poniedziałek, 6 sierpnia 2018

"444" Maciej Siembieda - recenzja


Mam na półce "Miejsce i imię" tego autora. Książka patrzy na mnie błagalnie od dłuższego czasu, ale w sumie dobrze, że nie miałam kiedy po nią sięgnąć, ponieważ zorientowałam się niedawno, że to drugi tom cyklu o prokuratorze IPN-u, Jakubie Kani. Tom pierwszy zaś to właśnie recenzowane przeze mnie teraz "444". Czy jestem zadowolona z lektury? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie poniżej :-)

Jakub Kania, prokurator IPN-u, czeka na spotkanie z niejakim Pawłem Włodarczykiem, dziennikarzem. Mężczyzna zamierza przedstawić Kani pewną teorię dotyczącą zaginionego obrazu Jana Matejki "Chrzest Władysława Warneńczyka" i swoje wnioski z poszukiwań, które przeprowadził. Niestety, dziennikarz nie dociera na miejsce spotkania. Jego auto taranuje tir, a Włodarczyk ginie na miejscu. Już na wstępie dowiadujemy się, że to nie był przypadek, lecz zaplanowane zabójstwo. Komu zależało na śmierci zwykłego dziennikarza z jednej z warszawskich gazet?
Kania, kiedy dowiaduje się o wypadku Włodarczyka, rozpoczyna własne śledztwo związane z obrazem. Intryguje go spowijająca malowidło tajemnica. W dodatku okazuje się, że wcale nie jest pierwszym prokuratorem, który próbował wyjaśnić zagadkę obrazu i ukrytej w nim przepowiedni. W dodatku jego poprzednik również zginął w wypadku...  
Czego dotyczy przepowiednia? W skrócie, by nie zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko, że chodzi o próbę pojednania dwóch religii: chrześcijaństwa i islamu, czego będzie mógł dokonać wybraniec (łącznie narodzi się ich czterech), przychodzący na świat co 444 lata. W związku z tym w powieści obserwujemy wydarzenia z wszystkich czterech okresów: w roku 998, 1444, 1881 oraz 2332. Opisywane czasy nam współczesne zarezerwowane są dla Kani i jego śledztwa. Przyznam, że były momenty w tej wędrówce między czterema okresami w dziejach, które trochę mi się dłużyły, ale jednak musiałam przeczytać całość, aby nie stracić wątku. Najmniej przypadł mi do gustu przeskok w przyszłość, ale rozumiem, że taki był zamysł autora i ta część stanowi całość z wcześniejszymi rozdziałami. 

Postaci w tej powieści jest naprawdę całe mnóstwo i trzeba się nieźle spiąć, aby je wszystkie ogarnąć i powiązać z opisywanymi wątkami. Pomocny może okazać się spis bohaterów, który znajdziecie na końcu książki. 
Bohaterowie są dopracowani, wielowymiarowi, prawdziwi. Poznajemy ich trochę bliżej, włącznie z ich przeszłością, dzięki czemu lepiej rozumiemy ich zachowania i decyzje, które podejmują.   

Jestem pełna podziwu dla pracy, jaką autor włożył w przygotowanie się do napisania tej powieści. Research musiał zrobić potężny i naprawdę szczegółowy, bo opisy historyczne są świetnie dopracowane. Wszystko napisane jest tak, że nie sposób dostrzec, gdzie przebiega linia między prawdą a fikcją literacką. Zawsze podziwiałam ludzi, którzy potrafią na tyle opanować dane wiadomości, by umieć tak plastycznie opisać sceny bitew czy innych wydarzeń historycznych.    

Powieść skojarzyła mi się w pewnym stopniu z twórczością Dana Browna czy Jamesa Rollinsa, ale autor pisze zdecydowanie spokojniej. Akcja nie pędzi na łeb na szyję, jak w cyklu Sigma Force, gdzie każda strona przynosi jakiś szok. Tutaj musiałam przestawić się na trochę wolniejsze tempo, by poznać wszystkie wątki i powiązać je tak, by zrozumieć odkrywaną przez kolejne rozdziały tajemnicę.
Urwałam jeden punkt, bo to ocena w stu procentach subiektywna, więc moja, ale nie sugerujcie się :-) Dla mnie to po prostu był bardzo, ale to bardzo spokojny thriller, którego akcja rozwijała się dość leniwie. Dreszczyk emocji pojawił się w chwili, kiedy dotarłam do śledztwa Kani. Resztę czytało mi się jak powieść historyczną. Jestem bardzo ciekawa, czy drugi tom serii napisany jest w podobny sposób, więc myślę, że sięgnę po niego w niedalekiej przyszłości :-)


Recenzja powstała w związku z promocją książek biorących udział w niezależnym konkursie "Brakująca Litera" 2017

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dziękuję za odwiedziny, zapraszam częściej i pozdrawiam :-)