wtorek, 29 sierpnia 2017

"Mózg" Robin Cook - recenzja

Tytuł: "Mózg"
Autor: Robin Cook
Gatunek: thriller medyczny
Liczba stron: 272
Wydawnictwo: Rebis

Skojarzynki:
szpital * choroba * objawy * znikanie pacjentek


Pierwsza strona, na której czytamy o rozterkach dwudziestojednoletniej Katherine Collins wstępującej właśnie w podwoje Polikliniki Akademii Medycznej im. Hobsona, jest genialna. Jako żywo stanęła mi przed oczami nasza kochana służba zdrowia... Ale wróćmy do recenzji.  

Katherine przyszła do polikliniki, by odebrać swoją kartę. Niby nic takiego, przecież każdy czasem potrzebuje przenieść się do innego lekarza. Tymczasem dziewczyna napotkała na niezrozumiały mur niechęci, a kiedy wychodziła trzymając z takim trudem zdobytą kserokopię swojej karty, źle się poczuła, zasłabła. Dwóch lekarzy rzuciło się na pomoc, wyprowadziło ją z poczekalni i jeden z nich podał jej jakiś lek na uspokojenie. O co chodziło? Przecież mówiła, że już czuje się lepiej... 

Lisa, Kristin i Lynn Anne również zgłosiły się do lekarza z nietypowymi objawami. Kiedy czytasz jakiś tekst, rozumiesz słowa, na które patrzysz, prawda? Tymczasem Lynn Anne widziała słowo, ale nie potrafiła podać jego definicji. Do tego dodać trzeba nagłą słabość, bóle głowy i odczuwanie nieprzyjemnego zapachu, które poprzedzały ataki. Lekarze nie przejęli się zbytnio kobietami. Były młode, ich wyniki były w normie, więc to pewnie histeryczki lub hipochondryczki...



Martin Philips, neuroradiolog, otrzymał od swojego współpracownika w badaniach, Williama Michaelsa, aparat potrafiący odczytywać i opisywać zdjęcia rentgenowskie. Przyszedł czas na przetestowanie napisanego przez Michaelsa programu. Ponieważ maszyna zaopatrzona była w obwody sztucznej inteligencji, potrafiła się uczyć i bardzo dobrze radziła sobie z wykrywaniem najdrobniejszych nawet zmian w mózgu. Philips wrzucił do aparatu kliszę ze zdjęciem Lisy Marino, którą akurat miał pod ręką, i zaintrygował go wydrukowany przez drukarkę opis. Program znalazł niepokojącą zmianę. Lekarz postanowił pogłębić diagnostykę pacjentki, jednak okazało się to niemożliwe. Sprawy skomplikowały się, kiedy okazało się, że pacjentka, której zdjęcie opisał komputer, właśnie zmarła na stole operacyjnym. Do tego jeszcze nie zlecono autopsji, co jest standardem w takich sytuacjach, a czaszkę Lisy pozbawiono mózgu... 

Philips rozpoczyna prywatne śledztwo, które początkowo ma
na celu znalezienie podobnych przypadków w celu przeprowadzenia dokładniejszych badań nad wczesnym rozpoznawaniem stwardnienia rozsianego. Jakież jednak było jego zdziwienie, kiedy okazało się, iż pacjentki, u których rozpoznano te objawy, zniknęły lub zmarły... Co się dzieje? Dlaczego właśnie te kobiety spotkał taki los? Im bardziej Philips zagłębia się w temat, tym więcej trudności napotyka na swojej drodze. Kto nie chce, by poznał prawdę? I gdzie znikają wspomniane pacjentki?

Terminologia medyczna nie przeszkadzała mi w lekturze. Lubię oglądać seriale medyczne i czytać powieści z taką fabułą, więc trochę już przywykłam do tych wszystkich skomplikowanych nazw. Poza tym Cook pisze w taki sposób, że nawet osoba nie znająca się kompletnie na medycynie zrozumiałaby wszystko bez problemu. Ewentualne definicje są krótkie i zrozumiałe. Polecam tę powieść, bo trudno się od niej oderwać. Na mojej półce już czekają kolejne medyczne emocje.

środa, 23 sierpnia 2017

"Pętla" Erica Spindler - recenzja

Tytuł: "Pętla"
Autor: Erica Spindler
Gatunek: thriller, kryminał
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: Harlequin
Cykl: Stacy Killian, tom 1

Skojarzynki:
tajemnica * morderstwo * siostry * niechęć * oszustwo


"Zrobiłem to specjalnie, żeby usłyszeć, jak krzyczysz."


Książka pt. "Pętla" została wydana również pod innym tytułem: "Zabić Jane" (wtedy to było HarperCollins). Jest to pierwszy tom cyklu o śledczej Stacy Killian, którą poznałam jakiś czas temu, kiedy natrafiłam na tom drugi z tej serii. Ponieważ poprzednią książkę czytało mi się bardzo dobrze, do tej również podeszłam z pozytywnym nastawieniem, pomimo sporej liczby stron. Jednak duża czcionka i gruby papier, na którym została wydrukowana, sprawiły, że jej obszerność była jedynie złudzeniem. 


Kilkanaście lat wcześniej Jane, młodsza siostra Stacy, uległa tragicznemu wypadkowi. Jakiś wariat przepłynął po niej motorówką, kiedy pływała. Dziewczyna przeżyła, ale wiele lat trwał jej powrót do normalności. Operacje plastyczne, ból, cierpienie, spojrzenia ludzi, straszne wspomnienia i coraz większa przepaść między siostrami. Do chwili wypadku Jane i Stacy były sobie bardzo bliskie. Po nim wszystko się zmieniło. Stacy czuła się winna, bo podpuściła siostrę, by wypłynęła, a później poróżniły je dodatkowo sprawy rodzinne. Kiedy rodzice dziewcząt zmarli, zaopiekowała się nimi babcia. Z racji tego, że dziewczęta były siostrami przyrodnimi, babcia uważała za swoją wnuczkę i prawowitą spadkobierczynię jedynie Jane. I jej zapisała cały swój majątek. Stacy nie chodziło jednak o pieniądze, tylko o miłość starszej pani... Do tego wszystkiego Jane wyszła za mąż za Iana, który kiedyś był chłopakiem Stacy, ale ostatecznie wybrał jej siostrę (gdzieś z tyłu głowy kołacze się pytanie, czy na pewno wybrał Jane, czy może raczej jej fortunę?). Wszystkie te sytuacje, słowa, wydarzenia sprawiły, że siostry oddaliły się od siebie.



Kiedy świat Jane wrócił do normy, miała kochającego męża z dobrze prosperująca kliniką chirurgii plastycznej, sama zajmowała się uwielbianą sztuką, a do tego dowiedziała się, że jest w ciąży, wszystko zaczęło się sypać. Znaleziono ciało kobiety, która okazała się być pacjentką doktora Iana Westbrooka, a policja podobno zdobyła dowody na to, że była również jego kochanką. Niedługo później Jane znalazła ciało sekretarki Iana. Zamordowano ją w jej własnym domu... Według policji tego czynu również dopuścił się Ian. Jane poczuła się jak w koszmarze, z którego nie można się obudzić. Po początkowym szoku sama zaczęła dociekać prawdy. Chciała wierzyć mężowi bezgranicznie, jednak czy miała ku temu podstawy? Wciąż trafiała na dziwne zbiegi okoliczności lub znajdowała podejrzane zapiski w notatniku Iana. Miotała się od nadziei do podejrzliwości. Dowodów przybywało, a Ian ronił łzy i zapewniał ją o wielkiej miłości... Komu zaufać? Kto chciał jej pomóc, a kto zaszkodzić? Czy asystent Ted faktycznie był wobec niej lojalny i szczery? Czy wsparcie Dave'a, wieloletniego przyjaciela, wystarczy? Kto podrzucał anonimy przypominające tragedię sprzed lat?   

"Jestem bliżej, niż myślisz."

Język trochę przypominał mi opowieści snute w "harlequinach", ale nie było tak źle. I cały czas miałam wrażenie, że już kiedyś tę książkę czytałam, ale ponieważ nie pamiętałam zakończenia, czytało mi się świetnie. Intryga opisana bardzo dobrze, akcja wartka i wciągająca. Warto poświęcić czas na tę lekturę.

czwartek, 17 sierpnia 2017

"Fałszywy krok" Alex Kava - recenzja

Tytuł: "Fałszywy krok"
Autor: Alex Kava

Gatunek: thriller
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Harlequin
Seria: New York Times Bestselling Authors Thriller



Znów sięgnęłam po autora (a właściwie autorkę) po raz pierwszy i spotkanie to uważam za bardzo udane. Początkowo miałam wątpliwości, bo pierwsze rozdziały, wprowadzające bohaterów i zawiązujące akcję, były dla mnie ciut chaotyczne, ale z każdym kolejnym rozdziałem wątki zbliżały się do siebie, a postaci miały coraz więcej wspólnych elementów. Ani się obejrzałam, kiedy książka naprawdę mnie wciągnęła.

Z więzienia wychodzi gwałciciel i morderca, Jared Barnett. Mimo iż policjanci przekonani byli o jego winie, adwokatowi udało się wybronić klienta i wyciągnąć go zza krat. Jared zaś nie zasypia gruszek w popiele. Zjawia się u siostry, Melanie, i jej siedemnastoletniego syna, Charliego, który zapatrzony jest w wuja jak w święty obrazek. Zrobi dla niego wszystko. Przeszłość rodzeństwa również naznaczona jest morderstwem... Teraz jednak liczy się nowy plan Barnetta. Mężczyzna zamierza napaść na bank, a siostra i siostrzeniec mają mu w tym pomóc. 


Melanie jest zszokowana pomysłem brata, ale nie potrafi mu się przeciwstawić. Charlie zaś wykonuje bez słowa wszystkie polecenia wuja. Sprawa komplikuje się w momencie, kiedy coś w banku poszło nie tak. Melanie czekała w samochodzie, więc nie wie, co zaszło w budynku. Słyszała tylko strzały, a później Jared kazał jej natychmiast odjechać. Rozpoczęła się ucieczka, zmienianie samochodów, kolejne morderstwa, śmierć niewinnych ludzi... 


Tymczasem w niedużym domku na uboczu, w Parku Stanowym Rzeki Platte, przebywa znany pisarz i autor kryminałów, Andrew Kane. Właśnie zamierza skupić się na kolejnej powieści, a odludne otoczenie ma mu w tym pomóc. Pech chce, że właśnie w tej okolicy uciekinierzy ulegają wypadkowi samochodowemu, który pozbawia ich środka transportu. W tej sytuacji brak sąsiadów staje się raczej wadą niż zaletą. Życie Andrew wisi na włosku...


Jest jeszcze jeden wątek, powiązany z całością... Prawniczka, Grace Winninghoff, nie jest zachwycona tym, że Barnettowi udało się wyjść z więzienia. Dobrze wie, że stało się to dzięki przekrętom jego adwokata. Jest to dla niej spory problem, ponieważ przyczyniła się do zamknięcia zbira. Włosy jeżą jej się na głowie, kiedy kilkuletnia córeczka, Emily, opowiada matce o "człowieku cieniu", który był w ich domu i zabrał ulubioną maskotkę dziewczynki. Pieska Ciapka faktycznie nigdzie nie ma, a na schodach Grace znalazła fajansowego krasnala ogrodowego...

Akcja jest wartka i pełna nieoczekiwanych zwrotów. Postaci zarysowane wystarczająco, by być dla czytelnika ludźmi, a nie papierowymi bohaterami. Czy policja zdoła nadążyć za uciekinierami? Czy Andrew przeżyje? Czy ktoś w końcu postawi się Jaredowi? I kto zginie? Wszystko w powieści. Polecam :-)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

"Przebudzenie" Irena Matuszkiewicz - recenzja

Tytuł: "Przebudzenie"
Autor: Irena Matuszkiewicz
Gatunek: powieść obyczajowa
Liczba stron: 357
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Seria Biała

Skojarzynki:
wojna * życie * upartość * Niemcy * patriotyzm * smutek * syn

Kolejna książka nieznanej mi dotąd autorki, z wymiany, wybrana właściwie przypadkowo. Z okładką szału nie ma, choć muszę przyznać po zastanowieniu, że jest ciekawa. Pomyślałam, że czeka mnie historia z przełomu wieków i nie pomyliłam się. Obyczajowa, ciekawie opowiedziana, wciągająca historia. 



Bohaterką powieści jest Jadwiga Jaskólska, której życie obserwujemy dwutorowo. W pierwszej odsłonie poznajemy stuletnią już Jadzię, mieszkającą w domu opieki, "na pensji", jak sama uważa z powodu postępującej sklerozy. W kolejnych rozdziałach zaś towarzyszymy jej od chwili narodzin w 1906 roku, poprzez lata dzieciństwa, nauki na pensji dla dziewcząt z dobrych domów, okres panieństwa po powrocie ze szkoły, a wreszcie małżeństwo i dorosłe życie.


Podobały mi się ówczesne stosunki międzyludzkie, bliskie relacje rodzinne i nacisk na tradycję, ale nie wiem, czy chciałabym żyć w czasach Jadzi. Całowanie rodziców w rękę, zwracanie się "proszę mamy", "proszę taty" czy "proszę brata", decydowanie rodziców o losie córki na wydaniu, lęk przed mezaliansem czy prowadzone przez zakonnice pensje przygotowujące dziewczęta do roli damy i pani domu. To zdecydowanie nie dla mnie. Jednak przyjemnie się o takich czasach czytało. Obserwowanie Jadzi, poznawanie jej przemyśleń i zmieniających się wokół niej realiów też było interesujące. Jej życie nie do końca potoczyło się tak, jak marzyła, ale odziedziczyła charakter mi ojcu, a siłę po matce, więc radziła sobie mimo przeciwności, które ją spotykały. Dzisiaj powiedziano by o niej, że ma "niewyparzoną gębę"...

