Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae Res. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae Res. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 sierpnia 2025

"Przedsionek" Dominika Połczyńska - recenzja


Tytuł: "Przedsionek"
Autor: Dominika Połczyńska
Gatunek: fantasy
Liczba stron: 843
Wydawnictwo: Novae Res

Moja ocena: 5/6

"Przedsionek" to debiut literacki Dominiki Połczyńskiej. Niezwykle obszerny, przemyślany i dopracowany debiut. Na ponad ośmiuset czterdziestu stronach autorka stworzyła, równoległe do tradycyjnego, uniwersum słowiańskie w klimacie fantasy.

Józefina Mostowska jest graficzką, dla której liczy się głównie kariera i kolejne wyzwania zawodowe. Podobne priorytety ma jej narzeczony, Filip. Na razie nie myślą o ślubie, chociaż oboje dobiegają trzydziestki. Kiedy przeprowadzają się do niewielkiej wsi Wiłnówek, Filip jeździ do swojej firmy, natomiast Ina może pracować zdalnie, z czego korzysta, przy okazji poznając nowe miejsce zamieszkania. Wprawdzie nie chciała się przeprowadzać, jednak uległa namowom Filipa, który pragnął zamieszkać niedaleko matki. 

Pewnego dnia Józefina wybiera się na spacer po okolicy i trafia do wyjątkowo dziwnego miasteczka. Czuje się zagubiona i błądzi po nieznanych uliczkach, dopóki nie trafia na nieznajomego, który jest tak miły, że obiecuje jej pomoc w odnalezieniu drogi powrotnej. Kiedy wreszcie dociera do domu, Filip jest przerażony jej nieobecnością, która trwała znacznie dłużej, niż Inie się wydawało. Mężczyzna obrzuca ukochaną podejrzeniami zdrady, choroby psychicznej i usiłuje namówić ją na wizytę u lekarza. Atmosfera w ich związku robi się mocno zawiesista, a Ina bezskutecznie próbuje przekonać Filipa, że wszystko jest w porządku. Tymczasem wciąż wraca myślami do dziwnego miejsca, które znalazła za mostkiem. Szybko okazuje się, że nie wszyscy ludzie potrafią odnaleźć to tajemnicze miasteczko, do którego przypadkiem trafiła Józefina. Jednak czy faktycznie była to przypadkowa wizyta? Kim są mieszkańcy Atariany? Dlaczego akurat Ina potrafi się dostać do ich miasta? Co czeka kobietę podczas kolejnych wizyt w tym magicznym miejscu?

Fabuła obfituje w przeróżne wątki. Towarzyszymy Inie w jej nowym domu, podczas spotkań z sąsiadami, przyszłą teściową czy szefem, a także w Atarianie, gdzie czekają na nią przeróżne istoty stworzone przez autorkę na bazie wierzeń słowiańskich. W każdym świecie Mostowska musi podejmować trudne decyzje i mierzyć się z ich konsekwencjami. 

Akcja się zagęszcza, kiedy w Atarianie pojawia się kolejna zagubiona kobieta. Nie wie, kim jest, nie pamięta, gdzie mieszka, ani skąd pochodzi. Nie wie nawet, jak ma na imię. Ina wraz z istotami próbuje rozwiązać zagadkę jej pojawienia się. Czy jest człowiekiem, czy istotą? Skąd wzięła się w Atarianie? Jak dowiedzieć się o niej czegokolwiek? Ina nie ma pojęcia, że do jak niebezpiecznych skutków doprowadzą te poszukiwania, szczególnie, że czas nagli, ponieważ nieznajoma szybko traci siły.  

Mimo że sporo się tutaj dzieje, akcja w obu światach nie jest dynamiczna. Napędza ją raczej liczba rozgrywających się wydarzeń.       

Chociaż spodziewałam się ludowej wersji wierzeń i zwyczajów słowiańskich, to muszę przyznać, że fabuła mnie wciągnęła i z zaciekawieniem wędrowałam z bohaterką po Atarianie, a także odwiedzałam inne miejsca, w których żyją istoty. 

Jeśli lubicie powieści fantasy z mnóstwem szczegółów i spokojną, chociaż nie pozbawioną napięcia akcją, to "Przedsionek" Wam się spodoba.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Novae Res

     

sobota, 30 grudnia 2023

"Pochłonięte" Martyna Bielska - recenzja


Tytuł: "Pochłonięte"
Autor: Martyna Bielska
Gatunek: kryminał
Liczba stron: 286
Wydawnictwo: Novae Res

Moja ocena: 5/6

"Pochłonięte" zaciekawiają nie tylko tytułem, ale również intrygują mroczną okładką. To klimat, który lubię i chętnie sięgam po ten gatunek, chociaż można się nieźle naciąć, bazując wyłącznie na tych wytycznych. Szczególnie w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z debiutem, jak w przypadku tej powieści. Jest to debiut napisany w ramach stypendium artystycznego Prezydenta Miasta Białegostoku z 2020 roku.  Czy warto było po nią sięgnąć?

Akcja powieści rozgrywa się na ulicach Białegostoku. Kiedy w tunelu łączącym dwa budynki szpitalne zostają znalezione zwłoki kobiety, na miejscu zbrodni pojawia się prokurator Robert Narwiański. Na ciele ofiary nie widać żadnych siniaków, nacięć czy innych śladów przemocy. Ma ono natomiast nietypową różową barwę. Wraz z prokuratorem sprawą zajmują się komisarz Sławomir Krupa oraz aspirantka Marta Zalewska. Oprócz policjantów zajmujących się śledztwem poznajemy również Olgę Bukowską. Dziennikarka przyjeżdża do Białegostoku z Warszawy i dołącza do ekipy śledczych w charakterze historyczki, która szperając po archiwach, wyszukuje odpowiedzi na pojawiające się podczas pracy policji pytania. Bo śledztwo prowadzi policjantów w konkretnym kierunku, mocno związanym z czasami II wojny światowej.    

Szybko okazuje się, że zabita kobieta leczyła się onkologicznie. Liczba ofiar rośnie. Kolejne ofiary znajdowane są w różnych miejscach miasta. Ich ciała zostają w określony sposób ułożone, a ustawki zawierają podpowiedzi dla śledczych. Morderca ma wszystko zaplanowane i konsekwentnie realizuje kolejne punkty, które prowadzą do czegoś, co powoli odkrywają śledczy dzięki historycznym poszukiwaniom Olgi.

Autorka poświęciła bardzo dużo miejsca opisom miasta, w którym toczy się akcja. Może nawet momentami było ich za dużo. Inaczej będą reagować na nie osoby, które znają miasto i podążają za pisarką wymienianymi ulicami, a inaczej czytelnicy, którzy Białegostoku nie znają. Mnie trochę wytrącały z wątku kryminalnego. 

Pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy i muszę przyznać, że nie spotkałam się wcześniej z sytuacją, kiedy pisarz wykorzystuje ten raczej rzadko opisywany fragment wojennej historii obozowej. Nie zdradzę konkretów, żeby nie psuć Wam przyjemności z lektury. 

