sobota, 11 lipca 2020

"Uśpione pragnienia" Agata Kołakowska - recenzja [PRZEDPREMIEROWA]



„Szczęście bywa bardzo skomplikowane”.

Książki Agaty Kołakowskiej przyciągają mnie niebanalną fabułą i pięknym językiem. Tym razem również byłam ciekawa, co autorka wymyśliła dla swoich czytelników. Po lekturze przede wszystkim muszę przyznać, że okładka nijak ma się do treści i panującego w powieści klimatu. Gdybym nie znała wcześniej stylu pisarki, skojarzyłabym tytuł i okładkę z jakimś niewyróżniającym się niczym obyczajem. Nic bardziej mylnego, jest to bowiem historia pełna mrocznych tajemnic ludzkiej psyche i trudnych życiowych wyborów.   

Kiedy Magda i Bianka spotykają się po raz pierwszy, zauważają, że łączy je coś wyjątkowego. Rozumieją się w lot i mają wrażenie, jakby znały się od lat. Odkrywają, że urodziły się tego samego dnia, miesiąca i roku, a nawet o tej samej godzinie, co czyni je astralnymi siostrami. Przyjaźń między kobietami wybucha z ogromną siłą, chociaż ich życia diametralnie się od siebie różnią. Magda to matka dwójki dzieci, żona i nauczycielka angielskiego, a raz w tygodniu również współprowadząca audycję w radiu. Bianka natomiast to reportażystka będąca w wolnym związku, bezdzietna, a więc wolna od codziennych trosk związanych z macierzyństwem. Kobiety powoli poznają siebie wzajemnie i swoje życia. Bianka płynnie wchodzi w kręcący się wokół rodziny świat Magdy, o którym sama zawsze marzyła, za to Magda zaczyna zazdrościć przyjaciółce wolności i samostanowienia o sobie. Czuje się coraz bardziej ograniczana przez domowy kierat i marzy o tym, by wreszcie móc zająć się sobą i swoimi potrzebami, a nie ciągle być na skinienie innych, nawet jeśli są nimi jej własne dzieci i mąż. Co wyniknie z tej przyjaźni? Czy wymarzona zamiana miejsc dojdzie do skutku? Czy kobiety odnajdą w sobie odwagę, by podążyć za skrywanymi do tej pory pragnieniami? I czy wszystkim ich decyzje wyjdą na dobre?

Akcja powieści biegnie dwutorowo. Obserwujemy wypadek samochodowy, któremu uległy kobiety, i to, jak próbują przetrwać w zniszczonym aucie, zanim ktoś je znajdzie. Kolejne rozdziały, opisujące czas po wypadku i wydarzenia rozgrywające się w samochodzie, przedzielają historię znajomości kobiet i powolnego wikłania się wzajemnie w swoje losy. 

Miałam wrażenie, jakbym już czytała kiedyś podobną historię. Może główny wątek jest odrobinę podobny do tego, który pojawił się w „Pokrewnych duszach”. Jednak nie przeszkadzało mi to zupełnie zagłębić się w wątki poruszane w powieści. Wciągające były poszukiwania bohaterek swoich dróg i próby odnalezienia siebie w życiu, które im się trafiło. Nie wszystko w powieści było oczywiste i przewidywalne. Lubię takie teksty, w których pewne zdarzenia wcale nie są takie, na jakie wyglądają.

Polecam, jeśli lubisz lekko duszną atmosferę niedopowiedzeń i zgłębianie mechanizmu podejmowania decyzji.

Tytuł: „Uśpione pragnienia”
Autor: Agata Kołakowska
Gatunek: powieść z elementami thrillera psychologicznego
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Moja ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka



piątek, 10 lipca 2020

„Czarny Wygon. Słoneczna Dolina” Stefan Darda - recenzja



Od dłuższego czasu kusiła mnie seria Czarny Wygon Stefana Dardy. Cztery powieści grozy zostały niedawno wydane w pakiecie, co zmobilizowało mnie do zakupu. I oto pierwszy tom, „Słoneczna Dolina”, już za mną. Czy pojawił się dreszcz przerażenia?

Witold Uchmann, dziennikarz zajmujący się tematami z pogranicza zjawisk paranormalnych, otrzymuje pewnego dnia dziwny e-mail. Wiadomość przychodzi do niego w momencie, kiedy już właściwie podjął decyzję o tym, że rezygnuje z pracy w redakcji. Awantura z szefem była kroplą, która przelała kielich goryczy. Jednak list, którego nadawcą jest młody mężczyzna, zaciekawia Uchmanna na tyle, że chwilowo odwiesza swoją decyzję na kołek i postanawia wybrać się na Roztocze, gdzie według informatora znajduje się pewne przeklęte miejsce. Kiedy dziennikarz dociera do niewielkiej wioski niedaleko Zwierzyńca, na spotkanie z nim przychodzi niejaki Krzysztof Piasecki. Zostawia Witoldowi brulion z notatkami swojego przyjaciela i prosi o ich przeczytanie…

Z zapisków, których początkowo Uchmann nie ma zamiaru czytać, dowiadujemy się, że we wspomnianym już przeklętym miejscu znajduje się wioska Starzyzna, w której mieszkają ludzie uwikłani w klątwę, będącą karą za tragiczne wydarzenie sprzed lat, o którym nikt nie chce mówić. Autor notatek, Rafał Gielmuda, w tajemniczy sposób przenosi się do tego zatrzymanego w czasie świata i nie może wrócić do współczesności. Uczy się więc żyć w tym dziwnym miejscu, gdzie nie wolno wychodzić z domu w nocy, bo można spotkać upiora i marnie skończyć na Czarnym Wygonie.   

