czwartek, 14 grudnia 2023

"Łucznik" Artur Żurek - recenzja


Tytuł: "Łucznik"
Autor: Artur Żurek
Gatunek: kryminał
Liczba stron: 408
Wydawnictwo: Initium
Cykl: Henryk Zamroz, tom 2

Moja ocena: 6/6

Kolejne spotkanie z pisarzem Henrykiem Zamrozem uważam za bardzo udane. Artur Żurek w drugim tomie cyklu Henryk Zamroz zaserwował nam kolejny dopracowany pościg za mordercą.

W Warszawie króluje zima, taka prawdziwa, ze śniegiem i mrozem. Mieszkańcy miasta nie martwią się jednak pogodą. Na miasto padł blady strach, bo po ulicach grasuje morderca. Osobnik z łukiem strzela do ludzi i jest w tym świetny. Po zabójcy zostają strzały w ciałach ofiar. Nikt nie wie, jaki jest klucz, a zatem nie sposób przewidzieć kolejnych działań tajemniczego strzelca. Ludzie próbują chronić się na różne sposoby, jednak nie da się całkowicie zamknąć się w czterech ścianach. Przemykają ulicami z metalowymi parasolami lub w komicznych dla niektórych kolczugach, jednak nie wszyscy mają szczęście. Giną kolejne osoby, a policja jest bezradna.

Znany już ze "Strzygonia" Henryk Zamroz decyduje się na zarzucenie swojego literackiego zajęcia. Ma dość napięcia związanego z terminami i pisania kolejnych powieści. Swój czas spędza między innymi z nowym znajomym, psychologiem Markiem Krawcem. Mężczyźni przypadli sobie do gustu i z przyjemnością rozgrywają kolejne partie szachów oraz raczą się dobrymi trunkami. Podczas swoich spotkań podejmowali temat seryjnego mordercy, nazwanego przez media Łucznikiem, jednak dopóki nie dotknęło ich to bezpośrednio, traktowali sprawę raczej neutralnie. Dodatkowo w głowie Zamroza w pewnym momencie pojawiły się niepewność i pewne podejrzenia... 

Kiedy pewnego dnia strzała mordercy dosięga gosposię Zamroza, Marinę, i kobieta ledwo uchodzi z życiem, pisarz zaczyna bardziej interesować się tematem. Jednak jego kontakty z policjantami są pełne negatywnych emocji i nerwów. Jeden ze śledczych wyraźnie nie trawi Zamroza. Pisarz w pewnym momencie ląduje nawet w więzieniu, więc sytuacja wygląda niewesoło. Specjalny zespół powołany do rozwiązania sprawy Łucznika kompletnie sobie nie radzi. Policjanci popełniają sporo błędów, które mają przykre konsekwencje. Autor umiejętnie wodzi czytelnika za nos, podsuwając coraz to nowe elementy układanki, które jednak nigdzie nie chcą się dopasować. Nie udało mi się rozkminić tej zagadki na czas :D

Akcja z każdym rozdziałem nabiera tempa. Początkowo jest zwyczajnie, wydarzenia toczą się powoli, poznajemy nowych bohaterów, wchodzimy w życie Zamroza, a kiedy śledztwo się rozpędza, robi się naprawdę dynamicznie. Trudno odłożyć książkę!

Bardzo podobał mi się stworzony przez autora obraz społeczeństwa przytłoczonego strachem o życie własne i swoich najbliższych. Dopracowany i pogłębiony, pozwolił mi naprawdę wejść w sytuację tych ludzi. Lęk, który nie pozwala wyjść z domu, to ogromna siła. Można naprawdę postradać zmysły, szczególnie kiedy jest się odpowiedzialnym nie tylko za siebie, ale także za rodzinę.    

Chociaż nie przepadam za wątkami politycznymi w powieściach, tym razem nie przeszkadzał mi ten motyw walki o stołki "na górze". Autor wplótł w kolejne rozdziały dialogi pełne emocji, przepychanek i kombinowania. Ostatecznie wyszło świetne tło dla całej tej kryminalnej historii.

Zdecydowanie polecam i mam nadzieję, że nie było to moje ostatnie spotkanie z Henrykiem Zamrozem.

