Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Lira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Lira. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2020

"Topielice" Sylvia Wilczyńska - recenzja

„Topielice” to wielowątkowy kryminał z elementami mitologii słowiańskiej, jak głosi opis książki. Właśnie dlatego zainteresowała mnie ta powieść i zdecydowałam się po nią sięgnąć. Czy było warto?

Najpierw znany pisarz popełnia samobójstwo, rzucając się z okna luksusowego hotelu, a kilka dni później kelnerka znajduje w barze zwłoki barmana z odciętą głową. Sprawę otrzymuje prokurator Halszka Hardy, a wspierać ma ją komisarz Vincent Lewicki. Początkowo śledczy nie łączą tych spraw, jednak z czasem wychodzą na jaw kolejne wątki, które dają im do myślenia. Pojawia się motyw słowiańskiej sekty i tajemniczych utonięć nastolatek sprzed lat. Pewne informacje zawiera również napisana przez nieżyjącego pisarza książka. Czy opisał w niej fikcję, czy raczej prawdziwe wydarzenia? Co mają wspólnego zabite kiedyś dziewczęta ze współczesnym śledztwem? Czy pisarz rzeczywiście sam odebrał sobie życie?

Dwójka głównych bohaterów spotyka się po raz pierwszy przy tej właśnie sprawie. Kobieta jest młoda i zdecydowanie nie wygląda na osobę piastującą takie stanowisko. Mężczyzna to niby glina z doświadczeniem, a momentami zachowuje się jak nieopierzony „krawężnik”. Halszka ma za sobą trudne doświadczenia i, mimo młodego wieku, ma nastoletniego syna, z którym nie bardzo potrafi się dogadać. Nie umie okazywać uczuć, a już z pewnością nie te matczyne, bo nie miała się tego od kogo nauczyć. Lewicki natomiast przeżył ucieczkę żony z kochankiem i prowadzi aktualnie kawalerski tryb życia.

Nie wiem co sądzić o wątku paranormalnym. Odczuwam jakiś niedosyt w tym temacie, podobnie jak w przypadku słowiańskiej mitologii. Trochę się rozczarowałam, bo liczyłam na więcej. Okazało się tymczasem, że był to jedynie mały dodatek w postaci sekty, o której w sumie niewiele jest w tekście. Chwilami męczyły mnie też przydługie opisy. Przyznaję się, że przeskoczyłam kilka. Niektóre przemyślenia bohaterów, ciągnące się jak toffi, mnie pokonały… 

Mimo tych drobnych niedogodności byłam ciekawa, jak rozwiąże się główny wątek i w jaki sposób ten duet poradzi sobie ze znalezieniem winnego.

Niestety, sporo jest tez w tekście błędów przepuszczonych przez redakcję i korektę.

Tytuł:” Topielice”
Autor: Sylvia Wilczyńska
Gatunek: kryminał z elementami paranormalnymi
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: LIRA 

Moja ocena: 4/6

niedziela, 22 września 2019

„Kurier z Toledo” Wojciech Dutka - recenzja



Nie byłam do końca pewna, czy „Kurier z Toledo” mnie zainteresuje, ponieważ akcja powieści rozgrywa się przed II wojną światową i dotyczy wojny domowej w Hiszpanii, którą do tej pory w ogóle się nie interesowałam. Postanowiłam jednak spróbować, ponieważ poprzednia książka pisarza - „Czerń i purpura” - wywarła na mnie duże wrażenie.

Głównego bohatera, hrabiego Antoniego Mokrzyckiego, poznajemy w Warszawie. Jest rok 1936. Dyplomata zostaje wysłany przez wywiad do ogarniętej kryzysem Hiszpanii, aby przekonać się na miejscu, jakie panują tam nastroje. W Polsce zostaje jego narzeczona, Monika Skirmontówna, której mężczyzna nie kocha, i… żydowska kochanka. 
W drodze Mokrzycki łapie gumę. Brak lewarka uniemożliwia mu zmianę koła, więc czeka na cud, który wkrótce objawia się w postaci młodego anarchisty i kuriera, Teo. Chłopak pomaga mężczyźnie zmienić koło, a w zamian hrabia zabiera go ze sobą. Mają sporo czasu, aby poznać się bliżej. Żaden z nich nie ma pojęcia, jak bardzo to przypadkowe spotkanie zmieni ich życia.

