko. Nawet się człowiek nie obejrzy, a już przemierza trasy pokonywane przez bohaterów, analizuje wraz z nimi znalezione dowody i przeżywa, kiedy ta czy inna postać znajduje się w niebezpieczeństwie. 

Irytowało mnie tylko trochę wielokrotnie powtarzane w dialogach "...Cyganie, przepraszam, Romowie...). Można poprawić się raz, drugi, trzeci, ale tutaj wyjątkowo często ktoś się mylił i poprawiał... Być może taki był zamysł autorów, by to poprawianie się wyeksponować.  
Żałowałam też, że nie ma tłumaczenia dialogów pisanych w języku Romów. Bardzo chciałabym wiedzieć, co mówili, a nie zawsze dało się wykoncypować na podstawie wtrącanych zwrotów polskich, o co może chodzić. 

Tytuł ma w przypadku tej książki wiele znaczeń. Wiąże się z jednym z miejsc akcji, ale także koresponduje z problemami, które piętrzą się między Romami a ich sąsiadami, z twardym spojrzeniem i kamiennymi sercami, które wciąż napotykają mieszkańcy osady. Duet Kuźmińskich świetnie obserwuje i te swoje wnioski przenosi na papier. Jako naród nie prezentujemy się na tym obrazku zbyt dobrze. Z kart powieści wyziera bowiem ksenofobia, uprzedzenia różnego kalibru i schematyczne szufladkowanie ludzi...  


Recenzja powstała w związku z promocją książek biorących udział w niezależnym konkursie "Brakująca Litera" 2017

sobota, 25 sierpnia 2018

"Zapomniani bogowie" Jarosław Prusiński - recenzja



Mitologia słowiańska mnie ciekawi, ale moja wiedza na temat tych wierzeń jest wciąż niewielka. Pewnie jest to spowodowane tym, że wolę opowieści zbeletryzowane niż naukowe opracowania. Poza tym nawet w szkole uczymy się mitologii greckiej, rzymskiej, a słowiańska czasami gdzieś tam przemknie, przy okazji omawiania jakiejś lektury na języku polskim czy w postaci krótkiej, suchej notatki na historii. Z ogromną przyjemnością sięgam więc po książki w stylu serii Kwiat Paproci K.B. Miszczuk. Tak, wiem, że to akurat bardziej fantasy, a nie faktyczne odzwierciedlenie wierzeń Słowian, jednak od pochłonięcia tej tetralogii zaczęłam zwracać większą uwagę na powieści ze słowiańskimi wątkami.

"Zapomniani bogowie" to nie jest książka historyczna, jak pisze sam autor we wstępie do tej powieści. Jednak można ją za takową uważać. Historyczną beletrystykę, rzekłabym. Naprawdę dobrą historyczną beletrystykę, ze świetnie zarysowanymi średniowiecznymi realiami, żywymi dialogami, zabawnymi scenami i niejedną tajemnicą w tle. I można by się czepiać, że język powieści jest zbyt współczesny, ale to nie do końca ma znaczenie. Dzięki temu zabiegowi rozmowy, które prowadzą bohaterowie, są żywe, dynamiczne i bliższe nam, niż gdyby posługiwali się oni, na przykład, językiem w stylu tego ze "Starej Baśni" Kraszewskiego. Widać, że autor poświęcił wiele godzin na zgłębienie dostępnych wydawnictw opisujących świat średniowiecznych Słowian. Efektem tych badań jest wartka opowieść, w którą możemy się zagłębić, by spędzić z bohaterami powieści kilka ładnych godzin.




Pewnego dnia w lesie, niedaleko nadnarwiańskiego Ostrogrodu, znaleziono nieprzytomnego, ledwie żywego człowieka. Był nagi, z rozbitą głową i nikt go wcześniej nie widział w tych okolicach. Mężowie przynoszą go do domu Dobrawy, wdowy i matki dwóch córek, Dobrosławy i Dobromiły. Kobieta nie jest zachwycona, ale przyjmuje Obcego pod swój dach, szczególnie, że mężczyźni nie wróżą mu długiego życia. Przynieśli go z lasu raczej po to, by umierał w godnych warunkach. Jednak troskliwa opieka trzech kobiet sprawia, że Obcy powoli dochodzi do zdrowia. Jego obecność wprowadza ożywienie w grodzie, a sam tajemniczy mężczyzna jest tematem wielu rozmów i plotek powtarzanych przez mieszkańców. Nikt nie wie, skąd się wziął, a chory sam niczego sprzed napaści nie pamięta...