środa, 13 grudnia 2023

"Zwierzęca księga rekordów" Katharina Vestre - recenzja


Tytuł: "Zwierzęca księga rekordów"
Autor: Katharina Vestre
Ilustracje: Linnea Vestre
Gatunek: popularnonaukowa dla dzieci 
Liczba stron: 80
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Moja ocena: 6/6

"Zwierzęca księga rekordów" to idealna lektura dla pasjonatów przyrody i nietypowych zwierząt. Na co dzień kompletnie nie myślimy o tym, jakie cechy mają różne zwierzęta, tymczasem tajemnice ich świata są fascynujące. Matka Natura nieźle to wszystko obmyśliła.

Na osiemdziesięciu stronach tej publikacji znajdziecie mnóstwo niesamowitych faktów o zwierzętach. Książka zawiera podział na przeróżne kategorie. Poznacie na przykład zwierzęta, które pachną na różne sposoby albo dowiecie się, jak sikają :D Chętnie powąchałabym patyczaka z Australii, który w chwili zagrożenia rozpyla wokół siebie płyn o miętowym zapachu. Inny owad, amerykańska mrówka, w chwilach stresu pryska substancją o zapachu cytrynowym. Wiecie, że jest zwierzę, którego siki pachną jak... popcorn? To włochaty binturong, który wygląda jak skrzyżowanie niedźwiedzia i kota. 

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, ile oczu może mieć zwierzę? Albo które ma największe oczy na świecie? Oczy większe niż piłka do futbolu ma kałamarnica kolosalna. Skoro ten potwór morski w swojej nazwie ma przymiotnik kolosalna, to i jego oczy muszą być największe na świecie! Pierwsze miejsce w ilości oczu zajmuje chiton, żyjątko, które można znaleźć w oceanie. Wyobraźcie sobie, że może ich mieć nawet 1000! Niewyobrażalne! 

Bardzo ciekawym rozdziałem jest ten prezentujący zwierzęcy kamuflaż. O kameleonie słyszeli wszyscy, ale wiecie, że na przykład ośmiornica potrafi przybrać wszystkie kolory tęczy, a owad o nazwie liściec nie tylko przypomina liść, ale również porusza się w sposób, który imituje listki tańczące na wietrze? Tego wszystkiego i wielu innych ciekawych faktów dowiecie się właśnie z tej książki.

Zdecydowanie polecam i gwarantuję Wam przyjemnie spędzony czas na poznawaniu przedziwnych zdolności zwierząt.





Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka


niedziela, 10 grudnia 2023

"Powrót do Lwowa" Monika Kowalska - recenzja


Tytuł: "Powrót do Lwowa"
Autor: Monika Kowalska
Gatunek: powieść obyczajowa z wątkiem wojennym
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Książnica
Cykl: Dwa miasta, tom 4

Moja ocena: 6/6

Jak miło było wrócić do świata sióstr Szubówien :) Właśnie skończyłam czytać ostatni tom cyklu Dwa miasta autorstwa Moniki Kowalskiej. Z jednej strony cieszę się, że poznałam cała tę historię, a z drugiej trochę mi smutno, że to koniec opowieści, tak pięknie utkanej przez autorkę.

Byłam bardzo ciekawa, co tym razem opisze pisarka i jak zakończą się losy trzech sióstr i ich rodziny. Kiedy tylko otworzyłam książkę, wsiąkłam bez reszty w inny świat. Pierwsze strony zabrały mnie do początku lata tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. Wojenny wątek retrospektywny był miłą niespodzianką i niezwykle uatrakcyjnił mi lekturę. Wędrowałam w nim wraz z Marianną ulicami Lwowa i towarzyszyłam jej podczas dobrych i złych chwil. Poznałam jej mamę, sąsiadów, a później także córeczkę Jagódkę i czekałam z niecierpliwością na moment, w którym okaże się, jak jej losy połączą się z Szubami, bo co do tego, że tak będzie, nie miałam wątpliwości.  

Kolejne rozdziały to lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte XX wieku. Te rozdziały były mi szczególnie bliskie, ponieważ sama w tym czasie dorastałam. Pamiętam to, o czym pisała autorka i za jej sprawą mogłam choć na chwilę wrócić do czasu dzieciństwa, beztroskiego, mimo wszechobecnych wtedy braków. Tutaj autorka skupiła się na Adeli, jej dzieciach i wnukach. Nie zabrakło również dalszych losów pozostałych sióstr Szubówien.

Opisy w powieści są realistyczne i dopracowane. Widać ogrom pracy włożony w to, by wszystkie detale się zgadzały, zarówno w czasach wojennych, jak i PRL czy latach późniejszych. Nakreślone przez autorkę tło społeczno-polityczne świetnie uzupełniało i wyjaśniało wydarzenia rozgrywające się w życiu bohaterów.  