Na okładce możemy przeczytać, iż jest to powieść sensacyjno-szpiegowska. Jednak ogarnięta wojną domową Hiszpania jest według mnie głównie tłem dla wątku miłosnego. Dotyczącego uczucia, które jest zakazane i nieakceptowane. Autor nie szczędzi jednak czytelnikowi również informacji historycznych, które pozwalają lepiej poznać przyczyny hiszpańskiego konfliktu i zrozumieć panującą w kraju atmosferę. „Kurier z Toledo” to krwawa historia wojny domowej w połączeniu z prywatnym dramatem bohaterów, żyjących w odmiennych światach.

Stworzeni przez pisarza bohaterowie są wyraziści i trójwymiarowi. Obserwujemy między innymi wewnętrzną przemianę Mokrzyckiego, której autor przeciwstawia płytkość Moniki Skirmontówny. Jest to widoczne szczególnie w scenie, kiedy kobieta żali się przyszłemu mężowi, iż gdy udała się z papą do ogarniętej chaosem Hiszpanii, by zrobić narzeczonemu niespodziankę, złamała dwa paznokcie, a w hotelu zabrakło wody do mycia. Wojna była dla niej istotna jedynie w wymiarze własnego bezpieczeństwa. Postać Teo również jest interesująca, głównie z perspektywy jego silnej wiary w wygłaszane przez anarchistów slogany. Chłopak pokazuje Antoniemu Hiszpanię, jakiej nie znają dyplomaci na jego szczeblu i marzy o tym, by pewnego dnia wszyscy mieli wszystkiego po równo i sprawiedliwie.

Czy Mokrzycki zawalczy o swoje szczęście? Czy zdecyduje się podążyć za głosem serca, czy też zostanie przy zimnej i niekochanej Skirmontównie? Jakie będą losy Teo? I czego jeszcze zażąda od dyplomaty wywiad? Fakty historyczne dotyczące Hiszpanii są powszechnie znane, zatem tutaj niespodzianki nie będzie. Pozostałe wątki są fikcyjne, stworzone przez autora, więc tu może wydarzyć się wszystko.

Punkt z oceny zniknął w trakcie lektury, kiedy co rusz natrafiałam na różne błędy, m.in. zaburzony szyk zdań, literówki czy całkowicie połknięte litery. Myślę, że jest ich trochę za dużo, a mnie to akurat denerwuje i wybija z rytmu czytania.

W przygotowaniu są dwie kolejne części przygód polskiego dyplomaty. Myślę, że sięgnę przynajmniej po tom drugi, ponieważ akcja będzie rozgrywać się podczas II wojny światowej, a to moje klimaty. Tom trzeci będzie związany z Powstaniem Warszawskim i koszmarem kończącej się wojny, więc również zapowiada się interesująco.


Tytuł: „Kurier z Toledo”
Autor: Wojciech Dutka
Gatunek: powieść szpiegowsko-sensacyjna z historycznym tłem i wątkiem miłosnym
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: LIRA

Moja ocena: 5/6
   

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu LIRA


piątek, 15 marca 2019

"Pani Henryka i morderstwo w autokarze" Katarzyna Gurnard - recenzja


Moje drugie spotkanie z panią Henryką Orłowską uważam za bardzo udane. Lekka powieść, napisana z humorem i zagadką kryminalną, to idealna propozycja na popołudnie po długim, męczącym dniu. Przyznam jednak, że czytałam nie tylko po południu, ale właściwie w każdej wolnej chwili ;-) 

Tym razem Pani Henryka postanowiła zafundować sobie odrobinę luksusu i wykupiła wycieczkę do Paryża. Wraz z nią w podróż wyrusza kilka nieznanych emerytce osób. Autorka postarała się, by postacie były różnorodne, więc z przyjemnością poznawałam kolejnych bohaterów powieści. Niezawodna pani Henia szybko poznaje kolejnych współpasażerów, a dzięki jej obserwacjom zaznajamiamy się z nimi całkiem nieźle. Kierowca autokaru, pan Ireneusz, jest niezwykle przeczulony na punkcie swojego wspaniałego pojazdu i nie pozwala pasażerom na żadne ekscesy w stylu picia czy jedzenia w jego wnętrzu. Ani w ogóle na nic poza siedzeniem na fotelach. Pani przewodniczka Urszula natomiast większość czasu podczas jazdy spędza w świecie filmów i seriali, które ogląda nałogowo na telefonie. Wśród uczestników wycieczki mamy też dwa małżeństwa, Krystynę i Stanisława oraz Franceskę i Kacpra, pewnego początkującego pisarza, a także wirtuoza smaku. Kto z nich zginie i w jaki sposób? Odpowiedzi na te pytania poznacie sięgając po drugi tom przygód pani Henryki. 