Autor prowadzi narrację z perspektywy dziennikarza, a także właściciela brulionu, Rafała Gielmudy. Akcja nie jest wartka, ale w powieściach tego typu to duża zaleta. Czytelnik ma czas poczuć na karku oddech upiora, przyjrzeć się białkom oczu dziewczynki bez tęczówek czy dokładnie poznać sposoby upiorów na nakłanianie ludzi do samobójstwa. Rewelacyjnym pomysłem było wyróżnienie w powieści rozdziałów zawierających wspomnienia Gielmudy poprzez dodanie na górze każdej strony rysunku w postaci zachmurzonego nieba. Jest to zarówno świetny zabieg porządkujący wydarzenia z obu perspektyw, jak i element wywołujący u czytającego niepokój i dodający opisom mroku.

Finał powieści jest genialny. Przez całą tę historię przebierałam nogami, żeby szybciej poznać zakończenie, tymczasem było jak zwykle w dobrej opowieści – otworzyła się furtka do tajemniczego ogrodu, w którym czeka na mnie drugi tom. Może dreszcz grozy nie nawiedził mnie w takim stopniu, jak to miało miejsce przy lekturze „Zabij mnie, tato”, ale i tak jest moc. I z niecierpliwością czekam na moment, w którym poznam dalszy ciąg tej historii.

Tytuł: „Czarny Wygon. Słoneczna Dolina”
Autor: Stefan Darda
Gatunek: powieść grozy
Liczba stron: 272
Wydawnictwo: Videograf
Cykl: Czarny Wygon, tom 1

Moja ocena: 6/6




czwartek, 9 lipca 2020

”Zachodniopomorskie tajemnice” Michał Rembas, Przemysław Budziak - recenzja



„Zachodniopomorskie tajemnice” to niesztampowy przewodnik po interesujących i tajemniczych miejscach. Jest połączeniem rewelacyjnych zdjęć Przemysława Budziaka, autora strony Magiczny Szczecin oraz tekstów szczecińskiego dziennikarza, podróżnika i historyka, Michała Rembasa.

Na niespełna 190 stronach czytelnik znajdzie krótkie opowieści o wybranych miejscach województwa zachodniopomorskiego. Każdy kolejny rozdział zawiera interesujący opis miejsca, zdjęcia oraz informacje dotyczące dojazdu, a także współrzędne miejsca, ukryte w kodzie QR.

Czytając rozdziały miałam wrażenie, że spaceruję po tych miejscach i słucham opowieści przewodnika. W ten sposób poznałam pewien wrak, który nigdy nie zardzewieje, Krzywy Las, poniemieckie cmentarze czy największy krzyż pokutny, który można zobaczyć w Stargardzie. Historie są krótkie, ale treściwe. Zawierają dokładnie takie informacje, jakie spodziewałabym się usłyszeć od przewodnika podczas realnej wycieczki.

Polecam nie tylko tym, którzy nastawiają się, by odwiedzić opisane miejsca, ale także osobom, które nie mają możliwości odbyć takich wycieczek. Dzięki tej publikacji będą miały szansę znaleźć się choć na chwilę w wielu interesujących lub tajemniczych miejscach.

Tytuł: ”Zachodniopomorskie tajemnice”
Autor: Michał Rembas, Przemysław Budziak
Gatunek: przewodnik
Liczba stron: 184
Wydawnictwo: Walkowska

Moja ocena: 6/6


czwartek, 2 lipca 2020

"Konferencja ptaków" Ransom Riggs - recenzja



„Konferencja ptaków” to piąty tom serii o osobliwych dzieciach i Pani Peregrine, ich opiekunce. Klimatyczna okładka w sepii zapowiada kolejne niezwykłe przygody bohaterów, których znamy z czterech poprzednich części.

Tym razem do naszych bohaterów dołącza Noor Pradesh, Amerykanka, która o swojej osobliwości dowiaduje się bez uprzedzenia i nie wie, co z tym „darem” zrobić. Jacob wyrusza wraz z przyjaciółmi do Nowego Jorku, by ją odnaleźć i sprowadzić do bezpiecznej pętli. Wędrówka nie będzie łatwa i przyjemna, ale Jacob nie zostawi dziewczyny w potrzebie. W jaki sposób wyciągną Noor z opresji? Kto będzie ich ścigał? Czy wrócą bezpiecznie na Diabelskie Poletko? Jak zareaguje Emma na inną dziewczynę w towarzystwie Jacoba? I co na to wszystko Pani Peregrine?