Autorka wspaniale opisała w powieści relacje międzyludzkie. Związki między bohaterami, to jak się do siebie odnosili, jak byli dla siebie ważni, wspierali się i sobie pomagali, było naprawdę wyjątkowe i sprawiało, że robiło się ciepło na sercu. Chyba tak właśnie kiedyś było. Ludzie byli sobie bliżsi i żyli razem, a nie obok siebie. I chociaż wśród spotykających ich zdarzeń były sporo tych trudnych i złych, potrafili sobie poradzić, udźwignąć ciężar lub podjąć zgodną z własnym sumieniem decyzję, a później zmierzyć się z jej konsekwencjami. Prawdziwe życie.

Jeśli nie czytaliście jeszcze tej serii, gorąco polecam. Nie róbcie jednak zbyt dużych przerw między kolejnymi tomami. W każdym z nich wiele się dzieje i szkoda byłoby stracić chociaż ułamek przyjemności z lektury przez to, że zapomniało się fragmenty fabuły.


środa, 6 grudnia 2023

"Siostry z lasu" Adrianna Trzepiota - recenzja


Tytuł: "Siostry z lasu"
Autor: Adrianna Trzepiota
Gatunek: powieść obyczajowa z wątkami słowiańskimi
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska

Moja ocena: 5/6

Sięgnęłam po "Siostry z lasu" ze względu na występującą w powieści tematykę słowiańską. Liczyłam na słowiańskie zwyczaje, może trochę na magiczną atmosferę, uniwersum sprzed lat, które zamieszkiwali nasi przodkowie. Czy znalazłam w tej historii wszystkie elementy, które lubię?

Trzy siostry, Tove, Traszka i Bachira, mieszkają w mazurskich lasach z babką zielarką. Staruszka opiekuje się dziewczętami i uczy je trudnej sztuki magicznej. Każda z nich ma inną moc. Traszka jest delikatna i wrażliwa, a jej mocą jest rozumienie mowy zwierząt. Tove jest dynamiczna i porywcza. Długo nie mogła odnaleźć swojej magicznej drogi, ale w końcu dowiedziała się, że jest piastunką kości. Bachira zaś posiada dar przemiany. Umie zmienić siebie lub kogoś innego na przykład w wiewiórkę. Autorka opisuje ich życie i codzienność, w której muszą podejmować przeróżne decyzje, a następnie mierzyć się z ich konsekwencjami. 

Tove ulega porywom serca i zakochuje się w niewłaściwym człowieku. Szybko orientuje się, że jest w ciąży. Czterem kobietom zagraża szajka zbójców, przez co siostry muszą uciekać z rodzinnego domu. Podczas wędrówki mają miejsce wydarzenia, które wpłyną na dalsze życie bohaterek.

Akcja powieści toczy się nierównomiernie. Czytamy fragmenty, w których wydarzenia pędzą na łeb na szyję, aby po chwili wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Momentami opisy były dość brutalne. Nie do końca tego się spodziewałam, biorąc pod uwagę, że nastawiłam się raczej na baśniową historię z domieszką magii i prastarych zwyczajów.

Było trochę straszno i momentami mrocznie. Nastawcie się na wątki zahaczające bardziej o ludzki dramat, niż o baśń. Miałam wrażenie, że bohaterki przeżywają pasmo nieszczęść, przez co zabrakło bardziej optymistycznych elementów. Nie polubiłam Tove, która w pewnym momencie wysunęła się na pierwszy plan. Nie wszystkie jej decyzje rozumiałam, ale tak to już jest, że nie siedząc w czyjejś skórze, nie do końca pojmujemy konkretne działania postaci. Śledząc jej losy poznałam kolejnych bohaterów, Gorhana i Irmę. Ta ostatnia przypadła mi do gustu.  

Szkoda, że tekst zawiera sporo błędów, włącznie z pomylonym imieniem jednej z bohaterek w kilku miejscach.