Oprócz wątku kryminalno-historycznego mamy tu też wstawki obyczajowe, dzięki którym poznajemy bliżej głównie prokuratora Narwiańskiego.  

Zdziwił mnie trochę wykorzystany przez autorkę język. Nie znam gwary z tamtego regionu, więc nie wiem, czy to na przykład nie jest słownictwo i składnia wykorzystywane właśnie w okolicach Białegostoku. Jaśniste misy lamp, dworzec, który nie został pierwszorzędnie odnowiony, czy dół wypływający zza zakrętu to jedno, ale już "zatrzymania obatelskiego" kompletnie nie zrozumiałam...

Finał mnie chyba trochę rozczarował. Nie miałam konkretnych oczekiwań, jednak lubię zamknięte zakończenia, a tutaj jest tak jakby nie do końca wszystko wyjaśnione. Jakby autorka nie miała pomysłu na końcowy fajerwerk, więc zostawiła sprawę wyobraźni czytelników. Jednak z uwagi na ciekawy wątek historyczny uważam, że warto po nią sięgnąć.  

sobota, 17 września 2022

"Skazany na zło" Adrian Bednarek - recenzja

Kolejny audiobook na mojej półce w Storytel to powieść Adriana Bednarka pt. "Skazany na zło". Jeszcze nie miałam okazji poznać pióra tego autora, więc byłam bardzo ciekawa, czy mi się ta książka spodoba.

Głównym bohaterem powieści jest Wiktor Hauke, zwyczajny człowiek, który podejmuje jedną niewłaściwą decyzję. Konsekwencją spotkania z kochanką jest sytuacja nie do pozazdroszczenia. Nie dość, że Wiktor staje przed dylematem związanym z niespodziewaną śmiercią dziewczyny, z którą się spotkał, szybko okazuje się, że ktoś nagrał moment, w którym Monika się dusi. Niejaki Reżyser kontaktuje się z Wiktorem i składa mu propozycję nie do odrzucenia. Jeśli Hauke nie zgodzi się na udział w pomyśle nieznajomego, śmierć Moniki wyjdzie na jaw z wszystkimi szczegółami. Wiktor musi podjąć decyzję, czy chronić ukochaną osobę, czy pozwolić, aby jego romans wyszedł na jaw. Ostatecznie mężczyzna staje się nagle aktorem w reżyserowanej przez szaleńca sztuce. Co z tego wyniknie?

Autor interesująco opisuje sposób manipulacji, jaki stosuje Reżyser. Wszystko w jego planie jest dopracowane, dopięte na ostatni guzik, przemyślane. Dyryguje Aktorem według stworzonego scenariusza. Czytając, możemy obserwować przemianę zwykłego człowieka w bestię. I w pewnym momencie przychodzi czas na refleksję, czy każdy byłby w stanie tak diametralnie się zmienić, odkryć w sobie pokłady zła? Co byłoby punktem zapalnym? I czy w ogóle podjęlibyśmy taką decyzję jak Wiktor?

Jeśli lubicie słuchać książek, głos Filipa Kosiora Was nie zawiedzie. Ta barwa i emocje idealnie uzupełniają wymyśloną przez autora fabułę.

Tytuł: "Skazany na zło"
Autor: Adrian Bednarek
Gatunek: thriller
Czyta: Filip Kosior
Czas trwania: 8 h 7 minut
Wydawnictwo: Novae Res

Moja ocena: 5/6

    

niedziela, 8 sierpnia 2021

"Od Nerwosolka do Yansa. 50 komiksów z czasów PRL-u, które musisz przeczytać przed śmiercią" Daniel Koziarski, Wojciech Obremski - recenzja

Z czasów mojego dzieciństwa pamiętam wiele szaroburych książek, które z lubością czytałam, nie zwracając uwagi na papierową okładkę z biblioteki. Zresztą po zdjęciu tej "ochrony" okazywało się często, że okładka danej książki również nie jest bogata w kolory. Co innego komiksy, te były barwne jak kwiaty na łące. I pełne fantastycznych postaci. A fabuły kipiały od przygód. No i ten humor, o którym nie można zapominać. Dowcipne dialogi nie raz wywoływały u mnie salwy śmiechu. 

Dzięki publikacji Novae Res pt.: "Od Nerwosolka do Yansa. 50 komiksów z czasów PRL-u, które musisz przeczytać przed śmiercią" mogłam przypomnieć sobie ulubionych bohaterów, z którymi spędziłam kiedyś sporo czasu. Pamiętam Profesora Nerwosolka, kapitana Klossa, komiksowe serie historyczne "Początki państwa polskiego" i "Legendy polskie" (które mam do dziś!), Kajka i Kokosza, i oczywiście kultową trójkę: Tytusa, Romka i A'Tomka, a także Jonka, Jonkę i Kleksa. Sporo tych bohaterów, a okazuje się, że było ich znacznie więcej. Nie wszystkie komiksy czytałam, ponieważ nie trafiły w moje ręce, ewentualnie najpierw byłam na nie za mała, jak na przykład na komiksy o kapitanie Żbiku, a później już mniej mnie kręciły rysunkowe historie. Przyznać jednak muszę, że chętnie wróciłabym do niektórych książeczek, ewentualnie przeczytałabym te, które pominęłam. 

Wśród ciekawostek opisanych w publikacji najbardziej chyba zszokowała mnie ta o czasie wydawania w "Przekroju" komiksu o profesorze Filutku. Wiedzieliście, że ukazywał się on przez pięćdziesiąt cztery lata? To dopiero szmat czasu. Ale dzięki temu profesora Filutka, jego melonik i parasol, a także zabawnego pieska kojarzą chyba wszyscy.

W książce tej znajdziecie wiele ciekawostek o procesie powstawania lub wydawania komiksów. Pięknie wydany leksykon, szyty i w twardej oprawie, będzie z pewnością przez długie lata cieszyć oko i przypominać ulubionych bohaterów komiksowych. Dla dociekliwych na końcu znajduje się bibliografia. 

Aż szkoda, że nie wszystkie komiksy doczekały się kontynuacji, a niektóre serie urwały się znienacka.

Tytuł: "Od Nerwosolka do Yansa. 50 komiksów z czasów PRL-u, które musisz przeczytać przed śmiercią"
Autor: Daniel Koziarski, Wojciech Obremski
Gatunek: popularnonaukowa, leksykon, antologia
Liczba stron: 312
Wydawnictwo: Navae Res

Moja ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Novae Res

niedziela, 6 czerwca 2021

"Abel i Kain" Katarzyna Kwiatkowska - recenzja


"Abel i Kain" to drugi tom serii przygód Jana Morawskiego, polskiego Sherlocka Holmesa, oraz jego kamerdynera, Mateusza. 

Akcja powieści rozgrywa się w lipcu 1900 roku. Jan i Mateusz wybierają się na chrzciny synka przyjaciół, Julii i Tadeusza, których poznajemy w poprzednim tomie. Po drodze jednak zostają poproszeni o pomoc w wyśledzeniu mordercy pewnego młodego człowieka, najstarszego syna Adama Ponińskiego, będącego znajomym Tadeusza. Jan, rzecz jasna, nie odmawia i obaj panowie udają się od razu na miejsce zbrodni, aby przeprowadzić śledztwo. Zdradzę, że nie jest to jedyny trup w tej historii... W majątku Ponińskiego wszyscy mieszkańcy chronią seniora rodu, nie zdradzając mu grzeszków ukochanego, najstarszego syna, Adama juniora. Kiedy młody człowiek zostaje znaleziony martwy, a głównym podejrzanym staje się brat ofiary, Edward, senior prosi Jana o znalezienie dowodów na niewinność drugiego syna. Edward tymczasem milczy. Czy kogoś chroni? Kto popełnił tę zbrodnię?

Początkowo miałam wrażenie, że autorka postawiła na... opisy posiłków z braku pomysłu na tło powieści. Bohaterowie bowiem spędzają czas w majątku pana Ponińskiego głównie przy stole, nad pełnymi talerzami. Później jednak zmieniłam zdanie. Po lekturze myślę, że był to świetny zabieg, mający na celu ukazanie szlacheckiej atmosfery kraju, a przy okazji uwypuklenie postaci pana Tercjusza, który jawi się czytelnikowi jako imć pan Zagłoba. Jego umiłowanie jedzenia i jowialny charakter sprawiają, że można go szybko polubić. Byłam też pełna podziwu dla jego zdolności pochłaniania nieprzebranych ilości tych wszystkich potraw. I nie radzę czytać na głodniaka :D      

Tym razem autorka stworzyła bohaterów, którzy wprowadzili do powieści sporo humoru. Prym w rozśmieszaniu wiodły dwie postacie, rezydent mieszkający u pana Ponińskiego, Tercjusz, oraz sąsiadka z pobliskiego majątku, Eufemia vel torpedowiec. Dialogi i wydarzenia z udziałem tej dwójki zdecydowanie poprawiły notowania powieści po wszechobecnym obżarstwie. Bardzo podobało mi się również uzupełnianie fabuły nowinkami z ówczesnego świata, ponieważ nasi bohaterowie ekscytowali się między innymi Nagrodą Nobla, igrzyskami olimpijskimi czy problemem heroinizmu. 

Zdecydowanie polecam ten tom serii i zabieram się za kolejny.

Tytuł: "Abel i Kain"
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Gatunek: kryminał retro
Liczba stron: 402
Wydawnictwo: Novae Res
Cykl: Jan Morawski, tom 2

Moja ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Upolujebooka.pl

sobota, 7 listopada 2020

"Organista z martwej wsi" Danuta Chlupova - recenzja [PRZEDPREMIEROWA]

Po powieści Danuty Chlupovej sięgam bez zastanowienia od debiutu, który pojawił się na rynku wydawniczym w 2017 roku. "Blizna", bo o niej mowa, to powieść, która zwyciężyła w konkursie Literacki Debiut Roku 2017. Tajemnice z czasów wojny to moje klimaty, więc jak mogłam po nią nie sięgnąć? Z perspektywy czasu stwierdzam, że to była świetna decyzja, ponieważ powieści tej autorki są w każdym calu dopracowane i napisane pięknym językiem. Kolejne strony pochłania się z coraz większym zaangażowaniem.

"Organista z martwej wsi" to powieść obyczajowa z ciekawie poprowadzonymi wątkami z zakresu polityki i psychologii. Całości dopełnia świetnie zarysowane tło, prezentujące nastroje społeczne z lat pięćdziesiątych.

Teodor Szynder jest organistą żyjącym na Zaolziu, w niewielkiej wsi Dwory. Mieszka z żoną i synkiem Adamem w domu, który usytuowany jest obok gospodarstwa jego wieloletniego przyjaciela, Henryka. Teodor od pewnego czasu obserwuje zmianę w zachowaniu sąsiada, która bardzo go niepokoi. Żona mężczyzny również należy do grona przyjaciół Szyndera, więc obawia się on o jej bezpieczeństwo, kiedy sąsiad zaczyna wracać do domu coraz częściej pijany. Próbuje pomóc Wandzie tak, jak potrafi. Wspiera go w tym żona, Lidka, dla której Wandzia również jest przyjaciółką. Próby te spotykają się jednak z ogromną niechęcią Henryka i wzbudzają jego gniew. Kiedy pewnego dnia obaj mężczyźni stają się uczestnikami tragicznego w skutkach wypadku, życie Teodora zmienia się całkowicie...

Autorka wybrała jedną z moich ulubionych form - podróżowanie w czasie i przestrzeni. Narratorem tej historii jest bowiem Adam, syn Teodora, który wraz z żoną opowiada pewnej młodej dziewczynie historię życia ojca. Dzięki temu przenosimy się z czasów współczesnych do lat pięćdziesiątych oraz sześćdziesiątych i z powrotem. Umiejętne dawkowanie kolejnych wydarzeń w rozdziałach sprawia, że ciekawość czytelnika jest wciąż podsycana.       

Gdybym miała określić, jaka jest akcja powieści, użyłabym chyba słowa: stateczna. Nie gna na łeb, na szyję, ale toczy się powoli, nie gubiąc po drodze żadnego szczegółu. Mamy czas na dokładne zaznajomienie się z bohaterami, a także na przeanalizowanie kolejnych zdarzeń i ich skutków. 

Wątki polityczne związane są tutaj głównie z dramatem Teodora, który w tak trudnym historycznie czasie nie był komunistą i pragnął zajmować się po prostu ukochaną muzyką. Autorka rewelacyjnie przedstawiła mechanizm ówczesnej władzy i zakłamanie, którego było wszędzie pełno. Bo jeśli nie jesteś z nami, to jesteś przeciwko nam. Innej opcji nie ma. Podczas lektury naszła mnie refleksja na temat kruchości ludzkiego życia w sensie fizycznym, ale także tego, w jak prosty sposób, często jedną decyzją, można komuś to życie złamać, bez konieczności zabijania go.  

Wątki psychologiczne prezentują między innymi problemy dziecięcych bohaterów tej historii. Adaś, którego ojciec przebywa w więzieniu, oraz Halinka, w której domu rządzi alkohol, muszą uporać się z czymś, co zupełnie nie powinno dotyczyć dzieci. Kiedy Teodor przyjeżdża z więzienia do rodzinnej wsi, trudno mu wrócić do normalnego życia sprzed tragedii. Pomaga muzyka, która okazuje się być uniwersalnym kluczem, otwierającym wiele drzwi, również tych na głucho zamkniętych drzwi ludzkiego serca. Dodatkowe punkty dla autorki za świetnie wpleciony wątek chłopca z Zespołem Aspergera, dla którego muzyka stała się buforem bezpieczeństwa, pozwalającym na interakcję z otaczającym go światem. W czasach, kiedy nie było szans na postawienie prawidłowej diagnozy, rodzice Mirka nie mieli nawet podstawowej wiedzy, jak radzić sobie z zachowaniami syna, ani jak mu pomóc. Teodor stał się dla nich ogromnym wsparciem, a ja z ciekawością obserwowałam, jak mężczyzna uczył się postępowania z chorym dzieckiem, metodą prób i błędów. 

