Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Knedler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Knedler. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 grudnia 2024

"Grudniowy dom" Magda Knedler - recenzja


Tytuł: "Grudniowy dom"
Autor: Magda Knedler
Gatunek: powieść obyczajowa z wątkiem wojennym
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: Otwarte

Moja ocena: 6/6

Po dłuższej przerwie wróciłam do pióra Magdy Knedler. W kolejce czeka jej kolejna powieść, ale na pierwszy ogień poszedł "Grudniowy dom". Piękna świąteczna okładka skrywa historię pełną tajemnic i determinacji głównej bohaterki w ich odkrywaniu. Nie znajdziecie tutaj słodkich smakołyków ani zapachu pierniczków, za to spodziewajcie się układanki z wielu elementów umiejscowionych w przeszłości.

Kamila dziedziczy poniemiecki dom, który był własnością jej babci. Wnuczka spędzała ze starszą panią czas, jednak nigdy nie rozmawiały szczerze o życiu i rodzinnych sprawach. babka była osobą skrytą i milczącą. Kiedy dziewczyna zamieszkała w jej domu po śmierci seniorki, szybko zorientowała się, że tak naprawdę nic o niej nie wie. Czy jest już za późno, by poznać przeszłość i odkryć rodzinne tajemnice?

Listy pozostawione przez babkę, nagranie, wskazówki prowadzące do różnych osób i miejsc, a w tym wszystkim Kamila i... dwóch młodych mężczyzn. Tak, tak, pojawi się również delikatny wątek miłosny. Drugim torem wędruje inny zestaw bohaterów, tych sprzed lat, którzy kiedyś mieszkali w poniemieckim domu pełnym duchów.

Jak to zwykle u Magdy Knedler bywa, nic nie jest tu oczywiste i przewidywalne. Kolejne etapy poszukiwań prowadzą Kamilę do odkrywania naprawdę interesujących wydarzeń. Wiele razy jest zaskoczona, kiedy orientuje się, że inni ludzie znali babkę znacznie lepiej, wiedzieli o niej więcej, że to innym starsza pani się zwierzała i opowiadała o swojej młodości. Nie raz zakłuło ją w sercu na myśl o tym, że z nią babka tak rozmawiać nie chciała... Dlaczego? 

Z czasem okazuje się, że starsza pani przez całe lata przygotowywała dla wnuczki nić, po której Kamila miała dotrzeć do kłębka, zgłębiając rodzinne sekrety. Znała dziewczynę tak dobrze, że wiedziała, iż wrodzona dociekliwość nie pozwoli jej zarzucić poszukiwań, dopóki nie odkryje wszystkich puzzli. Biorąc pod uwagę to, że nie jest to zwykła układanka, ale wielowątkowa opowieść, zdradzę Wam, że sporo się tu dzieje.

Polecam, chociaż uprzedzam, że nie jest to typowa świąteczna opowieść. 

piątek, 13 marca 2020

"Położna z Auschwitz" Magda Knedler - recenzja



Historię Stanisławy Leszczyńskiej, położnej z Auschwitz, miałam okazję poznać dzięki Book Tourowi, który zorganizowała Pasjo&Matka. Pięć rozdziałów, których tytuły składają się na kojarzące się z Leszczyńską hasło, zawiera opowieść pełną wstrząsających wydarzeń. Sytuacji, które dziś wydają nam się nieprawdopodobne.

Stanisława Leszczyńska już przed wojną pracowała jako położna. Witała na świecie dzieci z pasją i powołaniem. Biegła na wezwanie do rodzącej o każdej porze dnia i nocy. Poświęcała się całkowicie, do tego stopnia, że również w Auschwitz w końcu trafiła do sztuby położniczej, gdzie ratowała maleństwa i ich matki przed śmiercią. I chociaż po pewnym czasie większość dzieci zabijano, jednak na świat wszystkie przychodziły żywe, dzięki troskliwej opiece Mamy, jak ją nazywały położnice. Mimo strasznych warunków, głodu, zimna i braku podstawowych środków higienicznych, Leszczyńska dokonywała cudów, organizując co się dało dla swoich podopiecznych. Nie bała się również odmawiać uczestniczenia w zabijaniu dzieci, nawet przed samym Mengelem.    

Muszę przyznać, że nie czytało mi się tej książki łatwo. I nie chodzi tylko o tematykę obozową. Klimat w niej stworzony przypominał mi wizyty w muzeum Auschwitz, gdzie ma się wrażenie, że powietrze wciąż jest ciężkie od wydarzeń, które rozgrywały się tam w czasie wojny. Że cisza napiera na człowieka, próbując zwrócić jego uwagę na cierpienie, które wylało się tam na ludzkość w ilości niewyobrażalnej. Częste przeskoki w czasie przeszkadzały mi jednak wczuć się w poszczególne wątki. Krótkie rozdziały stanowiły urywki większej całości, którą trudno mi było złożyć, by zobaczyć pełny obraz. Może gdybym miała możliwość usiąść i przeczytać wszystko za jednym razem, byłoby mi łatwiej go dostrzec. Myślę, że tytuły poszczególnych podrozdziałów miały za zadanie usystematyzować trochę ten czasowy chaos, ale mnie nie pomogły. Długo nie mogłam się połapać, o co w nich chodzi.