Podsumowując, nie jest to typowa słowiańska historia pełna optymistycznej magii. Znajdziecie tutaj sporo smutku, momentami brutalności i trudno się będzie doszukać choćby iskierki nadziei, jakiegoś jasnego promyczka przyświecającego bohaterom. Proponuję, abyście przekonali się sami, czy taka mroczniejsza wersja słowiańskiego klimatu mieści się w Waszym czytelniczym guście.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Skarpa Warszawska

czwartek, 30 listopada 2023

"Listy Świętego Mikołaja" J.R.R. Tolkien - recenzja


Tytuł: "Listy Świętego Mikołaja"
Autor: J.R.R. Tolkien
Gatunek: literatura dziecięca
Liczba stron: 208
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Moja ocena: 6/6

Kto z nas nie pisał chociaż raz w życiu listu do Świętego Mikołaja? Pamiętam, że wysłałam list do Laponii i nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, kiedy przyszła prawdziwa odpowiedź. Co z tego, że był to list drukowany, zapewne wysyłany do wszystkich dzieci, które napisały na mikołajowy adres? Najważniejsze, że ODPISAŁ!

Kolejne pokolenia dzieci wierzą w Świętego Mikołaja i z pewnością zastanawiają się nad tym, jak wygląda jego dom, w jaki sposób udaje mu się rozwieźć wszystkie prezenty w tak krótkim czasie, kto mu pomaga i skąd ma fundusze na tyle zabawek, książek i innych drobiazgów, o których marzą dzieciaki na całym świecie. To temat rzeka, który powraca jak bumerang co roku, dopóki nie stajemy się już za duzi na wiarę w Mikołaja. Jednak czy nie byłoby przyjemnie móc korespondować ze Świętym Mikołajem częściej niż raz czy dwa w życiu? Możliwe, że tak właśnie pomyślał J.R.R. Tolkien i w wyniku swoich przemyśleń zafundował dzieciom niecodzienną korespondencyjną znajomość. Wcielał się w postać staruszka z białą brodą od tysiąc dziewięćset dwudziestego roku, kiedy jego najstarszy syn, John, miał trzy lata, aż do tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego, kiedy pożegnał się z Priscillą, swoją najmłodszą córką, która wtedy miała czternaście lat.

Listy Świętego Mikołaja są napisane pięknym językiem, a do wielu dołączone są piękne rysunki uzupełniające opowieści Mikołaja. Można się bez problemu zorientować, co pisały w swoich listach dzieci, ponieważ Mikołaj skrupulatnie im odpowiada na wszystkie pytania i dziękuje za opisy różnych wydarzeń z ich życia.

Oprócz rysunków mamy do dyspozycji faksymile oryginalnych listów. Widać na nich chwiejne pismo Mikołaja, pogrubione wstawki niedźwiedzia polarnego i pisane kursywą fragmenty autorstwa elfa - sekretarza. Wszystkie elementy listów wydają się przemyślane i uporządkowane. Można się również zorientować, że dzieci wysyłały czasem swoje listy już w październiku albo było ich więcej niż jeden w danym roku. Tak sielankowej korespondencji niestety nie ominęła wojna. Tolkien wspominał o dramatycznej sytuacji na świecie i tragediach, które dotykają ludzi w wielu krajach. Wszystko jednak zostało opisane bez drastycznych szczegółów i językiem dostosowanym do wieku małych odbiorców. 

Biorąc pod uwagę warstwę psychologiczną listów, czyli jeśli potraktuje się autora listów nie jako Mikołaja, tylko tatę tych dzieci, można wiele wyczytać między wierszami. Pan Tolkien z pewnością trapił się tym, że nie ma wystarczająco dużo czasu dla swoich latorośli. Wspomina o tym wielokrotnie jako Mikołaj, który jest ogromnie zapracowany. Wtrącenia niedźwiedzia polarnego sprawiają, że listy zawierają dużą dawkę humoru. Błędy ortograficzne, których pełne są wstawki misia, również bawią, a trafne komentarze rozczulają.  

Nowe wydanie książki zachwyca. Twarda oprawa, ozdobna obwoluta, czerwona zakładka, do tego piękne wnętrze pełne misternych rysuneczków sprawiają, że właściciel tej publikacji poczuje się wyjątkowo. Może to być idealny prezent, zarówno dla dziecka, jak i osoby dorosłej. Z przyjemnością odnajdowałam w kolejnych listach postacie z fantastycznego uniwersum stworzonego przez Tolkiena, które znam i lubię. Może autor w ten sposób zaznajamiał dzieci ze światem, który miał pojawić się wkrótce w trylogii Władca Pierścieni?  

Warto sięgnąć, warto mieć i z pewnością warto ją komuś sprezentować. Zdecydowanie polecam!






Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka