Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 stycznia 2020

"Miejsce i imię" Maciej Siembieda - recenzja



„Najciekawsze są tajemnice, których nie zdołano poznać”.

Nie mam zielonego pojęcia jak to się stało, że powieść Macieja Siembiedy „Miejsce i imię” spędziła na mojej półce tak dużo czasu, zanim po nią sięgnęłam. Na szczęście błąd ten ostatnio naprawiłam i bardzo jestem zadowolona ze spędzonego z tą książką czasu.

„Miejsce i imię” to drugi tom cyklu o byłym prokuratorze IPN Jakubie Kani. Tym razem Kuba otrzymuje zlecenie odnalezienia grobu holenderskich Żydów, którzy zginęli w obozie koncentracyjnym na Górze Świętej Anny. Miejsca złożenia zwłok poszukują jubilerzy z pewnej prywatnej organizacji żydowskiej. Kierują się potrzebą serca i chęcią położenia na tym miejscu pamiątkowej tablicy nagrobnej. Dzięki temu dadzą pomordowanym pobratymcom „miejsce i imię”. Jakub, rzecz jasna, nie zastanawia się długo. Podejmuje wyzwanie i rozpoczyna śledztwo, chociaż nie spodziewa się, do jakich rewelacji się dokopie.

Przygodę z tą lekturą rozpoczynamy w Amsterdamie lat czterdziestych, mieście słynącym z genialnych szlifierzy diamentów. Później, z każdym kolejnym rozdziałem, zaliczamy przeskoki w czasie i przestrzeni między współczesnością a czasami II wojny światowej, a także latami dwudziestymi poprzedniego stulecia. Opisywane wydarzenia wiążą się ze sobą na różnych poziomach. Sieć tych powiązań jest momentami tak misterna, że trzeba się skoncentrować, by nie pominąć istotnych dla zrozumienia fabuły szczegółów.

Miejsce, wokół którego rozgrywa się większość opisywanych zdarzeń, to Góra Świętej Anny i usytuowany tam w czasach wojny obóz koncentracyjny. Głównym zajęciem więźniów było budowanie autostrady, jednak hitlerowcy znaleźli świetny sposób na biznes. Do obozu sprowadzili potajemnie żydowskich szlifierzy diamentów i umożliwili im wytwarzanie brylantów w specjalnie do tego celu stworzonej Strefie Wydzielonej. Wraz ze szlifierzami do obozu trafił również Dawid Schwartzman, skazany na dożywocie. W jaki sposób stał się Johanem Pinto i trafił do Annabergu, tego nie zdradzę. To świetny wątek, który zdecydowanie musicie poznać sami.

Wraz z Jakubem Kanią nad sprawą pracuje oficer ABW Teresa Barska (której powiedzonka są bardzo ciekawe), a sporo krwi napsuje mu niejaki Wiesław Paluch, przez którego Kuba stracił posadę prokuratora w IPN. Czy wszyscy oni mają ten sam cel, którym jest odnalezienie miejsca pochówku holenderskich Żydów?

Maciej Siembieda wykonał kawał dobrej roboty. Powieść jest dopracowana i podparta solidnym researchem. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że książka napisana jest piękną polszczyzną. Dla mnie jakość tekstu jest równie ważna, co fabuła, ponieważ dzięki temu mam pełen komfort podczas lektury.

Autor pisze w posłowiu, że „Miejsce i imię” to opowieść fikcyjna, jednak inspirowana wydarzeniami prawdziwymi. Czym jest słynny na cały jubilerski świat czarny szlif? Kim jest Edyta Rhode? W jaki sposób Paluch będzie próbował przeszkodzić Kani w odnalezieniu szczątków Holendrów? I kto tak naprawdę zlecił to zadanie? Co jest prawdą, a co powstało w wyobraźni autora? Tego wszystkiego dowiecie się z powieści.