Najlepiej rozumiem chyba Kacpra, który pracuje w bibliotece i nie może oderwać się od czytania książek :D Z dużym zainteresowaniem śledziłam poczynania Orłowskiej i naprawdę próbowałam zapamiętywać wszystkie szczegóły i szczególiki pojawiające się w treści. Przyznaję się, że mimo starań nie udało mi się wszystkiego przewidzieć ;-) Ale zabawę miałam przednią, szczególnie podczas lektury fragmentów, w których pani Henia wykorzystywała swoje zdolności aktorskie, aby uzyskać od "przesłuchiwanych" bohaterów potrzebne informacje. 

Przy okazji towarzyszenia głównej bohaterce podczas rozwiązywania sprawy, mamy okazję spędzić trochę czasu z jej zwierzakami, świnką morską, Biszkoptem, i kotkiem Czizem. Mali towarzysze Orłowskiej są bardzo pocieszni, a ich obecność dodaje ciepłego klimatu całej opowieści. Zdradzę Wam po cichu, że w toku śledztwa pojawi się jeszcze jedno zwierzątko...

Druga przygoda pani Henryki podobała mi się nawet bardziej niż pierwsza, więc liczę na kolejne spotkanie z samozwańczą panią detektyw.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce oraz wydawnictwu LIRA

piątek, 25 stycznia 2019

"Pani Henryka i morderstwo w pensjonacie" Katarzyna Gurnard - recenzja



Kolejne spotkanie z książką w formie audiobooka za mną. Muszę przyznać, że trudniej mi poznawać powieść słuchem, ale dałam radę. Audiobook wymaga jednak sporej koncentracji, jeśli chce się naprawdę wiedzieć o co chodzi, a nie po prostu odsłuchać nagrane rozdziały. W skupieniu pomogła mi czytająca powieść Elżbieta Kijowska, aktorka, której barwa głosu i interpretacja idealnie pasują do tej historii. Nie bez znaczenia pozostaje również świetna dykcja lektorki. 

Henryka Orłowska, emerytka mieszkająca w Łodzi, pewnego dnia otrzymuje zaskakującą przesyłkę. W wyniku zawartości otrzymanego listu kobieta staje się niespodziewanie  bogatsza o ładną sumkę, co postanawia wykorzystać wyjeżdżając do pewnego pensjonatu położonego na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Ma zamiar dobrze się bawić i odpoczywać, bo to jej pierwszy taki wypad, jednak jak to często bywa, los ma wobec niej zupełnie inne plany. Pewnego dnia pani Henia natrafia w pensjonacie na najprawdziwszego trupa. Nieboszczka to pokojówka Róża, która z całą pewnością nie zmarła z przyczyn naturalnych. Pani Henia postanawia osobiście zająć się znalezieniem sprawcy...

No dobra, po lekturze setek kryminałów zauważyłam tu pewne niedociągnięcia podczas prowadzenia śledztwa, ale to przecież kryminał na wesoło, więc nie takie rzeczy w tym wypadku są najważniejsze. Wymyślona przez autorkę intryga jest zgrabnie poprowadzona, zagmatwana i wciągająca. Z zainteresowaniem śledziłam losy bohaterów, włączając audiobook w każdej dogodnej chwili. Dłuższe przerwy podczas słuchania nie służą ciągłości, przynajmniej ja szybko zapominam w takiej sytuacji istotne szczegóły. 
Podobały mi się skonstruowane przez autorkę postacie. Każdy z bohaterów mógł zabić, właściwie każdy miałby motyw i sposobność. Nagłowiłam się wraz z panią Henią, a i tak nie wymyśliłam wcześniej ostatecznego rozwiązania. 