Największe wrażenie wywarły na mnie fragmenty opisujące perspektywę doktora Mengelego. Jego spojrzenie na obóz, Stanisławę, więźniów. I przemyślenia uzupełnione o muzyczne skojarzenia. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby w obliczu tak nieludzkich działań, równocześnie zastanawiać się nad pięknem ulubionych utworów muzyki klasycznej?
    
Widać ogrom pracy, jaki autorka włożyła w przedstawienie tej historii. Wykorzystała „Raport położnej z Oświęcimia” i wspomnienia położnic, którym przyszło rodzić w obozie, pod opieką Leszczyńskiej. Narratorka jest postacią wykreowaną na podstawie wspomnień kilku więźniarek z Birkenau.

Styl Magdy Knedler określiłabym jako oszczędny. Pisarka nie epatuje wielkimi słowami, nie nadużywa emocji, nie tworzy pod publiczkę. Wszystko, o czym pisze, jest wyważone i przemyślane. Pani Knedler zajmuje wysoką pozycję na liście moich ulubionych twórców, chociaż nie zawsze jest nam po literackiej drodze. Jednak ta książka powinna być czytana i polecam ją Waszej uwadze. Stanisława Leszczyńska to postać, którą należy znać i o niej pamiętać, a Magda Knedler przedstawiła ją w piękny sposób.

Tytuł: „Położna z Auschwitz”
Autor: Magda Knedler
Gatunek: literatura obozowa, biografia
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: MANDO

Moja ocena: 5/6


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Pasjo&Matce,
która zorganizowała ten fantastyczny Book Tour

czwartek, 3 października 2019

"Dziewczyna kata" Magda Knedler - recenzja



Kiedy zaczynacie czytać książkę, z pewnością zwracacie uwagę na jej tytuł. Czy zajmuje on Waszą uwagę? Zastanawiacie się, czy tytuł okaże się adekwatny do treści? I wreszcie, czy sugeruje Wam on tematykę? Spodziewacie się wtedy czegoś konkretnego?
Tytuł powieści często sugeruje przynajmniej główny zarys fabuły i sprawia, że fiksujemy się na tym, co nam podpowiada. Zatem, czy „Dziewczyna kata” faktycznie opowiada o tytułowej postaci?

Julia Zan, dziennikarka i córka znanej niegdyś piosenkarki i kompozytorki tekstów piosenek, prowadzi w radiu program o nietypowych, zabytkowych przedmiotach, które mają swoją historię, wartą opowiedzenia na antenie. Pewnego dnia, dzięki przyjacielowi Antoniemu, Julia natrafia na interesujący ślad dotyczący kufla Messenhamera, będącego częścią znanego skarbu z Bremy. Dziennikarka poznaje ekscentrycznego jubilera, który robi na niej wrażenie swoim niecodziennym zachowaniem. Mężczyzna zwraca jej uwagę na pewien niezbyt znany szkicownik sprzed wieków i narysowaną w nim broszę. Julia nie bardzo rozumie, o co mu chodzi, ale łapie haczyk i zaczyna szukać odpowiedzi na rodzące się z każdą chwilą pytania.
W siedemnastowiecznym Presslawiu obserwujemy Magdalenę, córkę karczmarza, której marzeniem od zawsze było pomaganie ludziom. Niestety, prostota i dobroduszność, którymi kierowała się w życiu, sprowadziły na nią nieszczęście. Zanim jednak do tego doszło, między nią a katem Michaelem narodziło się nieśmiałe uczucie. Niestety, profesja kata uważana była za nieczystą i w związku z tym kobieta nie mogła tak po prostu wyjść za mężczyznę, który w ten sposób zarabiał na życie. Wiązałoby się to bowiem z wykluczeniem i życiem na uboczu społeczności. Czy Magdalena zdecyduje się poświęcić wszystko dla ukochanego? Czy splot wydarzeń pozwoli im być razem? Jak potoczą się losy Michaela i kolejnych bohaterów z nim związanych? Czego Julia dowie się w toku swojego prywatnego śledztwa?  

Akcja rozgrywa się niespiesznie w dwóch przestrzeniach czasowych: współczesnym Wrocławiu i siedemnastowiecznym Presslawiu. Na chwilę lądujemy również na Wileńszczyźnie podczas drugiej wojny światowej i w niemieckim miasteczku Stolpen. Wszystkie te przeskoki służą wyjaśnieniu zagadki słynnego kufla, od której wszystko się zaczęło. Kolejne tematy, odkrywane przez Julię podczas studiowania dostępnych w bibliotece dokumentów sprzed lat, ubogacają fabułę i poszerzają znacznie zakres zawartych w niej wątków.