Tytuł: „Miejsce i imię”
Autor: Maciej Siembieda
Gatunek: sensacja, thriller
Liczba stron: 488
Wydawnictwo: Wielka Litera
Cykl: Jakub Kania, tom 2


Moja ocena: 6/6


poniedziałek, 6 sierpnia 2018

"444" Maciej Siembieda - recenzja


Mam na półce "Miejsce i imię" tego autora. Książka patrzy na mnie błagalnie od dłuższego czasu, ale w sumie dobrze, że nie miałam kiedy po nią sięgnąć, ponieważ zorientowałam się niedawno, że to drugi tom cyklu o prokuratorze IPN-u, Jakubie Kani. Tom pierwszy zaś to właśnie recenzowane przeze mnie teraz "444". Czy jestem zadowolona z lektury? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie poniżej :-)

Jakub Kania, prokurator IPN-u, czeka na spotkanie z niejakim Pawłem Włodarczykiem, dziennikarzem. Mężczyzna zamierza przedstawić Kani pewną teorię dotyczącą zaginionego obrazu Jana Matejki "Chrzest Władysława Warneńczyka" i swoje wnioski z poszukiwań, które przeprowadził. Niestety, dziennikarz nie dociera na miejsce spotkania. Jego auto taranuje tir, a Włodarczyk ginie na miejscu. Już na wstępie dowiadujemy się, że to nie był przypadek, lecz zaplanowane zabójstwo. Komu zależało na śmierci zwykłego dziennikarza z jednej z warszawskich gazet?
Kania, kiedy dowiaduje się o wypadku Włodarczyka, rozpoczyna własne śledztwo związane z obrazem. Intryguje go spowijająca malowidło tajemnica. W dodatku okazuje się, że wcale nie jest pierwszym prokuratorem, który próbował wyjaśnić zagadkę obrazu i ukrytej w nim przepowiedni. W dodatku jego poprzednik również zginął w wypadku...  
Czego dotyczy przepowiednia? W skrócie, by nie zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko, że chodzi o próbę pojednania dwóch religii: chrześcijaństwa i islamu, czego będzie mógł dokonać wybraniec (łącznie narodzi się ich czterech), przychodzący na świat co 444 lata. W związku z tym w powieści obserwujemy wydarzenia z wszystkich czterech okresów: w roku 998, 1444, 1881 oraz 2332. Opisywane czasy nam współczesne zarezerwowane są dla Kani i jego śledztwa. Przyznam, że były momenty w tej wędrówce między czterema okresami w dziejach, które trochę mi się dłużyły, ale jednak musiałam przeczytać całość, aby nie stracić wątku. Najmniej przypadł mi do gustu przeskok w przyszłość, ale rozumiem, że taki był zamysł autora i ta część stanowi całość z wcześniejszymi rozdziałami. 

Postaci w tej powieści jest naprawdę całe mnóstwo i trzeba się nieźle spiąć, aby je wszystkie ogarnąć i powiązać z opisywanymi wątkami. Pomocny może okazać się spis bohaterów, który znajdziecie na końcu książki. 
Bohaterowie są dopracowani, wielowymiarowi, prawdziwi. Poznajemy ich trochę bliżej, włącznie z ich przeszłością, dzięki czemu lepiej rozumiemy ich zachowania i decyzje, które podejmują.   

Jestem pełna podziwu dla pracy, jaką autor włożył w przygotowanie się do napisania tej powieści. Research musiał zrobić potężny i naprawdę szczegółowy, bo opisy historyczne są świetnie dopracowane. Wszystko napisane jest tak, że nie sposób dostrzec, gdzie przebiega linia między prawdą a fikcją literacką. Zawsze podziwiałam ludzi, którzy potrafią na tyle opanować dane wiadomości, by umieć tak plastycznie opisać sceny bitew czy innych wydarzeń historycznych.    