Oprócz akcji odbicia Noor pojawią się wątki związane z tajemniczą przepowiednią, konferencją pokojową prowadzoną przez ymbrynki i poszukiwaniem zaginionej w poprzednim tomie Fiony. Wszystkie łączą się i przeplatają w ciekawy sposób, przez co fabuła wciąga i nie pozwala się oderwać. Tym razem rozdziały są dłuższe, ale sporej wielkości czcionka pozwala na naprawdę szybkie czytanie. Rewelacyjne i czasami trochę straszne fotografie, idealnie dopasowane do opisywanej historii, dodają kolorów tej opowieści. Dzięki nim możemy wyobrazić sobie niektórych bohaterów powieści.

Przeczytacie tu o głucholcach, upiorach, nietypowych zdolnościach poszczególnych osobliwców, a także o sile przyjaźni i odwadze, która zwycięża zło.

Zdecydowanie polecam całą serię i z niecierpliwością czekam na kolejny tom, bo finał tylko rozbudził moją ciekawość.     

Tytuł: „Konferencja ptaków”
Autor: Ransom Riggs
Gatunek: fantasy
Liczba stron:
Wydawnictwo: Media Rodzina
Cykl: Pani Peregrine, tom 5

Moja ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Media Rodzina



sobota, 27 czerwca 2020

"Mapa dni" Ransom Riggs - recenzja



Trochę obawiałam się tej lektury, ponieważ pozostałe trzy tomy czytałam dawno temu. Martwiłam się, że nie będę pamiętała wcześniejszych wydarzeń, przez co nie zrozumiem fabuły tej części. Już po kilku stronach okazało się jednak, że to, iż nie pamiętam wszystkich szczegółów poprzednich przygód bohaterów, nie stanowi najmniejszego problemu. 

Znani z poprzednich tomów osobliwcy lądują na Florydzie, w domu Jacoba Portmana. Chłopak dowiaduje się od nich, że zapadnięcie się pętli czasu na Diabelskim Poletku sprawiło, iż ich wewnętrzne zegary się zresetowały i wreszcie mogą bez obaw przebywać w zwyczajnym świecie, bez niebezpieczeństwa szybkiego starzenia się. To otworzyło przed nimi nowe możliwości, a dla Jacoba stało się źródłem wielu obaw o bezpieczeństwo przyjaciół, kompletnie nieprzystosowanych do współczesnego świata. Szybko pojawia się pomysł, by Jacob udzielał osobliwcom lekcji zwyczajności, jednak ich plany ulegają diametralnej zmianie, kiedy przypadkiem odkrywają schron w domu dziadka Portmana, a w nim tajemniczy dziennik Abe'a. Okazuje się, że Abe wykonywał wyjątkowo niebezpieczną pracę... 

Od tego momentu wydarzenia potoczą się szybko. Jacob wraz z częścią przyjaciół wyruszy do Ameryki, aby wypełnić powierzoną mu misję. Niestety, pomysł ten nie przypadnie do gustu pani Peregrine, jednak to nie powstrzyma Jacoba od wyruszenia w pełną niebezpieczeństw i pułapek podróż. Kto zdecyduje się sprzeciwić dyrektorce i pojechać z nim? Czego dotyczy misja? Do jakich miejsc zaprowadzi drużynę zadanie, które mają wykonać? Łatwo nie będzie, bezpiecznie również nie. I wcale nie chodzi o głucholce. Tym razem naszych bohaterów będą ścigać zupełnie inni wrogowie.

Chociaż książka ma słuszne rozmiary i ponad 500 stron, czyta się ją bardzo szybko. Myślę, że spore znaczenie ma tutaj fakt, iż rozdziały są dość krótkie. Dołączone do tekstu zdjęcia z minionych epok dodają kolorytu przygodom i pozwalają wyobrazić sobie niektórych bohaterów. Podczas lektury przyszło mi do głowy, jak różne może być postrzeganie danej fotografii. Gdyby nie dodawać do nich tej historii fantasy, pełnej osobliwości, część z nich prawdopodobnie nie zrobiłaby na nas takiego wrażenie. Jednak w połączeniu z opowieścią, którą stworzył Ransom Riggs, zyskują zupełnie nowy wydźwięk.

Polecam tę osobliwą serię, pełną niespodziewanych sytuacji i nietypowych bohaterów. Czytając, wchodzimy w świat kompletnie inny od tego, który znamy od urodzenia. Jednak kto wie, czy obok nas również nie żyją jacyś osobliwcy? 