Powieść napisana jest pięknym językiem, czego się, rzecz jasna, spodziewałam. Pióro Magdy Knedler jest nie do podrobienia. Jednocześnie jest to tekst trudny i wymagający skupienia. Siedemnastowiecznym bohaterom powieści towarzyszymy przez około dwadzieścia pięć lat. Przedmioty, o których mowa, mają skomplikowaną historię, o czym szybko przekonuje się Julia. Znów widać ogromną pracę badawczą, którą autorka musiała wykonać, by powieść była wiarygodna, choć wiele opisanych w niej wydarzeń i postaci to fikcja literacka. Jednak po raz kolejny przekonuję się, że żeby z garści faktów historycznych, wrocławskich legend i mnóstwa fikcyjnych elementów stworzyć tak rozbudowaną i pełną emocji opowieść, to trzeba być po prostu Magdą Knedler.

Fragment, który najbardziej mnie zainteresował, dotyczył życia kata, jego codzienności, przeżywanych emocji, radzenia sobie z tym, że codziennie pozbawia kogoś życia, i obowiązków, które musiał wykonywać. Nie przypuszczałam, że temat ten okaże się tak interesujący i wciągający. Mogłabym przeczytać książkę tylko i wyłącznie o życiu Michaela, serio. Postać ta ma tak niesamowity potencjał, że aż mi się przykro zrobiło, kiedy okazało się, że ten wątek to zaledwie jeden z elementów całej powieści.    

Wrócę do pytania postawionego w pierwszym akapicie. Dla mnie ta powieść nie jest o dziewczynie kata. Nie wyłącznie o niej. Bardziej jest to opowieść o nieszczęśliwej miłości, tej zakazanej i tej nieodwzajemnionej. O bólu niespełnienia i wyrzutach sumienia. Część współczesna zaś to historia o samotności i dwoistości ludzkiej natury. To zaskakujące, jak często postrzegamy kogoś z perspektywy jego zachowania w określonych okolicznościach, a nie potrafimy dostrzec jego prawdziwego „ja”, które niejednokrotnie jest całkowicie odmienne od tego prezentowanego światu.

Co znajdziecie na kartach powieści? Będą procesy czarownic (z drastycznymi szczegółami!), tajniki zawodu kata, poszukiwania tajemniczej broszy i ludzkie namiętności. Polecam.




Tytuł: „Dziewczyna kata”
Autor: Magda Knedler
Gatunek: literatura piękna
Liczba stron: 448
Wydawnictwo: MANDO

Moja ocena: 6/6

sobota, 25 maja 2019

"Moje przyjaciółki z Ravensbrück" Magdalena Knedler - recenzja


Początkowo chciałam wpisać w metryczce książki, że to literatura współczesna, ale to bardzo szerokie pojęcie. Ostatecznie zdecydowałam, że określenie jej mianem historyczno-obyczajowej pozwoli szybciej sklasyfikować powieść komuś, kto nie ma pojęcia, o czym tym razem opowiada nam autorka. Nie wiem czy uda mi się napisać krótko, ponieważ mnóstwo myśli chodzi mi po głowie po tej lekturze.

Pewnego dnia młoda pisarka Ida Breza znajduje na progu swojego mieszkania tajemniczą paczkę. Jest to brulion z rękopisem książki. Dołączono również prośbę o wydanie jej. Pisarka nie wie, kto podrzucił jej tekst, ani nie zna autora zapisków. Poszukiwania tego drugiego zajęły jej osiem lat i nie przyniosły żadnych rezultatów. Poza tym Ida szybko zorientowała się, że imiona bohaterek tekstu są wymyślone. Postanawia zatem odnaleźć ich prawdziwe tożsamości na podstawie informacji zawartych w powieści. 
Książka została ostatecznie wydana bez podania nazwiska autora, co Ida odebrała jako osobistą porażkę. Sprawa tajemniczego autora owładnęła kobietą całkowicie i zaważyła na wielu decyzjach, które podjęła w życiu. Jak wiele była gotowa poświęcić Ida w pogoni za rozwiązaniem zagadki?  Czy uda jej się tego dokonać po tylu latach?

Akcja powieści toczy się dwutorowo. Obserwujemy  na przemian współczesną bohaterkę, Idę, i jej otoczenie oraz koszmar KL Ravensbrück i cztery kobiety, Marię, Helgę, Sabinę i Bente, które los połączył w tym strasznym miejscu. Wydawać by się mogło, że okrutna obozowa codzienność wyklucza istnienie takich uczuć, jak miłość, przyjaźń czy współczucie i empatia. Tymczasem więź, która powstała między czterema kobietami zadziwia siłą i czystością intencji. Są diametralnie różne, pochodzą z odmiennych środowisk i trafiły do obozu z innych powodów, a mimo to, dbają o siebie, pomagają sobie i wspierają wzajemnie. Można powiedzieć, że we cztery utrzymują się przy życiu, przy okazji pomagając innym więźniarkom. 

Magdalena Knedler w niepowtarzalny sposób snuje opowieść o życiu swoich bohaterek, zarówno tych sprzed lat, jak i żyjących współcześnie. Pięknym językiem maluje obrazy przedstawiające kolejne dni, tygodnie i miesiące życia więźniarek, a także zmagania Idy z odkrywaniem kolejnych elementów układanki. Kobiecie nie daje spokoju myśl, że ma wszystkie odpowiedzi na wyciągnięcie ręki, a kluczem jest podrzucony jej tekst.      