Powieść skojarzyła mi się w pewnym stopniu z twórczością Dana Browna czy Jamesa Rollinsa, ale autor pisze zdecydowanie spokojniej. Akcja nie pędzi na łeb na szyję, jak w cyklu Sigma Force, gdzie każda strona przynosi jakiś szok. Tutaj musiałam przestawić się na trochę wolniejsze tempo, by poznać wszystkie wątki i powiązać je tak, by zrozumieć odkrywaną przez kolejne rozdziały tajemnicę.
Urwałam jeden punkt, bo to ocena w stu procentach subiektywna, więc moja, ale nie sugerujcie się :-) Dla mnie to po prostu był bardzo, ale to bardzo spokojny thriller, którego akcja rozwijała się dość leniwie. Dreszczyk emocji pojawił się w chwili, kiedy dotarłam do śledztwa Kani. Resztę czytało mi się jak powieść historyczną. Jestem bardzo ciekawa, czy drugi tom serii napisany jest w podobny sposób, więc myślę, że sięgnę po niego w niedalekiej przyszłości :-)


Recenzja powstała w związku z promocją książek biorących udział w niezależnym konkursie "Brakująca Litera" 2017

środa, 13 czerwca 2018

"A ja żem jej powiedziała" Katarzyna Nosowska - recenzja



EDIT [14.06.18]: Ponieważ początek tej recenzji wklejony na FB wywołuje palpitacje serca u wielu użytkowników portalu, od razu informuję, iż NIE uważam Kasi Nosowskiej za celebrytkę ;-) Użyłam takiego określenia celowo, by zainteresować potencjalnego odbiorcę. Nie sądziłam jednak, że zamiast spojrzeć do recenzji, większość osób będzie bazować na tym pierwszym zdaniu :D Zatem mój zabieg odniósł skutek tylko połowicznie, jak widać ;-)
***

Właściwie reaguję wysypką na książki celebrytów. Dlaczego więc zdecydowałam się na zakup i lekturę książki Kasi Nosowskiej? Pewnie dlatego, że nigdy nie postrzegałam jej jako typowej celebrytki. Uważam, że choć jest osobą znaną (bardzo lubię ją i jej muzykę), to nie dała się wciągnąć w wir showbiznesu. I szanuję ją za kompletny brak syndromu pod nazwą "pchaj się na afisz, wszystko jedno co będą mówić, byle było o tobie głośno". Inna sprawa, że nie jestem tak zachłanną fanką, która musi wiedzieć wszystko o piosenkarce, więc może coś mnie ominęło? ;-) W każdym razie zauważyłam ostatnio szum medialny wokół książki "A ja żem jej powiedziała..." i podrążyłam temat. Obejrzałam ciekawy wywiad na YT i filmiki na IG. Bawiłam się świetnie. To niesamowite, że każdy kolejny filmik ma setki komentarzy!
Nasuwa się więc pytanie, czy w przypadku takiego fejmu nadal powinnam uważać, że Kasia Nosowska nie pcha się na afisz? ;-)



Czytając zastanawiałam się, ile z tych tekstów pochodzi faktycznie z życia piosenkarki. I nie mam tu na myśli tych oczywistych, w których sama to przyznaje. Każdy króciutki rozdział zawiera mnóstwo treści, również takiej ukrytej między wierszami. I podoba mi się to, że widać z tych tekstów, jak wiele fajnych rzeczy ma do powiedzenia pani Kasia. I jakie to jest zwyczajne, a nie celebryckie. Wielka ulga, że to jest naprawdę kobieta taka, jak my wszyscy. 

Nie mogłam sobie odmówić przyjemności odnalezienia na IG wspomnianych filmików. I przepadałam! :D Obejrzałam, zaobserwowałam i zamierzam śledzić :-) Bo niewiele jest osób, które potrafią z takim dystansem podchodzić do samego siebie. I żartować, ze smakiem i wyczuciem. To się teraz naprawdę rzadko zdarza.  

I dziękuję pani Agacie Kuleszy, że "stworzyła" instagramową Kasię Nosowską :-)