Obcy, który nagle pojawia się w grodzie i zaburza znaną mieszkańcom codzienność, stanowi centrum całej tej opowieści. Wszystkie opisywane wydarzenia mają związek z mężczyzną i jego obecnością w chacie Dobrawy, w grodzie. Wraz z nim poznajemy zwyczaje Słowian, tradycje, panujące tam prawa, o których autor pisze w bardzo przystępnej formie, bez niepotrzebnego naukowego zadęcia. Gdyby tak były pisane podręczniki do historii, jestem przekonana, że znacznie więcej osób chętnie uczyłoby się tego przedmiotu w szkole. Ja ze szkolnej historii o Lechii nie pamiętam już nic... 
Córki Dobrawy to młode i ładne dziewczęta, choć Dobrosława uchodzi już za starą pannę. Ma niewiele ponad 20 lat, lecz u Słowian jest to wiek, w którym powinna już być żoną i matką. Jednak dziewczyna nosi w sercu straszną tajemnicę, która nie pozwala jej normalnie żyć. Od czasu, gdy mając 15 lat uciekła z domu, stroni od ludzi, nie przyjmuje żadnych konkurentów, których proponuje jej swatka, a czas spędza głównie w lesie, na polowaniach. Nikomu nie zdradziła jeszcze, co przydarzyło jej się w tamtej podróży, ale wróciła odmieniona. Młodsza o kilka lat Miłka jest panną na wydaniu. Na razie zerka nieśmiało na chłopców z grodu i powoli staje się kobietą, gotową do zamążpójścia. Obie dziewczyny zerkają ukradkiem na przybysza, lecz każda z innym nastawieniem...



Wątek miłosny jest cudny. Tak po prostu. Nienachalny i delikatny, ale równocześnie pełen emocji i akcji. Nie znoszę w książkach przerysowanych i przesłodzonych postaci, których ckliwe umizgi i niezdecydowanie denerwują i psują przyjemność z lektury. W "Zapomnianych bogach" będziecie mogli obserwować, jak Obcy próbuje dotrzeć do zamkniętej w sobie i wrogo nastawionej do świata Sławki, która jednak, mimo tworzonego przez lata muru, bardzo pragnie być kochana i móc kochać. Tęskni za uczuciem do mężczyzny, a Obcy jej się podoba, ale tajemnica, która spala ją od wewnątrz, nie pozwala jej uwierzyć, że mogliby być razem. Dziewczyna jest przekonana, że kiedy zdradzi mężczyźnie swój sekret, on nie zechce na nią nawet spojrzeć. Obcy zaś naprawdę bardzo się stara, by zasłużyć na miłość dziewczyny, lecz nie ma pojęcia o powodach jej niezrozumiałego zachowania. Nie jest pewien, czy ona w ogóle darzy go uczuciem, skoro wysyła mu sprzeczne sygnały.

Autor fantastycznie opisał humory Sławki, jej wściekłe odzywki w dialogach z Obcym i wybuchowe reakcje na kontakty mężczyzny z innymi kobietami z grodu, a także jego odpowiedzi na czasami naprawdę przykre słowa padające z ust dziewczyny. Może tylko trochę za często uciekała od konfrontacji, ale tak została skonstruowana ta postać, więc w taki właśnie sposób Sławka radziła sobie z mętlikiem w głowie i sercu. W tej dziwnej relacji zaprezentowany został cały wachlarz emocji, do koloru, do wyboru. To jeden z przyjemniejszych wątków miłosnych, jakie miałam okazję śledzić w różnych powieściach. 