"Organista z martwej wsi" to kolejna powieść Danuty Chlupovej o ogromnej wartości. Nie jest to książka łatwa i przyjemna. Pełna dramatów, problemów i rozterek zwykłych ludzi, wymaga zaangażowania i czasu na refleksję. Jest to opowieść przemyślana i dopracowana w każdym szczególe. Jak wszystkie powieści tej autorki. 

Zdecydowanie polecam!

Tytuł: "Organista z martwej wsi"
Autor: Danuta Chlupova
Gatunek: powieść obyczajowa
Liczba stron:
Wydawnictwo: Novae Res

Moja ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res

niedziela, 1 września 2019

"Trzecia terapia" Danuta Chlupova - recenzja [PRZEDPREMIEROWA]



Toksyczne związki, skomplikowane relacje i klątwa dziadka z Auschwitz.

Trzydziestoletnia Mathilda i czterdziestoletni Grzegorz przypadkowo spotykają się na niemieckim campingu. Z zasłyszanej rozmowy telefonicznej mężczyzna wnioskuje, że kobieta przed kimś ucieka. Po powrocie do Polski zapomina o Niemce, lecz kilka miesięcy później Mathilda dzwoni do niego i prosi o pomoc. Zamierza przyjechać do Oświęcimia, rodzinnego miasta Grzegorza, i poznać historię swojego dziadka – esesmana z Auschwitz. Liczy na to, że to pomoże jej uwolnić się od rodzinnej klątwy, o której przekonywała ją matka, a zarazem wyzwolić się z patologicznego związku. Czy Grzegorz, sam uwikłany w trudne relacje z matką i córką, będzie w stanie pomóc zranionej kobiecie?

„Trzecia terapia” to opowieść o winach własnych i cudzych, o rodzinnej przeszłości, uzależnieniu od innych i o niełatwej miłości, która może przyjść w każdym wieku.


Przedstawiam Państwu drugą powieść Danuty Chlupovej, laureatki Konkursu Literacki Debiut Roku 2017. Jest to równocześnie mój drugi patronat, z którego jestem niezmiernie dumna. 

Tym razem pisarka zabiera nas do świata Grzegorza i Mathildy. Mężczyzna mieszka z nastoletnią córką, z którą nie potrafi złapać kontaktu, oraz matką, Barbarą, która po śmierci jego żony przyrzekła pomóc synowi wychować wnuczkę. Efekt jest taki, że czterdziestolatek od lat jest sam, a jego córkę bliższa więź łączy z babcią, niż z ojcem. 

Pewnego dnia Grzegorz decyduje się na rekreacyjny wyjazd z córką do Niemiec. Łączy ich jedno - jazda na rolkach - i to właśnie postanawia wykorzystać mężczyzna, by ocieplić swoje relacje z dziewczyną. Kiedy wyruszają z Oświęcimia, w którym mieszkają, żadne z nich nie spodziewa się rozwoju wypadków. 

Na campingu Grzegorz poznaje Niemkę, Mathildę. Kobieta jest cicha i jakby zastraszona, jednak z czasem między parą zawiązuje się nikła nić porozumienia. Czas urlopu jednak szybko mija i Grzegorz z córką wracają do Polski. Żegnając się z Mathildą, mężczyzna zostawia jej swoją wizytówkę.
Mylicie się, jeśli przyszło Wam do głowy, że chodzi tu o poryw serca. Tym razem jest inaczej. Grzegorz pracuje w muzeum w Auschwitz, a Mathilda, podczas spotkań w Niemczech, zdradziła mu swoją tajemnicę z przeszłości, która prześladuje ją przez całe życie. Kiedy kobieta wreszcie dojrzewa do tego, by udać się Polski i poznać prawdę o jednym ze swoich przodków, to właśnie Grzegorz zamierza jej w tym pomóc. To jednak zaledwie jeden z poruszonych w powieści wątków.

Jeśli sięgniecie po tę książkę, znajdziecie się wraz z Mathildą w matni psychologicznych trików, które zastosuje na niej pewien pseudoterapeuta. Dzięki świetnemu pióru autorki będziecie mieli również okazję obserwować mechanizmy zachodzące w psychice Mathildy pod wpływem negatywnych bodźców, serwowanych jej przez matkę od najmłodszych lat. 

Jak klątwa dziadka z Auschwitz zmieniła życie Mathildy? Czy człowiek raniony przez lata jest bardziej podatny na psychologiczne gierki? Jaki ciężar nosi na swoich barkach Grzegorz? Dla kogo znajdzie się miejsce w sercu Barbary?

"Trzecia terapia" to powieść o tajemnicach z przeszłości, które mogą oddziaływać na ludzi przez całe ich życie, toksycznym związku, który może zniszczyć wszystko, a także o tym, by nie odkładać na później tego, co można zrobić już dziś, by móc cieszyć się tym, co otrzymaliśmy od losu. Polecam gorąco.

Tytuł: "Trzecia terapia"
Autor: Danuta Chlupova
Gatunek: literatura obyczajowa
Liczba stron: 328
Wydawnictwo: Novae Res
PREMIERA: 16 września 2019

Moja ocena: 6/6


Za możliwość przeczytania oraz objęcia książki patronatem dziękuję Autorce 
oraz Wydawnictwu Novae Res

sobota, 11 maja 2019

"Wybuchowe związki. Małżeństwo z Pakistańczykiem" Sylwia Kaźmierczak - Ali - recenzja


W dzisiejszym świecie związki osób różnych narodowości już nie dziwią. Jest wiele małżeństw tego rodzaju, jednak kiedy w grę wchodzi tak odmienna kultura, jak pakistańska, robi się zdecydowanie trudniej. Dlaczego? Do tej pory właściwie nie znałam tej kultury, ale po lekturze książki Sylwii Kaźmierczak-Ali mam wrażenie, że nie odważyłabym się na taki związek. Z drugiej jednak strony mówi się, że miłość jest ślepa, a serce nie sługa...

Niepozorna książeczka o potyczkach małżeńskich Polki i Pakistańczyka pełna jest opisów ich wspólnego życia i codzienności, w której odmienne kultury zderzają się tak mocno, że czasem sypią się skry. Czy da się tak żyć? Jak można funkcjonować w stanie permanentnej wojny? 