Do tej pory skupiałam się głównie na Auschwitz i życiu w gettach, a o Ravensbrück nie czytałam wiele. Dzięki Magdalenie Knedler mogłam poznać to miejsce z perspektywy więźniarek. Nie muszę chyba dodawać, że cała powieść jest dowodem ogromnej pracy, jaką wykonała autorka, by rzetelnie przedstawić prawdę historyczną.

Ta pełna trudnych emocji i obrazów obozowego życia książka, ukazująca niezwykłą siłę czterech kobiet i człowieczeństwo mimo nieludzkich warunków, w których przyszło im żyć, powinna być według mnie lekturą obowiązkową.





Książkę mogłam przeczytać dzięki współpracy z serwisem Jakkupowac.pl

czwartek, 18 kwietnia 2019

"Klątwa wiecznego tułacza" Magdalena Knedler - recenzja


Jeśli nie czytaliście pierwszego tomu, poniżej mogą znaleźć się spojlery.

Powróciłam do świata Charlotte po przerwie, by spróbować jeszcze raz wniknąć w tę historię. Bohaterką pierwszego tomu dylogii Magdaleny Knedler była nastolatka, córka jubilera, która zaczynała nieśmiało projektować biżuterię. W ten sposób starała się zbliżyć do zdystansowanego ojca. Wśród jej pasji znalazła się między innymi gra na pianinie, a dzięki lekcjom poznała człowieka, który skradł jej serce. Wojna sprowadziła do jej domu żołnierza wymagającego opieki. Obecność Jaroslava otworzyła dziewczynie oczy na mroczną stronę życia, której do tej pory, wychowywana pod kloszem, nie dostrzegała. Naiwnie wyglądała dostatniego życia w dobrobycie i szczęściu. Niestety, los miał dla niej inną propozycję, zdecydowanie ubogą w radości. I wojna światowa szybko zmieniła spojrzenie Lotki na nią samą oraz na otaczających ją ludzi. 
Drugi tom rozpoczyna się zapiskami Charlotte z 1921 roku i prezentuje czytelnikowi starszą i bardziej doświadczoną przez życie Charlotte.  Znów obserwujemy świat oczami bohaterki, która wciąż prowadzi dziennik, notując swoje spostrzeżenia odnoszące się do wydarzeń rozgrywających się na świecie oraz w jej najbliższym otoczeniu. Nie są to jednak już codzienne szczegółowe zapiski, lecz wybiórcze, najważniejsze dla Lotte zdarzenia. Fabuła zmierza ku kolejnej wojnie, która wprowadzi w życie Lotte jeszcze większy chaos...  
   
Podczas lektury miałam wciąż z tyłu głowy świadomość, że autorka musiała spędzić wiele godzin nad publikacjami różnego typu, opisującymi czasy, w których żyje główna bohaterka. To ta postać bowiem łączy wszystkie wątki pojawiające się w fabule. Mistrzowsko zbudowane i dopracowane w każdym szczególe tło sprawia, że toczące się na kartach powieści losy Lotte i jej bliskich są bardzo realistyczne. 

Drugi tom dylogii, podobnie jak pierwszy, nie zachwycił mnie do końca i nie wciągnął bez reszty. Może to nie był dobry moment na tę lekturę? Może jej gabaryty mnie pokonały? A może ten gatunek nie jest dla mnie? Nie wiem. Nie będę więc tej powieści polecać ani odradzać, ponieważ uważam, że każdy powinien sam zdecydować, czy chce ją przeczytać i w jakim momencie swojego życia to zrobić. Z pewnością nie jest to książka, którą można czytać z doskoku, fragmentami. Jej fabuła to spójna, wielowymiarowa całość, wymagająca skupienia oraz umiejętności analizowania i łączenia faktów. 


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Novae Res

czwartek, 28 marca 2019

"Córka jubilera" Magdalena Knedler - recenzja


Czekałam na tę dylogię z niepewnością, co ze sobą przyniosą  bardzo obszerne tomy z intrygującymi okładkami. Lubię styl Magdaleny Knedler i język, którym pisze swoje powieści, więc nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tę publikację pominąć. Dostałam jednak coś, czego kompletnie nie spodziewałam się po tej lekturze, dlatego musiałam się bardzo skupić na analizie swoich wrażeń po przeczytaniu pierwszego tomu. Postaram się napisać o wnioskach z tych moich rozmyślań, żeby uzasadnić swoją ocenę. Wytrwajcie do końca ;-)


"Każdego ranka otwieramy oczy i musimy żyć. Chyba nie ma dla człowieka nic trudniejszego".

Główną bohaterką powieści, tytułową córką jubilera, jest Charlotte Saidermann - Aber, Żydówka polskiego pochodzenia, z dość bogatej rodziny. W chwili, gdy ją poznajemy, Lotte ma siedemnaście lat i jest wychowywana przez ciotkę Wilhelminę oraz ojca, dość zdystansowanego i tajemniczego jegomościa. Matka Lotki nie żyje, więc ciotka stara się zastąpić nastolatce rodzicielkę. Chroni bratanicę przez złem świata i chowa ją pod kloszem, choć sama jest kobietą dość postępową, jak na czasy, w których żyją. 