Panna Marple, stworzona przez Agatę Christie, to moja ulubiona detektyw w spódnicy. Przeczytałam wszystkie powieści z jej udziałem i lubię ją zdecydowanie bardziej niż Herculesa Poirota :-) Dlatego chyba, mimo całej sympatii, jaką darzę panią Henię, nie postawię obu pań na równi. Panna Marple zawsze będzie dla mnie ponad wszystkimi innymi bohaterkami tego typu. Ale istnieje sporo podobieństw między paniami, więc skojarzenie to nasuwa się samo. Chciałabym tylko, żeby pani Henryka nie zawsze była taka akuratna. Niech nas czymś zaskoczy! :-)

Polecam na zimowe wieczory i na poprawę humoru. Pani Henia to świetna towarzyszka zarówno w formie papierowej, jak i audiobookowej. Jestem bardzo ciekawa kolejnego tomu przygód emerytowanej detektyw, które już niedługo pojawią się na rynku wydawniczym. 


Za możliwość wysłuchania audiobooka dziękuję Storybox.pl

poniedziałek, 19 listopada 2018

"Wioletka na tropie zbrodni" Katarzyna Gurnard - recenzja


"Zawsze jest jakieś rozwiązanie, 
tyle że wymaga elastyczności".

Na książki autorstwa Katarzyny Gurnard zwróciłam uwagę jakiś czas temu, kiedy swoją premierę miała powieść "Pani Henryka i morderstwo w pensjonacie". Tytułowa bohaterka natychmiast skojarzyła mi się z moją ulubioną detektyw, Panną Marple. Nie miałam jeszcze okazji po nią sięgnąć, ale po lekturze "Wioletki na tropie zbrodni" czuję się zmotywowana, by poznać również panią Henrykę :-)

Wioletka szybko stała mi się bliska, ponieważ też miałabym poważny problem z pracą w takim miejscu, jakim była fabryka Słodka Babeczka. Chociaż wiele osób pracujących w cukierniach przekonywało mnie już, że te słodycze naprawdę w końcu się nudzą, jakoś im nie wierzę... W związku z tym nie szukałabym zatrudnienia w miejscu, gdzie od ręki dostępne są tak kaloryczne produkty, bo w moim przypadku byłoby to po prostu samobójstwo. I dlatego poznajemy Wioletkę w chwili, kiedy kończy jej się okres wypowiedzenia w fabryce.

Do zakończenia współpracy ze Słodką Babeczką zostało jej zaledwie kilka dni. Wioletka żałuje posady, bo trafiła na świetną ekipę, ale pochłanianie niezliczonej ilości babeczek każdego dnia w widoczny sposób odcisnęło się na jej wadze i sylwetce. Podjęła zatem tę, jakże trudną, decyzję dla własnego dobra. Ponieważ dziewczyna jest miłośniczką nie tylko wszelakich słodkości, ale także kryminałów i zagadek w nich zawartych, jej uwagę przykuwa dziwne zachowanie kolegów z pracy. Zaczyna obserwować kilka osób, które wydają jej się wyjątkowo podejrzane. Splot wydarzeń doprowadza ją do pewnych wniosków... 

Nie zdradzę finału tej sprawy, jednak mogę zagwarantować, że to nie będzie jedyna zagadka, którą przyjdzie rozwiązać samozwańczej pani detektyw. W dodatku, w przypadku kolejnej zagwozdki, nie zabraknie niebezpiecznych narzędzi zbrodni, krwi i wachlarza podejrzanych.  

"Wioletka na tropie zbrodni", jak już wspomniałam na początku, to moje pierwsze spotkanie z Katarzyną Gurnard. Muszę przyznać, że bardzo udane. Język powieści jest prosty i chociaż zdarzają się powtórzenia w tekście, to nie kłują specjalnie w oczy. Czyta się szybko i przyjemnie. Wiele razy ubawiłam się towarzysząc poszczególnym bohaterom i czytając ich dialogi. Zatem wszelkie warunki komedii kryminalnej zostały spełnione. 

Tworząc postacie Autorka wykorzystała sporo ludzkich przywar, które podane w odpowiedni sposób bawią, a nie denerwują. Mamy tu więc podsłuchujące sąsiadki z upodobaniem piszące donosy do wspólnoty mieszkaniowej (czyli osiedlowy monitoring, który zawsze czuwa), zmagania tytułowej bohaterki z dietami-cud czy problem z niesnaskami w rodzinie. Zupełnie jak za drzwiami naszych mieszkań w blokach z wielkiej płyty. Połączenie kryminalnej zagadki z codziennymi sprawami, występującymi chyba w każdej ludzkiej społeczności, to był strzał w dziesiątkę. 