W pewnym momencie pojawił się na kartach powieści kronikarz, który bardzo negatywnie postrzegał "pogan" żyjących w Ostrogrodzie. Jego zadaniem było opisanie zwyczajów Słowian, co czynił bardzo skrupulatnie, ale, niestety stronniczo, gdyż nie znając ich języka, niewiele rozumiał z tego, co widział. Miało to odzwierciedlenie w jego zapiskach, które nijak miały się do rzeczywistości. Postać ta bardzo ubarwiła opowieść. Skojarzyła mi się natychmiast z Koszałkiem-Opałkiem i z uśmiechem śledziłam poczynania pisarza. Żeby przekonać się, jak potoczyły się losy tej postaci, musicie przeczytać książkę. Gwarantuję, że spodoba Wam się ten wątek :-) 




Trochę się rozpisałam, ale ta książka ma taki potencjał, że musiałam o wszystkim Wam opowiedzieć. Wcale nie pogniewałabym się, gdyby pojawił się kolejny tom o perypetiach Sławki i Obcego... ;-) Panie Autorze, co Pan na to? :-) 



Recenzja powstała w związku z promocją książek biorących udział w niezależnym konkursie "Brakująca Litera" 2017

czwartek, 23 sierpnia 2018

"Pandemia" A.G.Riddle - recenzja gościnna

Wielu jest w sieci blogerów książkowych i każdy z nich dzieli się swoimi pasjami czytelniczymi. Sposobów na zainteresowanie czytelników wymyślono już całe mnóstwo. Trudno czasami wybrać między świetnym kryminałem a porządną obyczajówką, a doba przecież nie jest z gumy. Chociaż szkoda, przydałoby się móc ją chociaż trochę rozciągnąć. 

Jednym z blogerów, do których lubię zaglądać, jest Michał z ebookoo.pl. Niedawno zostałam przez niego zaproszona do wymiany recenzenckiej. Pomysł mi się spodobał, więc szybko się zgodziłam. I dzisiaj właśnie chciałabym Wam polecić książkę, której sama jeszcze nie czytałam, ale Michał pisze o niej tak:

"Sięgnąłem po książkę „Pandemia”, ponieważ zaciekawiła mnie – tak tak - okładka i sam opis książki. Miałem wrażenie, że odnosi się chociażby po części do filmu, który kiedyś oglądałem a był naprawdę bardzo dobry i też dotyczył pandemii – niestety tytułu nie pamiętam. Jednocześnie oczekiwałem od tej książki, że nie tylko będzie dużo lepsza i bardziej rozbudowana niż film, bo to jest coś oczywistego, a okaże się zupełnie inna od dotychczas przeczytanych lektur. Przełamie konwenanse typowego kryminału/thrillera. Da mi to coś, czego, w tym roku jeszcze nie otrzymałem. Miałem nadzieję, że w tym przypadku otrzymam po trosze wszystkiego: trochę wiedzy naukowej, trochę akcji, pewną pikanterię wyzwalającą napięcie u osoby czytającej czy słuchającej, a jednocześnie przemyślany plan całej tej historii stworzonej przez autora. Czy tak się stało?"



Podczas poszukiwań u wybrzeży Alaski Amerykański statek straży przybrzeżnej z Dr Hansem Emmerichem natknął się na bliżej nieokreślony obiekt. Chociaż nikt dokładnie nie wiedział czego szukają, zakres działań i duża liczba naukowców i sprzętu na lodołamaczu wzbudzała wśród załogi powody do dyskusji. Kiedy dowodzący akcją postanowili zweryfikować swoje odkrycie, okazało się, że poszukiwanym obiektem była łódź podwodna RSV Beagle, która wiele lat temu zatonęła w bliżej nieznanym miejscu. Badacze po zejściu w głębiny odnaleźli w niej laboratorium, pokoje badań i dziwne, bliżej nieokreślone znaleziska, co jednoznacznie wskazuje, że przeprowadzono tam tajne eksperymenty naukowe. Sytuacja wymyka się jednak spod początkowej kontroli

Tymczasem pewnego dnia do szpitala w Manderze w Kenii trafia dwóch amerykańskich turystów, z czego jeden jest nosicielem jakiegoś dziwnego wirusa, który objawami przypomina grypę, z czasem mutując w organizmie nosiciela w śmiertelnie niebezpieczną chorobę, do walki z którą szpital nie ma środków. Doktor przyjmujący chorego do szpitala szybko dokumentuje objawy i wysyła wyniki do Kenijskiej Służby Zdrowia. Choroba szybko się rozprzestrzenia a prośby o pomoc docierają do CDC – centrum zwalczania chorób i zapobiegania im. Dr Peyton Show i jej zespół udają się na miejsce, by zbadać przyczynę choroby i zlokalizować jej źródło. To, co odkryją przejdzie ich najśmielsze oczekiwania…

W tym samym czasie w hotelu w Berlinie budzi się Desmond Hughes, nie pamiętający, co on w nim robi, kim jest i skąd w ogóle się tu wziął. Sytuacji nie ułatwia fakt, że w pokoju znajduje się trup a do drzwi dobija się obsługa hotelowa z powodu hałasów, które miały tu miejsce. Szukając wyjścia z sytuacji Desmond odkrywa, że ktoś przygotował mu szereg dziwnych intryg i haseł, pozostawionych w różnych miejscach, które musi rozszyfrować aby dowiedzieć się prawdy. Nie ma jednak lekko, ponieważ po piętach depcze mu policja i „ludzie”, którzy nie chcą, by prawda ujrzała światło dzienne…

Autor A.G. Riddle przedstawia nam solidne ponad 700 stronicowe dzieło, gdzie mnogość wątków, ilość bohaterów i ich rozbudowane profile osobowościowe, częste zmiany akcji -> tego jest naprawdę sporo. Niemniej zarówno słuchając w wersjo audio jak i czytając miałem poczucie, że całość jest bardzo uporządkowana. Autor zadbał o odpowiednią rozbudowę tekstu przy najważniejszych i kluczowych dla zrozumienia elementach.

Tytułowa „Pandemia” to doskonały thriller naukowy, gdzie dzieje się naprawdę sporo a co najważniejsze w tego typu książkach, to fakt, że autor postawił na realizm. Wybrał odpowiedni obszar do rozprzestrzenienia choroby, czyli Afrykę. Przedstawił też miejscowy sposób działania i dołączył do tego konflikty wewnętrzne rozdzierające ten obszar. Zadbał o rzeczowy opis działalności i sposoby działania WHO i CDC, czyli dwóch największych światowych organizacji przeciwdziałających chorobom zakaźnym. Włączając w to wszystko międzynarodowy spisek i tajne organizacje mające wpływ na rządy na całym świecie po dziś dzień, mamy dosyć realny obraz, który może mieć miejsce w każdym momencie ale nie jesteśmy tego kompletnie świadomi.

Mimo, że książka jest literacką fikcją opierającą się w jakimś stopniu na faktycznych działaniach, to jest pisana w taki sposób, jakbyśmy tam byli i uczestniczyli w akcji. Mieli na nią wpływ a wszelkie sukcesy, czy niepowodzenia były także naszym udziałem. Czujemy się w jakiś sposób wplątani w akcję i myślę, że był to zabieg celowy i jak najbardziej udany.
  
I na koniec najważniejsze. „Pandemia” jest pierwszym z dwóch tomów „Aktów zagłady”, które wypuścił autor. Pozostaje nam z oczekiwaniem czekać na drugą część. Jeśli autor utrzyma klimat z pierwszej części, to będzie kolejna bardzo dobra produkcja, której warto poświęcić każdą wolną minutę.

PS. Pisałem, że książkę zarówno słuchałem jak i czytałem jednocześnie. Taki sposób zapoznania się z lekturą pozwolił mi maksymalnie poświecić się na zapoznanie z nią w każdej wolnej chwili. Jednocześnie doznania były o wiele lepsze, gdyż inaczej zmysły pracują, gdy powieści się słucha a inaczej gdy się czyta. I uwierzcie mi, że pod każdym względem te doznania są super! Wiem, że to nie pierwsza i nie ostatnia książka czytana i odsłuchiwana w ten sposób. Polecam! 

Michał


Co Wy na to? Jak dla mnie, świetnie się zapowiada. Muszę po nią sięgnąć, bo jestem ciekawa, czy to będzie coś w stylu mojego ulubionego autora - Jamesa Rollinsa. 

Dziękuję za recenzję i zapraszam: 
na blog Michała ---> ebookoo.pl 
oraz na FP --> ebookoo

I czekam na kolejne gościnne recenzje na blogu ebookoo :-)