"Chyba dlatego piszę. Na wypadek gdybym kiedyś obudziła się z pustką w głowie, w ciele starej kobiety, która nie pamięta swojego życia. A może nie tylko dlatego".

Akcja powieści rozgrywa się w czasie I wojny światowej. Monarchia Austro-Węgierska dobiega końca, a na arenie politycznej wiele się dzieje. Wojna zabiera kolejnych żołnierzy, nie patrząc na ich status społeczny. Lotka obserwuje wszystkie wydarzenia, czyta gazety i przysłuchuje się rozmowom prowadzonym podczas spotkań, w których uczestniczy. Na swój sposób próbuje poznać życie, które toczy się za murami jej bezpiecznego domu. 
I tyle, jeśli chodzi o fabułę, ponieważ nie chciałabym zdradzać zbyt wielu szczegółów. 


"Pewne rzeczy są ponad wojną. Muzyka, poezja, miłość. To, co przetrwa".

Sięgając po tę powieść spodziewałam się historii pełnej dynamizmu tamtych czasów, ale moje oczekiwania trochę rozminęły się z rzeczywistością. W powieści wiele się dzieje, to fakt, ale są to wydarzenia opowiedziane z perspektywy Lotte i jej dziennika, w którym zapisuje wszystkie interesujące ją sprawy. Uczestniczymy w nich zatem jedynie pośrednio, a właściwie jedynie się im przyglądamy. Analizy prowadzone przez nastolatkę na dłuższą metę były dla mnie trochę nużące. Przytaczane przez nią rozmowy i fragmenty różnych dokumentów czy książek nie porwały mnie. Brnęłam przez tekst bez większych emocji. Dialogi momentami wydawały mi się trochę sztuczne, prowadzone jakby na siłę, by zawrzeć w nich potrzebne informacje. Może gdybym była pasjonatką tamtych czasów, bardziej porwałby mnie stworzony przez autorkę klimat. Może porównywałabym zapiski bohaterki z tym, co pamiętam z historii. Bo ogromna wiedza i kawał dobrej roboty wyzierają z każdej strony. O tym, że Magdalena Knedler to chodząca encyklopedia z zakresu różnych dziedzin, wiem od dawna. Tutaj dodatkowo zaskoczyła mnie obeznaniem w temacie jubilerstwa i kamieni szlachetnych. Stworzenie postaci jubilera i jego córki, zainteresowanej fachem ojca i również tworzącej projekty biżuterii, wymagało na pewno wiele wysiłku.

Jeśli chodzi o bohaterów, najmniej chyba polubiłam Lotte. Irytowała mnie ta dziewczyna, szczególnie na początku tej historii, ale to chyba dobrze. Z tego wniosek, że zmieniała się z każdym rozdziałem, a więc nie była nijaka czy nudna. Po prostu nie przepadam za bohaterkami, którym ciągle słabo albo duszno :D Podobało mi się przyglądanie się relacjom Charlotte z Jensem oraz Charlotte z Jaroslavem. Kim dla niej byli ci mężczyźni? Jak się poznali? Nie zdradzę, bo to byłby potężny spojler.

Napiszę tak... Nie czułam, żebym dokądś zmierzała, na nic w napięciu nie czekałam czytając. A ja lubię na coś czekać, zastanawiać się nad tym, co będzie w następnym rozdziale, co autor wymyślił dla bohaterów. Lubię dostać tajemnicę do rozwikłania i zastanawiać się nad nią wraz z postaciami. Tutaj tego mi zabrakło. Tutaj fabuła to przede wszystkim zwykła codzienność tamtych czasów, pełna ludzkich historii, poddanych wnikliwym obserwacjom i analizom Lotki. Z perspektywy monotonnie mijających dni ta powieść jest rewelacyjna.

Nie potrafiłam ocenić tej powieści jednotorowo, więc postanowiłam wyciągnąć średnią z kilku ocen:

Fabuła - 3/6
Rozwój akcji - 1/6
Język i styl - 6/6
Klimat powieści - 6/6
Bohaterowie - 4/6
Dialogi - 3/6

Średnia: 3,8

Jestem ciekawa, jak spodoba mi się drugi tom tej dylogii, ale sięgnę po niego za jakiś czas. Dam sobie chwilę oddechu i wrócę do Oceanu odrzuconych. 



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Novae Res



poniedziałek, 10 grudnia 2018

"Nie całkiem białe Boże Narodzenie" Magdalena Knedler - recenzja



Grudzień zdecydowanie wymaga przeczytania książki świątecznej, więc uznałam, że nadeszła wreszcie pora na kolejną powieść Magdaleny Knedler. Co mówicie? Że to nie jest książka świąteczna? No jak to nie jest? Okładka w lelenie jest? Jest! No to co, że trupie czaszki też są? Wkomponowały się idealnie :D Czas akcji również się zgadza. W końcu bohaterowie czekają na Boże Narodzenie. A że w ciut przerażającej atmosferze? Cóż zrobić... 