Wbrew pozorom intryga zaproponowana przez Autorkę wcale nie była taka oczywista. Głowiłam się przez cały czas, kto zabił, ale nie połączyłam wszystkich faktów tak, by otrzymać opis całej zbrodni. Jednak zabawa podczas lektury była przednia. Może też powinnam sobie zrobić tablicę korkową, jak z serialu kryminalnego, w jaką zaopatrzyła się Wioletka? 

Polecam na długie listopadowe wieczory tym, którzy lubią zabawne, lekkie historie z odrobiną kryminału. 


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Autorce i Wydawnictwu Lira

piątek, 27 lipca 2018

"Nauczyciel tańca" Anna Dąbrowska - recenzja



Nie wiem, co mam sądzić o tej książce. Odczuwam tyle sprzecznych emocji, że trudno mi zebrać je w jakąś sensowną całość. Dlatego ta recenzja będzie raczej chaotyczna. Powieść "Nauczyciel tańca" mogłam przeczytać dzięki Michalinie z Książkowego Świata. Byłam ósmą czytelniczką, więc znalazłam w książce wiele zaznaczeń i komentarzy do treści. I bardzo dobrze, że tam były, bo chyba dzięki nim nie odłożyłam tej lektury... Ale po kolei.

Główni bohaterowie to Kaja i Dominik. Różnią się jak ogień i woda, czerń i biel. Pochodzą z różnych światów. Ona od dwóch lat opiekuje się młodszą siostrą, Sarą, po tym, jak ich rodzice zginęli w pożarze domu. Dwunastolatka w wyniku traumy przestała wtedy mówić. Dziewczynka kocha pewien styl taneczny i marzy o tym, by uczyć się tańca. Siostra nie rozumie jej pasji i nie cierpi głośnej muzyki, której słucha Sara. Zrobiłaby jednak wszystko, by dziewczynka wyszła z mutyzmu. Pewnego dnia lekarka, do której siostry udają się na wizytę, zwraca Kai uwagę na to, jak zachowują się ludzie, kiedy chcą wyjść z trudnej sytuacji, podnieść się z jakiejś traumy. Poszukują pasji, przyjemności, którymi mogliby sobie "osłodzić" życie, starają się znaleźć sens dalszej egzystencji. Dla Sary taką receptą na powrót do normalności byłby taniec. Kaja obiecuje więc dziewczynce, że zapisze ją na lekcje...

Dominik, czyli tytułowy nauczyciel tańca, nie ma swojej szkoły. Ma za to za sobą straszne przeżycia z dzieciństwa i doświadczenia, które ciążą mu bardzo i zniekształcają jego postrzeganie samego siebie i całego świata. Jego ukochany styl taneczny to krump i tylko taniec jest dla niego ważny. Taniec i inni tancerze, z którymi mieszka w jednej kamienicy i spędza czas. Nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby kogoś pokochać, a ewentualne spotkania z kobietami ogranicza do ostrego seksu, bez całowania i angażowania się. Kiedy Dominik postanawia z przyjacielem dać ogłoszenie o nauce tańca, na spotkaniu organizacyjnym zjawia się Kaja ze swoją siostrą. Choć początki są trudne, ostatecznie Dominik decyduje się uczyć Sarę, ponieważ odkrywa, że dziewczynka ma ogromny talent i pasję. Dla niej zaś jest to chwilowo jedyny sposób na wyrażenie swoich emocji. Ma to być rodzaj terapii.

Kaja i Dominik nie pasują do siebie. Ona nie rozumie jego pasji, on nie potrafi pojąć niektórych jej zachowań. Mimo to między nimi pojawia się nikła więź, którą próbują nieporadnie wzmocnić. Czy uda im się ocalić rodzące się uczucie? Czy Sara spełni marzenie o tańcu? I czy dziewczynka w końcu przemówi?

Taka z tego wyszła przedłużona wersja "Żurawia i czapli", ale w sumie o to chodzi w romansach, nieprawdaż? Tylko te ciągłe kłótnie i odchodzenie z fochem... Raz jedna strona była obrażona, a za chwilę druga odwracała się na pięcie i uciekała. Jednak to nie jedyny motyw w tej powieści. Znajdziemy tu również takie tematy, jak śmierć i radzenie sobie po stracie bliskich osób, przemoc czy przepracowywanie w tańcu agresji i złości.

Mam wrażenie, że bardzo trudno jest opisywać historię, w której taniec odgrywa dużą rolę. Taniec bowiem jest szybki, dynamiczny, pełen emocji. Ciężko takie rzeczy przekazać słowem pisanym. O wiele łatwiej nakręcić film i wiele już takich powstało. Oglądałam je z przyjemnością, bo chociaż nie umiem tańczyć i kompletnie się na tym nie znam, lubię oglądać innych tańczących. A jeśli do tego jest jeszcze jakaś ciekawa fabuła, tym bardziej mam przyjemność z oglądania. Nawet spojrzałam sobie w sieci, jak wygląda ten cały krump i muszę przyznać, że łatwy to on nie jest. Autorka musiała zrobić porządny research w tym temacie,  ponieważ w powieści znajdziemy nie tylko nazwy poszczególnych ruchów, ale i konkretne opisy tańca oraz tytuły poszczególnych piosenek, wykorzystywanych przez krumperów.  

Na okładce przeczytamy między innymi takie słowa: "Ta książka pokazuje, że miłość może przezwyciężyć wszystko!" Zgadzam się, pokazuje, ale muszę przyznać, że sposób, w jaki dochodzimy do tej konkluzji, nie do końca przypadł mi do gustu. 
Przede wszystkim podczas lektury można odnieść wrażenie, że czytamy o dwudziestolatkach, tymczasem Dominik ma 33 lata, a Kaja 27, więc nie są to już małolaty, choć tak się czasami zachowują. Dwunastoletnia Sara okazuje się w wielu sytuacjach dojrzalsza niż jej starsza siostra! 
Możliwe, że kolejne czytelniczki book tour będą wieszały na mnie psy, ale nie mogłam się powstrzymać przed zaznaczaniem w książce czasownika, który autorka musi bardzo lubić: wycedzić. Bohaterowie cedzą słowa w każdych okolicznościach, niezależnie od nastroju, chociaż jest to czasownik zarezerwowany dla emocji negatywnych. Nie chcecie wiedzieć, ile ich naliczyłam...
Pojawia się też pewna niekonsekwencja w przypadku postaci Dominika. Według opisu jest to człowiek, który w wyniku doświadczeń z przeszłości ma problem z dotykiem. Nie toleruje go i nie pozwala się dotykać. Tymczasem okazuje się, że przechodzi mu to jak ręką odjął, kiedy poznaje Kaję. Jakoś tak trochę za szybko to poszło, w dodatku w asyście pewnej, według mnie wyolbrzymionej, sytuacji... 

Dość drewniane dialogi trochę zniechęcały, ale trafiło się kilka naprawdę zabawnych, przy których się zaśmiałam. 

A te zdrobnienia imion... No nie mogłam sobie po prostu wyobrazić tego bohatera, z dziarami, w dziwnej fryzurze i ciuchach krumpera, kiedy inni zwracali się do niego per "Domi"... Uhh...

Zakończenie zaskakuje i podnosi ciśnienie. Szkoda, że dopiero po koniec książki zaczyna się naprawdę dziać, ale ten finał ratuje całość. Wprawdzie podejrzewałam to i owo, ale nie wszystkiego domyśliłam się wcześniej. Pojawiają się odpowiedzi na pewne pytania, wyjaśniają się tajemnice, jednym słowem końcówka powieści namiesza w głowie czytelnika.  


Nie wiem, czy ją polecam. Każdy powinien zdecydować sam, czy chce ją przeczytać. Wiele zależy od tego, czego spodziewamy się po danej lekturze. Jeśli kochacie takie filmy jak "Dirty dancing", "W rytmie hip-hopu" czy "Kochaj i tańcz", to tutaj nie znajdziecie tego emocjonalnego zadziora, który sprawia, że historia łapie za serce i wyżyma je jak ręcznik tancerza mokry od potu po udanym treningu.


Długo myślałam, czy napisać swoje odczucia po lekturze i uznałam, że trudno, zaryzykuję, ponieważ uważam, że nie mogę napisać czegoś, z czym się nie zgadzam. Dlatego starałam się napisać obiektywnie o wszystkim, co przyszło mi do głowy. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam swoją recenzją :)