Czytając książkę miałam wrażenie, że autorka siedzi obok mnie i opowiada o swoim życiu z Pakistańczykiem. To była taka luźna rozmowa prowadzona przy kawie i ciasteczkach. Chwilami miałam wrażenie, że opowieść ta jest ciut chaotyczna, przez co informacje się powtarzają, ale nie denerwowało mnie to. Po prostu szybciej się czytało. Wydaje mi się jednak, że temat odmiennej kultury współmałżonka został potraktowany przez autorkę bardzo ogólnie. Mamy tutaj obraz niezwykle europejskiej, nowoczesnej i wyzwolonej żony oraz równie mocno zacofanego, leniwego i uzależnionego od własnej rodziny pakistańskiego męża. Liczyłam na więcej konkretnych informacji kulturowych, tych różnic, które są przecież dość znaczne. Miałam wrażenie, że polska żona nie zstępuje ani na krok ze swojej europejskiej ścieżki, natomiast chciałaby, aby jej pakistański mąż zmienił swoje przyzwyczajenia wyniesione z domu. Wiele rzeczy jej przeszkadza, jeszcze więcej ją irytuje. Chwilami zastanawiałam się podczas lektury, gdzie w tym związku jest miejsce na miłość? Przecież to uczucie musi istnieć, skoro opis książki zaczyna się od słów: "...od czterech lat szczęśliwa żona Pakistańczyka...", nieprawdaż? Inny aspekt, który przyszedł mi do głowy, dotyczył chwili, w której wspomniany wyżej mąż poznał treść tej książki (bo chyba poznał). Jestem ciekawa, czy odnalazł siebie w portrecie mężczyzny, jaki stworzyła jego żona ;-) 

Jeśli macie chęć na lekką historię opowiedzianą potocznym językiem, taką, która momentami rozbawi, ale może też zirytować, to tutaj znajdziecie te cechy. Może bez rozbudowanych kulturowych analiz, ale ogólny klimat nie jest zły. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Novae Res

czwartek, 18 kwietnia 2019

"Klątwa wiecznego tułacza" Magdalena Knedler - recenzja


Jeśli nie czytaliście pierwszego tomu, poniżej mogą znaleźć się spojlery.

Powróciłam do świata Charlotte po przerwie, by spróbować jeszcze raz wniknąć w tę historię. Bohaterką pierwszego tomu dylogii Magdaleny Knedler była nastolatka, córka jubilera, która zaczynała nieśmiało projektować biżuterię. W ten sposób starała się zbliżyć do zdystansowanego ojca. Wśród jej pasji znalazła się między innymi gra na pianinie, a dzięki lekcjom poznała człowieka, który skradł jej serce. Wojna sprowadziła do jej domu żołnierza wymagającego opieki. Obecność Jaroslava otworzyła dziewczynie oczy na mroczną stronę życia, której do tej pory, wychowywana pod kloszem, nie dostrzegała. Naiwnie wyglądała dostatniego życia w dobrobycie i szczęściu. Niestety, los miał dla niej inną propozycję, zdecydowanie ubogą w radości. I wojna światowa szybko zmieniła spojrzenie Lotki na nią samą oraz na otaczających ją ludzi. 
Drugi tom rozpoczyna się zapiskami Charlotte z 1921 roku i prezentuje czytelnikowi starszą i bardziej doświadczoną przez życie Charlotte.  Znów obserwujemy świat oczami bohaterki, która wciąż prowadzi dziennik, notując swoje spostrzeżenia odnoszące się do wydarzeń rozgrywających się na świecie oraz w jej najbliższym otoczeniu. Nie są to jednak już codzienne szczegółowe zapiski, lecz wybiórcze, najważniejsze dla Lotte zdarzenia. Fabuła zmierza ku kolejnej wojnie, która wprowadzi w życie Lotte jeszcze większy chaos...  
   
Podczas lektury miałam wciąż z tyłu głowy świadomość, że autorka musiała spędzić wiele godzin nad publikacjami różnego typu, opisującymi czasy, w których żyje główna bohaterka. To ta postać bowiem łączy wszystkie wątki pojawiające się w fabule. Mistrzowsko zbudowane i dopracowane w każdym szczególe tło sprawia, że toczące się na kartach powieści losy Lotte i jej bliskich są bardzo realistyczne. 

Drugi tom dylogii, podobnie jak pierwszy, nie zachwycił mnie do końca i nie wciągnął bez reszty. Może to nie był dobry moment na tę lekturę? Może jej gabaryty mnie pokonały? A może ten gatunek nie jest dla mnie? Nie wiem. Nie będę więc tej powieści polecać ani odradzać, ponieważ uważam, że każdy powinien sam zdecydować, czy chce ją przeczytać i w jakim momencie swojego życia to zrobić. Z pewnością nie jest to książka, którą można czytać z doskoku, fragmentami. Jej fabuła to spójna, wielowymiarowa całość, wymagająca skupienia oraz umiejętności analizowania i łączenia faktów. 


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Novae Res

czwartek, 28 marca 2019

"Córka jubilera" Magdalena Knedler - recenzja


Czekałam na tę dylogię z niepewnością, co ze sobą przyniosą  bardzo obszerne tomy z intrygującymi okładkami. Lubię styl Magdaleny Knedler i język, którym pisze swoje powieści, więc nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tę publikację pominąć. Dostałam jednak coś, czego kompletnie nie spodziewałam się po tej lekturze, dlatego musiałam się bardzo skupić na analizie swoich wrażeń po przeczytaniu pierwszego tomu. Postaram się napisać o wnioskach z tych moich rozmyślań, żeby uzasadnić swoją ocenę. Wytrwajcie do końca ;-)


"Każdego ranka otwieramy oczy i musimy żyć. Chyba nie ma dla człowieka nic trudniejszego".

Główną bohaterką powieści, tytułową córką jubilera, jest Charlotte Saidermann - Aber, Żydówka polskiego pochodzenia, z dość bogatej rodziny. W chwili, gdy ją poznajemy, Lotte ma siedemnaście lat i jest wychowywana przez ciotkę Wilhelminę oraz ojca, dość zdystansowanego i tajemniczego jegomościa. Matka Lotki nie żyje, więc ciotka stara się zastąpić nastolatce rodzicielkę. Chroni bratanicę przez złem świata i chowa ją pod kloszem, choć sama jest kobietą dość postępową, jak na czasy, w których żyją. 


"Chyba dlatego piszę. Na wypadek gdybym kiedyś obudziła się z pustką w głowie, w ciele starej kobiety, która nie pamięta swojego życia. A może nie tylko dlatego".

Akcja powieści rozgrywa się w czasie I wojny światowej. Monarchia Austro-Węgierska dobiega końca, a na arenie politycznej wiele się dzieje. Wojna zabiera kolejnych żołnierzy, nie patrząc na ich status społeczny. Lotka obserwuje wszystkie wydarzenia, czyta gazety i przysłuchuje się rozmowom prowadzonym podczas spotkań, w których uczestniczy. Na swój sposób próbuje poznać życie, które toczy się za murami jej bezpiecznego domu. 
I tyle, jeśli chodzi o fabułę, ponieważ nie chciałabym zdradzać zbyt wielu szczegółów. 


"Pewne rzeczy są ponad wojną. Muzyka, poezja, miłość. To, co przetrwa".

Sięgając po tę powieść spodziewałam się historii pełnej dynamizmu tamtych czasów, ale moje oczekiwania trochę rozminęły się z rzeczywistością. W powieści wiele się dzieje, to fakt, ale są to wydarzenia opowiedziane z perspektywy Lotte i jej dziennika, w którym zapisuje wszystkie interesujące ją sprawy. Uczestniczymy w nich zatem jedynie pośrednio, a właściwie jedynie się im przyglądamy. Analizy prowadzone przez nastolatkę na dłuższą metę były dla mnie trochę nużące. Przytaczane przez nią rozmowy i fragmenty różnych dokumentów czy książek nie porwały mnie. Brnęłam przez tekst bez większych emocji. Dialogi momentami wydawały mi się trochę sztuczne, prowadzone jakby na siłę, by zawrzeć w nich potrzebne informacje. Może gdybym była pasjonatką tamtych czasów, bardziej porwałby mnie stworzony przez autorkę klimat. Może porównywałabym zapiski bohaterki z tym, co pamiętam z historii. Bo ogromna wiedza i kawał dobrej roboty wyzierają z każdej strony. O tym, że Magdalena Knedler to chodząca encyklopedia z zakresu różnych dziedzin, wiem od dawna. Tutaj dodatkowo zaskoczyła mnie obeznaniem w temacie jubilerstwa i kamieni szlachetnych. Stworzenie postaci jubilera i jego córki, zainteresowanej fachem ojca i również tworzącej projekty biżuterii, wymagało na pewno wiele wysiłku.

Jeśli chodzi o bohaterów, najmniej chyba polubiłam Lotte. Irytowała mnie ta dziewczyna, szczególnie na początku tej historii, ale to chyba dobrze. Z tego wniosek, że zmieniała się z każdym rozdziałem, a więc nie była nijaka czy nudna. Po prostu nie przepadam za bohaterkami, którym ciągle słabo albo duszno :D Podobało mi się przyglądanie się relacjom Charlotte z Jensem oraz Charlotte z Jaroslavem. Kim dla niej byli ci mężczyźni? Jak się poznali? Nie zdradzę, bo to byłby potężny spojler.

Napiszę tak... Nie czułam, żebym dokądś zmierzała, na nic w napięciu nie czekałam czytając. A ja lubię na coś czekać, zastanawiać się nad tym, co będzie w następnym rozdziale, co autor wymyślił dla bohaterów. Lubię dostać tajemnicę do rozwikłania i zastanawiać się nad nią wraz z postaciami. Tutaj tego mi zabrakło. Tutaj fabuła to przede wszystkim zwykła codzienność tamtych czasów, pełna ludzkich historii, poddanych wnikliwym obserwacjom i analizom Lotki. Z perspektywy monotonnie mijających dni ta powieść jest rewelacyjna.

Nie potrafiłam ocenić tej powieści jednotorowo, więc postanowiłam wyciągnąć średnią z kilku ocen:

Fabuła - 3/6
Rozwój akcji - 1/6
Język i styl - 6/6
Klimat powieści - 6/6
Bohaterowie - 4/6
Dialogi - 3/6

Średnia: 3,8

Jestem ciekawa, jak spodoba mi się drugi tom tej dylogii, ale sięgnę po niego za jakiś czas. Dam sobie chwilę oddechu i wrócę do Oceanu odrzuconych. 



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Novae Res



poniedziałek, 10 grudnia 2018

"Nie całkiem białe Boże Narodzenie" Magdalena Knedler - recenzja



Grudzień zdecydowanie wymaga przeczytania książki świątecznej, więc uznałam, że nadeszła wreszcie pora na kolejną powieść Magdaleny Knedler. Co mówicie? Że to nie jest książka świąteczna? No jak to nie jest? Okładka w lelenie jest? Jest! No to co, że trupie czaszki też są? Wkomponowały się idealnie :D Czas akcji również się zgadza. W końcu bohaterowie czekają na Boże Narodzenie. A że w ciut przerażającej atmosferze? Cóż zrobić... 

Olga Mierzwińska przyjeżdża do pensjonatu Mścigniew, usytuowanego na odludziu, aby spokojnie spędzić nadchodzące wielkimi krokami Święta Bożego Narodzenia. Dlaczego zdecydowała się na samotny wyjazd zamiast spędzić ten świąteczny czas z rodziną? Głównie dlatego, że bała się wracać do rodzinnej wsi po porażce, którą poniosła w jednym z najpopularniejszych programów rozrywkowych. Cała Polska widziała, jak odpadła podczas muzycznego show na żywo i była pewna, że to wydarzenie wiązałoby się z przykrymi komentarzami sąsiadów, których nie chciała słuchać. Jedynym rozwiązaniem był więc wyjazd gdzieś, gdzie nikt jej nie zna. Wybór padł na pensjonat, którego właścicielem był Tomasz Malanowski. Na miejscu okazało się, że nie ona jedna skorzystała z oferty świątecznej. Właściwie wszystkie pokoje były już zajęte przez amatorów bezstresowego spędzania świątecznego czasu. Każdemu chyba marzy się przeżywanie Bożego Narodzenia bez nerwów związanych z wszystkimi przygotowaniami. I było naprawdę nieźle, do momentu, w którym Olga znalazła... topielca. Policja uznaje tę śmierć za wypadek. Nie wszyscy jednak są tego samego zdania. Poza tym nie mija wiele czasu, a nasza bohaterka znajduje kolejnego denata, choć właściwie ten przez chwilę jeszcze żyje, kiedy kobieta natrafia na niego podczas spaceru, niedaleko pensjonatu. Robi się naprawdę upiornie...

W wyniku śmierci jednego z gości, niejakiego Heinego Steinera, w pensjonacie pojawiają się dwaj mężczyźni, Grzegorz i Wojciech. Jeden z nich to podinspektor z Komendy Powiatowej Policji we Wschowie, a drugi - prywatny detektyw. Panowie są przyjaciółmi, chociaż ich drogi rozeszły się jakiś czas temu. I są, rzecz, jasna, "na urlopie", a o ich profesjach czy celu przybycia nikt w pensjonacie nie ma pojęcia. Jedynie Olga odkrywa prawdę, co pozwala jej uczestniczyć w tajnych działaniach operacyjnych mężczyzn. W toku prowadzonego śledztwa pojawia się coraz więcej trupów w szafie i okazuje się, że nikt nie jest tak do końca kryształowo czysty i niewinny...

Niesamowicie lubię czytać Magdę Knedler. Dlaczego? Trudno określić to w skrócie. O tym, jakim pięknym językiem posługuje się autorka, pisałam już we wcześniejszych recenzjach i podtrzymuję swoje zdanie w tym temacie. Cud, miód i orzeszki, no :-) Innym z powodów jest płynność czytania, jaką osiągam podczas lektury jej powieści. Na czym polega owa płynność? W moim przypadku głównie na tym, że nie zgrzytam zębami, kiedy w co trzecim akapicie natrafiam na źle odmienione wyrazy, literówki czy zjedzone litery. Dobra, tutaj też je znalazłam (bo przecież nie byłabym sobą, nie? :D), ale jakieś 10 błędów na 343 strony to naprawdę pryszcz. Zatem - płynęłam sobie przez kolejne rozdziały z błogim uśmiechem na twarzy, ewentualnie chichrając się przy dialogach wspomnianej Olgi i dwóch śledczych. Bardzo spodobała mi się relacja kobiety i podinspektora Grzegorza, wcale nie romansowa, nie liczcie tutaj na taki wątek. Fabuła zmierza w zupełnie innym niż miłosny kierunku. 

Bohaterowie zostali stworzeni z dbałością o wszelkie szczegóły i opisani bardzo plastycznie. W trakcie lektury pojawiali się w mojej wyobraźni zupełnie naturalnie. Autorka dawkowała informacje z nimi związane, aby niepostrzeżenie wpleść je w fabułę i dostarczyć czytelnikowi materiału do rozmyślań. Tu właśnie jest ukryty klimat powieści Agathy Christie. Wraz z pisarką zmierzamy powoli do celu, odkrywając fakty z życia poszczególnych postaci, by w kulminacyjnym punkcie poskładać wszystkie elementy układanki (albo nie :D) i poznać zakończenie. Przebywamy w pensjonacie, a więc na zamkniętym terenie, i mamy do dyspozycji określoną liczbę podejrzanych. Wśród nich ukrywa się morderca. Kto nim jest? I jaki miał motyw? Czy dwie zbrodnie mają ze sobą coś wspólnego? 

Humorystyczne sytuacje i dowcipne dialogi, napięcie rosnące z każdą stroną, wiszący nad głową topór ukrywającego się wśród gości mordercy, kłamstwa i niedomówienia to tylko mały wycinek tego, co czeka Was, jeśli sięgnięcie po tę powieść. Ja bawiłam się świetnie!  

I na zakończenie, wiecie co jest najfajniejsze w tej powieści? Przytoczę fragment (spokojnie, żadnych spojlerów nie będzie!): " (...) Aha, Grzechu... Chyba mam dla nas kolejną sprawę." Rozumiecie, co to oznacza? ;-)


Za możliwość przeczytania książkę dziękuję Wydawnictwu Novae Res

wtorek, 13 listopada 2018

"Lwowski ptak" Piotr Tymiński - recenzja




Przeczytałam wiele powieści i pamiętników wojennych, lecz właściwie wszystkie związane były z II wojną światową. Tym razem miałam możliwość poznania innej walki w obronie Ojczyzny. Czy ta historia zapadła mi w serce? Czy może żałowałam, że po nią sięgnęłam? Tak, żałowałam. Głównie tego, że nie potrafię czytać szybciej, tak bardzo porwały mnie losy piętnastoletniej bohaterki powieści. I jeszcze tego, że kompletnie nie znam Lwowa i nie mogłam sobie w pełni wyobrazić miejsc, o których pisał Autor. 

Piętnastoletnia Antonina ma serce na właściwym miejscu. Bije ono nie tylko dla rodziny i przyjaciół, jak to bywa u nastolatków, ale również, a może przede wszystkim dla Ojczyzny, którą jest Polska. Dziewczyna mieszka jednak we Lwowie, który jest właśnie bezlitośnie niszczony i przejmowany przez Ukraińców. Towarzyszymy Tońce przez 22 dni listopada 1918 roku. W tym czasie dziewczyna dołącza do walczącej młodzieży, aby dorzucić swoją cegiełkę do obrony ukochanego miasta, będącego dla niej ostoją polskości. Ponieważ początkowo nikt nie chce jej w swoich szeregach, przebiera się w strój starszego brata, ścina piękny warkocz i jako Hipolit udaje się na front, gdzie zawsze ląduje tam, gdzie najwięcej się dzieje. W ferworze walk Tonia uczy się, jak być żołnierzem. Dopadają ją wrogowie, świszczą jej koło uszu kule, uczy się strzelać, zabija wrogów i ratuje rannych. Choć nie raz boi się tego, co ją czeka, nigdy się nie wycofuje. Popełnia błędy, ale honorowo stara się zrehabilitować właściwymi czynami. Niewielu dowiaduje się, że tak naprawdę dzielny Hipolit do odważna i nieugięta Antonina. 

Autor zastosował jedną z moich ulubionych metod narracji. Nie dość, że obserwujemy wszystkie wydarzenia z perspektywy Toni, to jeszcze co jakiś czas zaglądamy do jej pamiętnika, który dziewczyna prowadzi w formie listów do brata, na którego z utęsknieniem czeka. Spotkanie z nim jest dla niej tak ważne nie tylko z powodu silnej więzi, która ich łączy, ale także dlatego, że docierają do niej strzępki informacji o nim jako żołnierzu i jego przybyciu do Lwowa z Wojskiem Polskim, z tak oczekiwanym przez wszystkich wsparciem dla walczących. 

Byłam pełna podziwu dla Autora, że potrafił tak plastycznie, z zacięciem i dużą dynamiką, opisać działania wojenne. W wielu książkach, również beletrystycznych, o wojnie natrafiałam na przykłady określania broni, innego uzbrojenia czy samolotów, które nic mi nie mówiły i przez to zaciemniały powstający w mojej głowie obraz, a tutaj Autor w prosty sposób przedstawił odmiany broni, której używali walczący, bez skomplikowanych wyjaśnień czy niepotrzebnych opisów. Krótko i na temat, aby nie zakłócać wartkiej akcji. 

Piękny język powieści i świetne dialogi sprawiają, że opowieść tę czyta się z przyjemnością, a momentami wręcz z zapartym tchem. Historia Antoniny niesie ze sobą bowiem ogromny ładunek emocjonalny. Nie wiem co bardziej mnie poruszyło. To, że tak niewiele wiedziałam do tej pory o Bitwie o Lwów, czy to, iż w tej walce zginęło tyle dzieci. W posłowiu Autor między innymi wyjaśnia, dlaczego książka ma taką, a nie inną formę. Najbardziej cieszę się, że Pan Piotr wykorzystał w dialogach jedynie wstawki z języka ukraińskiego czy drobne elementy specyficznej odmiany języka polskiego używanej przez lwowian. W zupełności wystarczyło to do stworzenia odpowiedniego klimatu rozmów między bohaterami. Wydaje mi się, że przy konieczności korzystania z tłumaczeń dialogi straciłyby całą swoją dynamikę.   

Okładka jest niesamowita. Dopracowana, pełna emocji i ukrytych przesłań, które zrozumiałam w pełni dopiero po lekturze. I do tego piękna reprodukcja obrazu Kossaka "Orlęta - obrona cmentarza". Rewelacja, dokładnie to, co lubię w okładkach powieści z tego gatunku.