Tytuł: "Mapa dni"
Autor: Ransom Riggs
Gatunek: fantasy
Liczba stron: 528
Wydawnictwo: Media Rodzina
Seria: Osobliwy dom pani Peregrine, tom 4

Moja ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina

czwartek, 18 czerwca 2020

"Jedna krew" Stefan Darda - recenzja



„Jedna krew” to najnowsza książka Stefana Dardy, określana jako powieść grozy. Czy faktycznie było się czego bać podczas lektury? Czy pojawiła się gęsia skórka, a każdy niezidentyfikowany dźwięk przyprawiał o palpitacje serca?

„Jedna krew burzy się w żyłach po śmierci, nie chce wystygnąć i trzeba wtedy wstawać z grobu, trzeba szukać innej, która da ukojenie”.

Głównym bohaterem powieści jest Wieńczysław Pskit. Chociaż ma już blisko czterdzieści lat, wciąż mieszka z matką i nie czuje potrzeby, by coś w swoim wygodnym życiu zmieniać. Pracuje na stacji benzynowej, nie myśli o zakładaniu rodziny i pozwala, by matka zajmowała się domem i jego potrzebami. Mężczyzna wspomina swoje dzieciństwo, dzięki czemu poznajemy fundament wydarzeń, które rozgrywają się we współczesnej Wieńczykowi rzeczywistości. Kiedy w latach osiemdziesiątych Sławek jako kilkulatek bierze udział w pogrzebie tragicznie zmarłej, ukochanej kuzynki Niki, podczas wystawienia zwłok ma miejsce dziwne zdarzenie, które chłopiec zapamiętuje na zawsze. Ma ono związek z pewną legendą, przekazywaną w Bieszczadach, gdzie rozgrywa się akcja, z pokolenia na pokolenie, o wampirach wstających z grobu i o sposobach ich neutralizacji. Wieńczysław liczył na to, że klątwa pierwszej krwi go nie dopadnie, ale przestaje być tego taki pewien, kiedy umiera ojciec Niki, a jego matka nie może dodzwonić się do wdowy po nim, cioci Grażynki. Mężczyzna postanawia zawieźć matkę do Żernicy, niewielkiej bieszczadzkiej wioski, gdzie mieszka Grażynka. Czy ta wizyta rozwieje niepokoje starszej pani? Dlaczego Grażyna nie odbiera telefonu? Czy dopadła ją klątwa jednej krwi? Jak skończy się ta wizyta Pskitów?

Wieńczyk nie jest sympatycznym bohaterem. Jakoś trudno było mi go polubić. Właściwie chyba mi się to nie udało. To wygodnicki i dość samolubny facet, na którego ogromny wpływ miała śmierć Niki i jego specyficzna próba pożegnania się z nią. Czy wydarzenia potoczyłyby się inaczej, gdyby nie wlazł do trumny, by przytulić kuzynkę? Możliwe, że ta cała klątwa to tylko legenda, ale kto wie, czy na pewno? Zwyczaj unicestwiania potencjalnych wampirów był praktykowany w tym miejscu przez wiele lat. Ludzie musieli mieć jakieś podstawy, skoro decydowali się na przebijanie zmarłym serca metalowym zębem brony i odcinanie im głowy, zanim złożono ich ciała w grobie.

Przyznam, że spodziewałam się większych emocji. Fabuła jest wciągająca i została poprowadzona w intrygujący sposób. Jednak w moim mniemaniu nie było się tu czego bać. Nie było zapowiadanej grozy, atmosfery strachu i napięcia. Zgrabnie skonstruowana historia zaciekawia, a kolejne rozdziały łączą się płynnie, zachęcając do dalszej lektury. Jednak nie spodziewajcie się gęsiej skórki i paraliżującego oddechu na karku. Myślę, że bliżej tej opowieści do studium przypadku człowieka, którego całe życie zaczyna kręcić się wokół klątwy, w której istnienie święcie wierzy.

Przede mną cztery tomy cyklu Czarny Wygon. Mam nadzieję, że tam będzie więcej grozy i emocji.

Tytuł: „Jedna krew”
Autor: Stefan Darda
Gatunek: powieść (nie do końca) grozy
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Videograf

Moja ocena: 5/6


niedziela, 14 czerwca 2020

"Szósta apokalipsa" James Rollins - recenzja


Dziesiąty tom serii SIGMA, a dla mnie – ostatni. Tak wyszło, że przeczytałam wszystkie pozostałe, więc to na chwilę obecną moje pożegnanie z drużyną z agencji DARPA. Trochę szkoda, ale pozostaje mi mieć nadzieję, że pojawi się kolejny tom, w którym bohaterowie znów będą musieli ocalić świat od zagłady.

Motywem przewodnim tego tomu jest genetyka i niebezpieczne zabawy naukowców, których działania powodują katastrofę w pewnym ośrodku badawczym w Kalifornii. Skutkiem wydostania się wirusa może być całkowita zmiana ekosystemu na Ziemi. Oczywiście istnieje sposób na ratunek, ale nie wiadomo, czy bohaterom uda się wykonać wszystkie zadania na czas.