Tło historyczne zarysowane w sam raz sprawiało, że osadzone w trudnych dla Polski czasach perypetie Jadzi, jej rodziny i przyjaciół były pełniejsze.



Bardzo spodobał mi się styl autorki, bez niepotrzebnego patosu, martyrologii i tego typu romantyzmów, które można spotkać w książkach dotyczących wojennych czasów i walki Polaków za ojczyznę. Tutaj najważniejsze były dzieje Jadwigi, jej spojrzenie na świat, nauki, jakie wynosiła z różnych sytuacji i zdarzeń. 

Przyznam, że irytowała mnie ta stuletnia staruszka, uparta jak osioł i nie dająca sobie wytłumaczyć oczywistych rzeczy. Niemiła, nieuprzejma, nienawidząca synowej do granic możliwości. Matka jedynego syna. Aż trudno uwierzyć, że w takiej drobnej starszej pani tyle było jadu i złośliwości. 

Smaczek na zakończenie:

"Aleksy poprosił Jadzię do pierwszego wspólnego tańca. Prowadził świetnie, nie ściskał jej ani nie podduszał. Pomyślała, że powinna mu o tym powiedzieć, bo mężczyźni, podobnie jak kobiety, chętnie słuchali komplementów.
- Wcale nie widać, żeby pan Aleksy tez uczył się tańca u panny Lulu. Świetnie pan prowadzi.
Pytanie wyraźnie wprawiło go w osłupienie.
- Nie bardzo rozumiem, panno Jadko?
- Mówię o czasach, kiedy mieszkaliście w bursie.
- Kto pannie Jadce powiedział o tej... jakiejś Lulu?
- Karl bardzo chwalił ją i jej koleżanki. Sądząc jednak po umiejętnościach Karla, te panny niewiele umiały.
- Po jakich umiejętnościach Karla? - spytał z lekką paniką w głosie.
- Tanecznych, a jakich? [...]"

Powieść ta skojarzyła mi się z inną historią, "Pamiętnikiem matki" autorstwa Marcjanny Fornalskiej. Czas i realia te same, ale tutaj bohaterka była córką chłopa pańszczyźnianego, a nie dość zamożnego zduna, jak Jadwiga. Wprawdzie Marcjanna była komunistką, ale przyznaję się od razu, że części politycznej już nie czytałam. Skupiłam się na początku tej historii i jej losach wojennych, a komunistyczne akcenty ominęłam.

Polecam obie powieści :-)

środa, 9 sierpnia 2017

"Pamiętniki Adama i Ewy" Mark Twain - recenzja

Tytuł: "Pamiętniki Adama i Ewy"
Autor: Mark Twain
Gatunek: literatura piękna
Liczba stron: 161
Wydawnictwo: Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe

Skojarzynki:
eksperyment * doświadczenia * Raj * pierwsi ludzie



Niepozorna książeczka kupiona przy okazji większych zakupów okazała się być źródłem wielu uśmiechów i dobrego humoru.

Książka podzielona jest na dwie części, z których pierwszą jest pamiętnik Adama, a drugą - Ewy. Odmienne spojrzenie pierwszych ludzi na te same wydarzenia, które opisuje autor, pozwala śledzić ich codzienność, a przede wszystkim reakcje na siebie nawzajem. Fantastyczny jest fragment dziennika Adama, w którym biedny mężczyzna usiłuje zrozumieć, czym jest nowe stworzenie, które pojawiło się po jakimś czasie od momentu, w którym zaczęli z Ewą wspólne życie. Jego przemyślenia są bezcenne :D

Smaczki znalezione podczas lektury:

"Niedziela
Jakoś wytrzymałem, choć ten dzień staje się coraz bardziej męczący."

"Zrozumiałem chyba po co istnieje tydzień: aby był czas na odpoczynek po trudach niedzieli. To dobry pomysł..."

"Nawet drobna rzecz może nas uszczęśliwić, gdy wiemy, żebyśmy na nią zasłużyli."

"...sama inteligencja jest niczym, prawdziwy skarb kryje się w sercu."

Świetnym dopełnieniem treści są czarno-białe ilustracje. 

Z serii bibliofilskiej edycji miniatur Wydawnictw Artystycznych i Filmowych zostało wydanych sporo książek. Cieszę się, że posiadam chociaż jedną :-)