Na koniec dodam jeszcze co wywołało u mnie największe zaskoczenie podczas lektury. I nie będzie to wcale związane z wojną! Otóż, wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy - tonąc całą wyobraźnią w wojennej zawierusze - przeczytałam nagle, jak jeden z bohaterów opowiada o tym, że walcząc na froncie włoskim zajadał... pizzę! Oczywiście, zaraz przejrzałam "internety" w poszukiwaniu informacji o historii pizzy i znalazłam wzmiankę o tym, że również w Polsce mogła ona być już wtedy znana, ponieważ według jednego z portali po raz pierwszy pojawiła się u nas już za czasów królowej Bony, czyli w XVI wieku. Ciekawe, prawda? :-)

Zatem, Kochani - czytajcie! Koniecznie! <3

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorowi oraz Wydawnictwu Novae Res

czwartek, 1 listopada 2018

"Tylko oddech" Magdalena Knedler - recenzja




Mam grono takich autorów, których książki kupuję w ciemno, jak tylko pojawia się w ich dorobku jakaś nowość. Nie zawsze dobrze na tym wychodzę, ale na to już nie mam wpływu. Ryzyk - fizyk. W końcu autor też człowiek i może mieć gorsze chwile, a w tym wypadku może się to przełożyć na słabsze powieści. Ewentualnie może się okazać, że dany autor pisze według jednego schematu, co po pewnym czasie sprawia, że jego książki stają się przewidywalne i nudne. Na takie sytuacje mam jednak sposób - przeplatam książki tego autora innymi powieściami. Wtedy jego schematyczność nie jest już tak doskwierająca. 

Pewnie zastanawiacie się, jak do tego wstępu ma się nowa powieść Magdaleny Knedler? Czy wspomniana autorka jest schematyczna? Nudna? Mogę się odnieść do tego pytania, ponieważ nie jest to pierwsza powieść z dorobku Autorki, którą przeczytałam. Mam więc porównanie i mogę śmiało stwierdzić, że Magda Knedler za każdym razem zaskakuje mnie czymś innym. Czym tym razem? Postaram się o tym pokrótce opowiedzieć poniżej. 

W najnowszej powieści Magdaleny Knedler poznajemy dwie siostry, Ninę i - młodszą od niej o 10 lat - Izę. Łączy je nie tylko pokrewieństwo, ale także tragedia sprzed dwóch lat, kiedy w wypadku samochodowym zginął mąż Izy, Szymon. Auto prowadził wtedy mąż Niny, Ernest, który obwinia się o to, co się wydarzyło. Nina zaś zastanawia się, czy Ernest przypadkiem nie szarpnął kierownicą w konkretnym celu... Czy miałby ku temu powody? Wprawdzie w ich rodzinie nie układa się najlepiej, ale czy dzieje się aż tak źle, by Ernest postanowił zakończyć problemy rodzinne w tak drastyczny sposób?...

Iza, młoda kobieta, której w tamtej chwili zawalił się cały świat, zamieszkała z matką w małym domku w lesie, z dala od ludzi i reszty świata. Dziewczyna ogranicza się do pomagania matce i nie wygląda na to, by zamierzała wrócić kiedyś do pracy i dawnego życia. Cała czwórka nie może poradzić sobie z tym, co się wydarzyło. Nie potrafią sobie wybaczyć, nie umieją oderwać wzroku od przeszłości. Sieć niejasności coraz bardziej ich oplata i przeszkadza w wyjściu na prostą. 

Pewnego dnia Nina pakuje torbę i wyrusza do domu matki. Za kilka dni wypadają jej czterdzieste urodziny, które postanawia spędzić z matką i siostrą. Sama nie wie, czy wróci do domu, do męża, ma bowiem wrażenie, że zbyt wiele jest między nimi niedopowiedzeń. Jej córka zdobywa właśnie szczyty w Tatrach. Kobieta ma więc czas na to, by zastanowić się nad wieloma sprawami, które ją dręczą. Niespodziewanie Iza prosi Ninę, by pojechała z nią na Hel, do domu, w którym jako dziecko mieszkał Szymon. Nina nie jest przekonana do tego pomysłu, bo wie o Szymonie coś, o czym nie ma pojęcia Iza... 

Czy wyprawa, którą podejmą siostry, przyniesie im odpowiedzi na pojawiające się wciąż pytania? Czy Iza dowie się, dlaczego Szymon nie podzielił się z nią szczegółami ze swojego dzieciństwa? Czy młodsza z kobiet podzieli się ze starszą siostrą informacją o tym, że Szymon ją zdradził? Jak siostry odnajdą się w obliczu prawdy, która nagle wkroczy między nie i wszystko zmieni? Odpowiedzi znajdziecie w najnowszej powieści Magdaleny Knedler, która znów uraczyła mnie świetnym wyczuciem tematu i wciągającą fabułą. 

Obiecałam napisać, co mnie w powieści zaskoczyło. Otóż, do tej pory powieści Magdaleny Knedler, które czytałam, były w dużym stopniu hiperpoprawne i ułożone. Tymczasem tutaj obie siostry momentami nie przebierają w słowach! I chociaż nie przepadam za wulgaryzmami, uważam, że tu wpasowały się w dialogi wprost idealnie. Ożywiły postacie i dodały rumieńców rozgrywającym się sytuacjom. Ileż iskier posypało się między kobietami podczas tej podróży! Naprawdę, jestem pod wrażeniem tego, jak narastało napięcie, w miarę, gdy kolejne tajemnice wychodziły na światło dzienne... A co jak co, ale tajemnice to jest to, co w powieściach lubię najbardziej. 

Ciekawym pomysłem było przekazanie narracji powieści w ręce Niny. To z jej perspektywy obserwujemy wszystko, co się dzieje w życiu sióstr. Również ona przekazuje Izie wszystko, co wie o Szymonie. Dlaczego Szymon nie podzielił się swoimi wspomnieniami z własną żoną? Co strasznego spotkało go, gdyby był małym chłopcem? Jak to na niego wpłynęło?   

Magdalena Knedler znów poruszyła tematy trudne i skomplikowane. Wplotła w tę historię problem przemocy domowej, tragedię rodzinną, wypadek ze skutkiem śmiertelnym i jego następstwa dla uczestników dramatu, a także relacje międzyludzkie i to, jak odnajdują się członkowie tej rodziny w obliczu trudności, które na nich spadają. Napotkacie tu cały wachlarz emocji i ciężkich decyzji. Ta powieść to naprawdę mocny kaliber...

Ocena książki pod względem technicznym
Ponieważ moja ocena samej powieści i jej fabuły oraz technicznej strony książki różnią się, muszę i o tym wspomnieć. Podczas lektury irytowały mnie pojawiające się w tekście dość często literówki czy "zjedzone" literki. Może ktoś uzna, że to drobiazg, ale wychodzę z założenia, że skoro książka przechodzi korektę, to takie rzeczy powinny zostać wyłapane. Dlatego tutaj moja ocena to 4/6.
Na osłodę dostałam jednak przepiękną, klimatyczną okładkę. Będzie to zatem kolejna świetna powieść Magdaleny Knedler w pięknej oprawie, która zajmie miejsce w mojej domowej biblioteczce.  


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Novae Res.