Czy zastanawialiście się kiedyś co stałoby się, gdyby komuś udało się odtworzyć wymarłe gatunki zwierząt? Albo nie tylko je odtworzyć, ale także udoskonalić? Inna sprawa, że należałoby się zastanowić, co naukowcy rozumieją pod pojęciem „udoskonalić”. Kiedy okazuje się, że szalonym naukowcem, pracującym nad zatrzymaniem wymierania gatunków, jest człowiek, który podobno od lat nie żyje, atmosfera robi się gęsta od domysłów.

Znów się sporo działo, chociaż dużo też było informacji typowo naukowych, ale podanych w jasny sposób. Dzięki tej wiedzy łatwiej można było zrozumieć działania agentów DARPA i dążenia naukowców znajdujących się po jasnej i ciemnej stronie mocy.

Z dużą przyjemnością podążałam za bohaterami, którzy znów musieli rozdzielić się, by zdążyć na czas i uratować świat przed totalną katastrofą. Bardzo interesujące było podziwianie stworzonego przez uważanego za nieżyjącego naukowca uniwersum, pełnego odtworzonych i podrasowanych gatunków zwierząt. Wyobraźnia autora chyba nie ma granic. Najstraszniejszą możliwą wizją chyba było to, że teoretycznie możliwe jest stworzenie wirusa, który mógłby sprawić, że człowiek cofnie się na poziomie neurologicznym do poziomu ludów pierwotnych.

Koniec powieści to, jak zwykle, wyjaśnienie wykorzystanych w książce wątków. Autor ujawnia, co było prawdą, a co fikcją, a przy okazji podaje bardzo interesujące fakty dotyczące prac nad genetyką i ewolucją gatunków.  

Zdecydowanie polecam, chociaż lepiej czytać tomy po kolei, aby oprócz samej przygody wyłapać również wątki społeczne, które są prowadzone równolegle i przechodzą do kolejnych części.

Tytuł: „Szósta apokalipsa”
Autor: James Rollins
Gatunek: archeologiczna przygodówka
Liczba stron: 476
Wydawnictwo: Albatros
Cykl: SIGMA, tom 10

Moja ocena: 6/6



sobota, 13 czerwca 2020

"Szarak na studniówce" Michał Biarda - recenzja [PREMIEROWA]


„Szarak na studniówce” to kontynuacja równie szalonego i zakręconego „Królika w lunaparku”. Najlepiej czytać te dwie książki w dwupaku, jedna po drugiej. Świetna zabawa podczas lektury gwarantowana. I jazda bez trzymanki momentami również.

W tym tomie spotkamy znanych z „Królika” bohaterów, ale przede wszystkim poznamy Patryka. Jest on przykładnym uczniem, który jednak nie ma przyjaciół i brak mu wiary we własne siły. Ma za to osobistego prześladowcę, Stefana. Sytuacja wydaje się być bez wyjścia, ponieważ Stefan jest synem dyrektora szkoły i zawsze potrafi się odpowiednio ustawić. Pewnego dnia życie udręczonego Patryka zapętla się i chłopak zaczyna mieć władzę nad tym, co się wydarzy w jego życiu. Jak to wykorzysta? Jakie decyzje podejmie i jakie będą tego konsekwencje?

Z wątkiem Patryka splotą się ścieżki znanych z pierwszej części Pawła i Kasi. Poznamy między innymi ich dalsze losy. Tym razem również możecie spodziewać się zagadki, której rozwiązanie będzie zaskakujące. Kim jest Szarak? Co wydarzy się na maturalnym balu?

Narrację prowadzi kolejno cała czwórka, czyli Kasia, Paweł, Patryk i Stefan. To bardzo udany zabieg, obserwowania wydarzeń różnymi oczami, który dodaje fabule kolorów. Wszyscy bohaterowie mają swoje życie i otoczenie, ale jednocześnie – podobnie, jak w pierwszym tomie – ich losy wiążą się w pewien sposób. Tym razem oczekiwanie na rozwikłanie tajemnicy również sprawiło mi ogromną przyjemność podczas lektury. 

Autor świetnie stworzył swoich bohaterów. Są realistyczni i pełni emocji. Można się z nimi utożsamiać, a już na pewno obserwować ich zachowania. Bardzo spodobał mi się wątek Kaśki i Tyczki. To taka przyjaźń z prawdziwego zdarzenia, o jakiej marzy każda dziewczyna. 

Jeśli zdecydujecie się na przeczytanie powieści Michała Biardy, musicie przygotować się na spore zamieszanie. Fabuła składa się z wielu wątków, które pozornie nie są powiązane, jednak z każdą stroną coraz więcej je łączy. Bohaterowie niby nie mają ze sobą wiele wspólnego, ale to również tylko pozory. Podobnie jak w „Króliku”, tutaj też autor pojechał po bandzie i zafundował czytelnikowi niezły koktajl Mołotowa. Potrzebna jest koncentracja, by nadążyć za tokiem myślenia szalonego pisarza :D   

Podsumowując, gdyby ktoś zapytał mnie, co to za gatunek i o czym ta książka, odpowiedziałabym, że gatunek szalony. To powieść, w której równolegle poznajemy pewne zakręcone wątki i obserwując działania bohaterów zastanawiamy się, co za szaleniec to napisał i dlaczego nie ma trzeciej części. Zachęciłam? ;-)

Tytuł: „Szarak na studniówce”

Autor: Michał Biarda

Gatunek: science-fiction, fantastyka

Liczba stron: 394

Wydawnictwo: Michał Biarda

Cykl: Królik w lunaparku, tom 2

 

Moja ocena: 6/6

 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorowi


sobota, 6 czerwca 2020

"Czerwony Wariant" Siergiej Niedorub - recenzja




Do serii Uniwersum Metro wracam co jakiś czas, by spędzić trochę czasu w świecie stalkerów i podziemnych tuneli. Tym razem postanowiłam sięgnąć po „Czerwony Wariant”, który jest trzecim tomem serii Uniwersum Metro 2035. Za mną już świetnie napisany pierwszy tom – „Piter” i również wciągający „Riese”. Została mi druga część „Pitera”, którą pewnie niedługo też sobie sprawię, bo jakże tak, zostawić serię bez przeczytania jednego z tomów cyklu? ;)

Akcja tego tomu rozgrywa się w kijowskim metrze i po części na powierzchni, czyli w zniszczonym mieście. Pewnego dnia Ptaki, czyli lokalna grupa stalkerów, znajduje na powierzchni człowieka w dziwnym skafandrze. Nikt go nie zna, a on sam zachowuje się specyficznie. Kiedy jest jasno, jest przytomny i rozmawia z przesłuchującymi go ludźmi, ale nie pamięta niczego sprzed odnalezienia go. Kiedy gaśnie światło, mężczyzna traci przytomność, a kiedy ją odzyskuje, znów niczego nie pamięta, nawet rozmowy, którą odbył przed chwilą. Władze Datapolis, stolicy postapokaliptycznego świata, podejrzewają, że jest to mieszkaniec legendarnej czerwonej linii metra, o której krążą niesamowite historie. Mężczyzna został rozpoznany przez dziewczynę, której umysł nie funkcjonuje prawidłowo, przez co nie da się z nią dogadać. Na pomoc zostaje wezwany Jon, samozwańczy i jedyny nauczyciel w metrze, który ma podejście do dzieci. Urzędnicy mają nadzieję, że jemu uda się dotrzeć do dziewczyny. Czy rzeczywiście Jon zdoła zrozumieć Elzę? Dokąd będzie musiał powędrować z nią, by znaleźć pomoc? I czy na pewno wszystko jest takie, jakim się wydaje?

Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś innego po tej książce. Te tomy postapokaliptycznej serii, które przeczytałam, momentami zapierały dech w piersiach i robiłam, co mogłam, aby czytać szybciej, tak bardzo wciągała mnie akcja powieści. Tutaj autor postawił w dużej mierze skupił się na aspektach ekonomicznych podziemnego świata, a nie na walkach z mutantami i niebezpiecznych przeprawach. Owszem, główny bohater musi pokonać trasę metra, aby odnaleźć kogoś, kto mieszka na jej drugim końcu, ale zajmuje mu to zaledwie jeden dzień. Sporo miejsca poświęcone zostało na opis historii Krzyża (życie w metrze po Katastrofie), którą przebiegłam wzrokiem, nie mogąc doczekać się konkretnej akcji. Trochę brakowało mi natomiast elektryzujących wydarzeń podczas wędrówki Jona przez kolejne stacje.   

Ogólnie polecam tę powieść, jeśli ktoś lubi takie klimaty, ale nie spodziewajcie się typowej stalkerskiej atmosfery. Zdecydowanie lepsza wydaje mi się trylogia Diakowa i czytany niedawno "Mutant". Również "Riese", "Otchłań" i "Wieża" polskiego pisarza Roberta J. Szmidta bardziej mnie usatysfakcjonowały. Ale warto sięgnąć i po tę historię. Zakończenie rekompensuje przestoje w akcji.




Tytuł: „Czerwony Wariant”
Autor: Siergiej Niedorub
Gatunek: fantastyka, science-fiction, postapokalipsa
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Insignis
Cykl: Uniwersum Metro 2035

Moja ocena: 4/6



poniedziałek, 1 czerwca 2020

"Pokuta" Anna Kańtoch - recenzja




„…zło ma czasem niewinną twarz”

„Pokuta” to moje trzecie spotkanie z prozą Anny Kańtoch. Niepokojąca okładka i fabuła osadzona w latach PRL-u zapowiadała świetną lekturę. Poza tym dwie poprzednie powieści były niesamowicie wciągające, więc bez zastanowienia sięgnęłam i po tę książkę.

Jesień 1986 roku w niewielkim nadmorskim Przeradowie zostanie zapamiętana przez mieszkańców jako ta, kiedy odnaleziono ciało dziewiętnastoletniej Reginy Wieczorek. Zbrodnia budzi emocje wśród mieszkańców, a milicja dość szybko trafia na trop mordercy. Aresztowany chłopak ma zdjęcia martwej dziewczyny i przekonuje władze, że to właśnie on jest sprawcą. Dlaczego więc starszy sierżant Krzysztof Igielski ma wątpliwości? Przecież wszystko tak pięknie się ułożyło, sprawę można zamknąć, odfajkować. Jednak wszystko komplikuje się w chwili, gdy na komisariacie pojawia się starszy pan o wyglądzie bezdomnego, ale manierach arystokraty, który twierdzi, że od lat morduje nastolatki z Przeradowa i również Reginę zalicza do swoich ofiar. Igielski podejmuje wyzwanie i rozpoczyna śledztwo.

Przy okazji prowadzonej sprawy mamy możliwość obserwowania mieszkańców niewielkiej miejscowości i szarej codzienności PRL-u. Uczestniczymy w ich rodzinnych historiach, nierozwiązanych sprawach z przeszłości, poznajemy tajemnice i powody, dla których kiedyś zdecydowali tak, a nie inaczej. To element obyczajowości, który bardzo lubię w powieściach kryminalnych. Zwyczajne problemy bohaterów sprawiają, że stają się oni bardziej prawdziwi, a ich życie, opisywane przez autorkę, realne.

Akcja powieści nie jest szybka. Toczy się powoli, jak wielka, kamienna kula, podążająca majestatycznie w dół ścieżki, którą idziemy. Niby nas nie popędza, ale czujemy jej ruch za plecami. Napięcie rośnie, wątki się plączą, zeznania świadków pełne są niedopowiedzeń i szczegółów, z których każdy ma znaczenie, atmosfera staje się coraz cięższa, a milicjanci na komisariacie w Przeradowie mają twardy orzech do zgryzienia, związany nie tylko z zabitymi dziewczętami. Kto stanie po stronie prawdy i porządku? Gdzie szukać zwłok pozostałych ofiar? Kim jest Jan Kowalski? Dlaczego to właśnie Regina musiała zginąć?

Jeśli lubicie niepokojące klimaty i zawiesistą atmosferę prowadzonego w codzienności PRL-u śledztwa, to polecam ten, jak i pozostałe dwa kryminały Anny Kańtoch: „Wiarę” i „Łaskę”.

Tytuł: „Pokuta”
Autor: Anna Kańtoch
Gatunek: kryminał
Liczba stron:
Wydawnictwo: Czarne
Seria: Ze Strachem

Moja ocena: 5/6



czwartek, 28 maja 2020

„Wy(sz)czekana miłość” Joanna Szarańska - recenzja



„Wy(sz)czekana miłość” Joanny Szarańskiej urzeka od pierwszego wejrzenia cudowną okładką. Psia dama o wdzięcznym imieniu Terpentyna zdecydowanie zachęca do sięgnięcia po powieść. Ponieważ serię tej autorki z Zojką w roli głównej wspominam bardzo dobrze, postanowiłam sięgnąć również po tę historię. Czy zawartość książki jest warta lektury?

Piotr, zwany Pedrem, ma wyjątkowo pechowy okres w życiu. Najpierw stracił pracę, którą bardzo lubił, a chwilę później mieszkanie. Jego sytuacja życiowa stała się w jednej chwili dość niewygodna. Skłania go to do podjęcia karkołomnej decyzji. Postanawia zacieśnić więzy rodzinne z Cioteczką z Kotem, która jednak nie ma kota, nie zdradzę dlaczego. Wątek jednakże przedni, musicie przeczytać sami!

Alicja mieszka z prababką i rodzicami, którzy ciosają jej zgodnie kołki na głowie z różnych powodów. A to brak pracy, bo te jej świecidełka handmade to nie to samo co porządne zatrudnienie, a to brak adoratora, a latka lecą… Kobieta ma naprawdę anielską cierpliwość, że to wszystko znosi w miarę spokojnie. Nadchodzi jednak dzień, w którym nie tylko rodzina zaczyna naciskać na znalezienie jej absztyfikanta, ale także najlepsze przyjaciółki postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Co z tego wyniknie? Randka stulecia! Możecie mi wierzyć, że czegoś takiego jeszcze nie czytaliście.

Terpentyna to równoprawna bohaterka w tej historii. A może nawet powinnam umieścić ją na pierwszym miejscu. Jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Chwilami nawet przejmuje narrację i wtedy możemy poznać jej zdanie na różne tematy. To ona spaja wątki i tworzy ciepły klimat w powieści. Czytając chce się po prostu przytulić Terpentynę, podrapać za uszkiem i spędzić z nią trochę czasu na spacerze i świetnej zabawie. Została opisana tak, że ma się wrażenie, iż to prawdziwy psiak z krwi i kości, a nie literacka przedstawicielka czworonogów.     

Bardzo lubię pióro Asi Szarańskiej. Powieści, napisane pięknym językiem, czyta się płynnie, z ogromną przyjemnością, a do tego te dialogi! Humor iskrzy aż miło. Świetne gry słów i zabawne sytuacje sprawiają, że jest to powieść idealna na poprawę nastroju, relaks i miłe spędzenie czasu.

Jeśli zdecydujecie się na lekturę tej powieści, możecie spodziewać się świetnego humoru, optymizmu i przesłania mówiącego o tym, że zawsze jest nadzieja na to, że gorszy los odmieni się na lepsze, tylko potrzeba trochę zachodu i cierpliwości. Aha, no i, rzecz jasna, nigdy nie wiesz, co może Cię spotkać za rogiem. Jeśli zderzysz się tam z nieokiełznaną wyobraźnią autorki, zawsze dobrze na tym wyjdziesz. Polecam!

Tytuł: „Wy(sz)czekana miłość”
Autor: Joanna Szarańska
Gatunek: komedia romantyczna
Liczba stron: 328
Wydawnictwo: Czwarta Strona

Moja ocena: 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona



sobota, 23 maja 2020

"Oko Boga" James Rollins - recenzja



Kolejny tom serii SIGMA przeczytany i trochę smutno, że została mi jeszcze tylko jedna część do uzupełnienia i cały cykl będzie za mną. Szkoda, bo przygody tej ekipy to niezła dawka adrenaliny.

Oko Boga to satelita badawczy, którego zadaniem jest przesłanie na Ziemię informacji o komecie, która pojawiła się na orbicie okołoziemskiej. Kiedy przekazuje zdjęcie prezentujące Wschodnie Wybrzeże USA w zgliszczach, ekipa naukowców uznaje, że zdjęcie jest efektem zakrzywienia czasoprzestrzeni i przedstawia przyszłość, a dokładniej katastrofę, która będzie miała miejsce za cztery dni. Do drużyny z Sigmy dołącza astrofizyk Jada Shaw, której zadaniem jest odszukanie rozbitego satelity, aby nie dostał się w niepowołane ręce.

Vigor Verona otrzymuje od przyjaciela, którego dawno uznał za zmarłego, tajemniczą przesyłkę. Jest to czaszka i księga. Wkrótce okazuje się, że czaszka wydziela dziwną energię, a księga jest oprawiona w ludzką skórę. Badania pozwalają stwierdzić, że czaszka i skóra z księgi należały do Czyngis-chana. Vigor odczytuje z czaszki datę końca świata, która jest spójna z terminem wyliczonym przez naukowców zajmujących się Okiem Boga.    

Mniej więcej w tym samym czasie rozpoczyna się inny wątek, dotyczący eskapady Graya i Seichan, której celem jest odnalezienie matki dziewczyny. W poprzednim tomie Seichan dowiedziała się bowiem, iż jej matka wciąż żyje. Czy bezwzględna szefowa triady, którą odnajdą, to rzeczywiście matka Seichan?

Oj, dzieje się w tym tomie, dzieje. Może trochę za dużo tej akcji tym razem. Wprawdzie zawsze powtarzam, że lubię, kiedy fabuła prze do przodu, ale tym razem autor trochę przedobrzył. Mamy tu bowiem jatkę w Korei Północnej, gdzie Seichan szuka matki, satelitę, który robi zdjęcie prezentujące katastrofę, po czym spada na tereny niedostępne zwykłym zjadaczom chleba, no i trzeba go stamtąd jakoś wydostać, relikwie Czyngis-chana i poszukiwanie jego grobowca, by zapobiec zagładzie świata, a do tego pomniejsze wątki obyczajowe, związane z poszczególnymi bohaterami. To naprawdę spora dawka… właściwie wszystkiego. Jest groźna triada, która daje się we znaki Grayowi, frakcja związana z wątkiem Czyngis-chana i jego podbojami, a to wszystko podlane sosem z ciągłych pościgów i strzelanin, podsycanych presją czasu. Momentami nie mogłam odłożyć książki, bo koniecznie musiałam dowiedzieć się, co dzieje się z poszczególnymi bohaterami!

Zaskakujące jest podwójne zakończenie. To dla mnie coś nowego u Rollinsa i nie wiem, czy takie rozdwojenie finału mi się podobało. W jednym z zakończeń Rollins uśmierca dwie istotne w serii postacie, więc choćby z tego powodu dobrze, że była i druga ewentualność. Ciekawa jestem, czy w kolejnym tomie ci bohaterowie się pojawią.

Jak w każdym tomie, również i tym razem mamy świetnie przedstawione fakty, perfekcyjnie wymieszane z fikcją, powstałą w wyobraźni pisarza. Ostatnie strony pozwalają rozstrzygnąć, co było prawdą, a co wymyślił James Rollins.

Niezmiennie polecam, chociaż nastawcie się na gorączkę czytelniczą, która trawić Was będzie aż do ostatniej strony.

Tytuł: „Oko Boga”
Autor: James Rollins
Gatunek: archeologiczna przygodówka
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: Albatros
Cykl: SIGMA, tom 9

Moja ocena: 5/6