Olga Mierzwińska przyjeżdża do pensjonatu Mścigniew, usytuowanego na odludziu, aby spokojnie spędzić nadchodzące wielkimi krokami Święta Bożego Narodzenia. Dlaczego zdecydowała się na samotny wyjazd zamiast spędzić ten świąteczny czas z rodziną? Głównie dlatego, że bała się wracać do rodzinnej wsi po porażce, którą poniosła w jednym z najpopularniejszych programów rozrywkowych. Cała Polska widziała, jak odpadła podczas muzycznego show na żywo i była pewna, że to wydarzenie wiązałoby się z przykrymi komentarzami sąsiadów, których nie chciała słuchać. Jedynym rozwiązaniem był więc wyjazd gdzieś, gdzie nikt jej nie zna. Wybór padł na pensjonat, którego właścicielem był Tomasz Malanowski. Na miejscu okazało się, że nie ona jedna skorzystała z oferty świątecznej. Właściwie wszystkie pokoje były już zajęte przez amatorów bezstresowego spędzania świątecznego czasu. Każdemu chyba marzy się przeżywanie Bożego Narodzenia bez nerwów związanych z wszystkimi przygotowaniami. I było naprawdę nieźle, do momentu, w którym Olga znalazła... topielca. Policja uznaje tę śmierć za wypadek. Nie wszyscy jednak są tego samego zdania. Poza tym nie mija wiele czasu, a nasza bohaterka znajduje kolejnego denata, choć właściwie ten przez chwilę jeszcze żyje, kiedy kobieta natrafia na niego podczas spaceru, niedaleko pensjonatu. Robi się naprawdę upiornie...

W wyniku śmierci jednego z gości, niejakiego Heinego Steinera, w pensjonacie pojawiają się dwaj mężczyźni, Grzegorz i Wojciech. Jeden z nich to podinspektor z Komendy Powiatowej Policji we Wschowie, a drugi - prywatny detektyw. Panowie są przyjaciółmi, chociaż ich drogi rozeszły się jakiś czas temu. I są, rzecz, jasna, "na urlopie", a o ich profesjach czy celu przybycia nikt w pensjonacie nie ma pojęcia. Jedynie Olga odkrywa prawdę, co pozwala jej uczestniczyć w tajnych działaniach operacyjnych mężczyzn. W toku prowadzonego śledztwa pojawia się coraz więcej trupów w szafie i okazuje się, że nikt nie jest tak do końca kryształowo czysty i niewinny...

Niesamowicie lubię czytać Magdę Knedler. Dlaczego? Trudno określić to w skrócie. O tym, jakim pięknym językiem posługuje się autorka, pisałam już we wcześniejszych recenzjach i podtrzymuję swoje zdanie w tym temacie. Cud, miód i orzeszki, no :-) Innym z powodów jest płynność czytania, jaką osiągam podczas lektury jej powieści. Na czym polega owa płynność? W moim przypadku głównie na tym, że nie zgrzytam zębami, kiedy w co trzecim akapicie natrafiam na źle odmienione wyrazy, literówki czy zjedzone litery. Dobra, tutaj też je znalazłam (bo przecież nie byłabym sobą, nie? :D), ale jakieś 10 błędów na 343 strony to naprawdę pryszcz. Zatem - płynęłam sobie przez kolejne rozdziały z błogim uśmiechem na twarzy, ewentualnie chichrając się przy dialogach wspomnianej Olgi i dwóch śledczych. Bardzo spodobała mi się relacja kobiety i podinspektora Grzegorza, wcale nie romansowa, nie liczcie tutaj na taki wątek. Fabuła zmierza w zupełnie innym niż miłosny kierunku. 

Bohaterowie zostali stworzeni z dbałością o wszelkie szczegóły i opisani bardzo plastycznie. W trakcie lektury pojawiali się w mojej wyobraźni zupełnie naturalnie. Autorka dawkowała informacje z nimi związane, aby niepostrzeżenie wpleść je w fabułę i dostarczyć czytelnikowi materiału do rozmyślań. Tu właśnie jest ukryty klimat powieści Agathy Christie. Wraz z pisarką zmierzamy powoli do celu, odkrywając fakty z życia poszczególnych postaci, by w kulminacyjnym punkcie poskładać wszystkie elementy układanki (albo nie :D) i poznać zakończenie. Przebywamy w pensjonacie, a więc na zamkniętym terenie, i mamy do dyspozycji określoną liczbę podejrzanych. Wśród nich ukrywa się morderca. Kto nim jest? I jaki miał motyw? Czy dwie zbrodnie mają ze sobą coś wspólnego? 

Humorystyczne sytuacje i dowcipne dialogi, napięcie rosnące z każdą stroną, wiszący nad głową topór ukrywającego się wśród gości mordercy, kłamstwa i niedomówienia to tylko mały wycinek tego, co czeka Was, jeśli sięgnięcie po tę powieść. Ja bawiłam się świetnie!  

I na zakończenie, wiecie co jest najfajniejsze w tej powieści? Przytoczę fragment (spokojnie, żadnych spojlerów nie będzie!): " (...) Aha, Grzechu... Chyba mam dla nas kolejną sprawę." Rozumiecie, co to oznacza? ;-)


Za możliwość przeczytania książkę dziękuję Wydawnictwu Novae Res

czwartek, 1 listopada 2018

"Tylko oddech" Magdalena Knedler - recenzja




Mam grono takich autorów, których książki kupuję w ciemno, jak tylko pojawia się w ich dorobku jakaś nowość. Nie zawsze dobrze na tym wychodzę, ale na to już nie mam wpływu. Ryzyk - fizyk. W końcu autor też człowiek i może mieć gorsze chwile, a w tym wypadku może się to przełożyć na słabsze powieści. Ewentualnie może się okazać, że dany autor pisze według jednego schematu, co po pewnym czasie sprawia, że jego książki stają się przewidywalne i nudne. Na takie sytuacje mam jednak sposób - przeplatam książki tego autora innymi powieściami. Wtedy jego schematyczność nie jest już tak doskwierająca. 

Pewnie zastanawiacie się, jak do tego wstępu ma się nowa powieść Magdaleny Knedler? Czy wspomniana autorka jest schematyczna? Nudna? Mogę się odnieść do tego pytania, ponieważ nie jest to pierwsza powieść z dorobku Autorki, którą przeczytałam. Mam więc porównanie i mogę śmiało stwierdzić, że Magda Knedler za każdym razem zaskakuje mnie czymś innym. Czym tym razem? Postaram się o tym pokrótce opowiedzieć poniżej. 

W najnowszej powieści Magdaleny Knedler poznajemy dwie siostry, Ninę i - młodszą od niej o 10 lat - Izę. Łączy je nie tylko pokrewieństwo, ale także tragedia sprzed dwóch lat, kiedy w wypadku samochodowym zginął mąż Izy, Szymon. Auto prowadził wtedy mąż Niny, Ernest, który obwinia się o to, co się wydarzyło. Nina zaś zastanawia się, czy Ernest przypadkiem nie szarpnął kierownicą w konkretnym celu... Czy miałby ku temu powody? Wprawdzie w ich rodzinie nie układa się najlepiej, ale czy dzieje się aż tak źle, by Ernest postanowił zakończyć problemy rodzinne w tak drastyczny sposób?...

Iza, młoda kobieta, której w tamtej chwili zawalił się cały świat, zamieszkała z matką w małym domku w lesie, z dala od ludzi i reszty świata. Dziewczyna ogranicza się do pomagania matce i nie wygląda na to, by zamierzała wrócić kiedyś do pracy i dawnego życia. Cała czwórka nie może poradzić sobie z tym, co się wydarzyło. Nie potrafią sobie wybaczyć, nie umieją oderwać wzroku od przeszłości. Sieć niejasności coraz bardziej ich oplata i przeszkadza w wyjściu na prostą. 

Pewnego dnia Nina pakuje torbę i wyrusza do domu matki. Za kilka dni wypadają jej czterdzieste urodziny, które postanawia spędzić z matką i siostrą. Sama nie wie, czy wróci do domu, do męża, ma bowiem wrażenie, że zbyt wiele jest między nimi niedopowiedzeń. Jej córka zdobywa właśnie szczyty w Tatrach. Kobieta ma więc czas na to, by zastanowić się nad wieloma sprawami, które ją dręczą. Niespodziewanie Iza prosi Ninę, by pojechała z nią na Hel, do domu, w którym jako dziecko mieszkał Szymon. Nina nie jest przekonana do tego pomysłu, bo wie o Szymonie coś, o czym nie ma pojęcia Iza... 

Czy wyprawa, którą podejmą siostry, przyniesie im odpowiedzi na pojawiające się wciąż pytania? Czy Iza dowie się, dlaczego Szymon nie podzielił się z nią szczegółami ze swojego dzieciństwa? Czy młodsza z kobiet podzieli się ze starszą siostrą informacją o tym, że Szymon ją zdradził? Jak siostry odnajdą się w obliczu prawdy, która nagle wkroczy między nie i wszystko zmieni? Odpowiedzi znajdziecie w najnowszej powieści Magdaleny Knedler, która znów uraczyła mnie świetnym wyczuciem tematu i wciągającą fabułą. 

Obiecałam napisać, co mnie w powieści zaskoczyło. Otóż, do tej pory powieści Magdaleny Knedler, które czytałam, były w dużym stopniu hiperpoprawne i ułożone. Tymczasem tutaj obie siostry momentami nie przebierają w słowach! I chociaż nie przepadam za wulgaryzmami, uważam, że tu wpasowały się w dialogi wprost idealnie. Ożywiły postacie i dodały rumieńców rozgrywającym się sytuacjom. Ileż iskier posypało się między kobietami podczas tej podróży! Naprawdę, jestem pod wrażeniem tego, jak narastało napięcie, w miarę, gdy kolejne tajemnice wychodziły na światło dzienne... A co jak co, ale tajemnice to jest to, co w powieściach lubię najbardziej. 

Ciekawym pomysłem było przekazanie narracji powieści w ręce Niny. To z jej perspektywy obserwujemy wszystko, co się dzieje w życiu sióstr. Również ona przekazuje Izie wszystko, co wie o Szymonie. Dlaczego Szymon nie podzielił się swoimi wspomnieniami z własną żoną? Co strasznego spotkało go, gdyby był małym chłopcem? Jak to na niego wpłynęło?   

Magdalena Knedler znów poruszyła tematy trudne i skomplikowane. Wplotła w tę historię problem przemocy domowej, tragedię rodzinną, wypadek ze skutkiem śmiertelnym i jego następstwa dla uczestników dramatu, a także relacje międzyludzkie i to, jak odnajdują się członkowie tej rodziny w obliczu trudności, które na nich spadają. Napotkacie tu cały wachlarz emocji i ciężkich decyzji. Ta powieść to naprawdę mocny kaliber...

Ocena książki pod względem technicznym. 
Ponieważ moja ocena samej powieści i jej fabuły oraz technicznej strony książki różnią się, muszę i o tym wspomnieć. Podczas lektury irytowały mnie pojawiające się w tekście dość często literówki czy "zjedzone" literki. Może ktoś uzna, że to drobiazg, ale wychodzę z założenia, że skoro książka przechodzi korektę, to takie rzeczy powinny zostać wyłapane. Dlatego tutaj moja ocena to 4/6.
Na osłodę dostałam jednak przepiękną, klimatyczną okładkę. Będzie to zatem kolejna świetna powieść Magdaleny Knedler w pięknej oprawie, która zajmie miejsce w mojej domowej biblioteczce.  


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Novae Res.

poniedziałek, 9 lipca 2018

"Klamki i dzwonki" Magdalena Knedler - recenzja


Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia, odzywa się do Was ktoś znajomy z przeszłości, z kim nie mieliście kontaktu od lat. I ten ktoś prosi Was o pewną przysługę. Przysługą zaś okazuje się być opieka nad dzieckiem (dwunastolatką), zostanie współwłaścicielem salonu fryzjerskiego i domu. Dziwne? Na pewno niecodzienne. Coś takiego po prostu się nie zdarza, a tymczasem Elizie właśnie się przytrafiło...

Eliza Ostaszewska to bibliotekarka i poetka. Wydała tomik wierszy (za własne, ciułane przez wiele lat, pieniądze), które dopiero co czytała podczas kameralnego spotkania autorskiego w zaprzyjaźnionym pubie. Żyła sobie bezpiecznie w swoim własnym świecie, pełnym książek i poezji, a czasem także problemów życia codziennego przejawiających się głównie brakiem pieniędzy i samotnością. I to dość spokojne, zwyczajne życie wywraca do góry nogami jeden telefon. Dzwoni nieznany jej lekarz i prosi o przybycie do szpitala. Do kogo? Do kogoś, kogo Eliza dobrze zna, choć kontakt ten urwał się kilkanaście lat temu. Dlaczego się urwał? O co chodzi? Autorka wszystko opisuje, więc nie będę tu tworzyć spojlerów :-)


Lektura kolejnej książki Magdaleny Knedler zobowiązuje, więc poczytałam o autorce w sieci. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to to, że gdybym się przy niej odezwała, natychmiast usłyszałaby, że seplenię, chociaż sama nie wiedziałam o tym fakcie długie lata :D Usłyszałaby, uchem logopedy i nauczycielki dykcji (fajny zawód!). 

Dobrze jest trochę wiedzieć o autorze, którego książki lubi się czytać. Można wtedy oprócz zgłębiania fabuły dopatrzeć się w powieści jakichś powiązań z samym pisarzem. Wtedy staje się on jakiś taki bliższy, bardziej "swój", nie uważacie? Lubię częste nawiązania autorki do malarstwa (na którym kompletnie się nie znam), filmu i muzyki (tu już jest trochę lepiej) czy literatury (tu czuję się całkiem nieźle). Nieustająco podziwiam szerokie zainteresowania pani Magdy i umiejętność opowiadania o nich w tak prosty sposób. Nie znajdziecie w tych książkach żadnych specjalistycznych czy napuszonych wywodów. Będzie za to piękny język, jasny przekaz i mnóstwo emocji. Gwarantuję.

O "Klamkach i dzwonkach" słyszałam już jakiś czas temu, kiedy odkryłam twórczość Magdaleny Knedler. Były to same pozytywne opinie, więc, tradycyjnie, podchodziłam do niej jak pies do jeża. Jednak mimo niepewności, (bo jak ktoś tak tylko chwali i chwali, to często wychodzi, że te peany były przesadzone), ciągle mi te dzwonki w głowie grały. I w końcu, na swoje szczęście, podjęłam decyzję o lekturze.

"Klamki..." to piąta powieść autorki, ale nie czytam książek Magdy Knedler w kolejności ich wydania. Przytulam te, które akurat są w moim zasięgu. Nie żałuję lektury żadnej z nich. Macie tak czasami, że czytacie książkę, bo głupio nie skończyć, jak się już zaczęło, ale żałujecie zmarnowanego na nią czasu? Tutaj takie zjawisko nie występuje. Każda powieść jest inna, wyjątkowa. Otwierając kolejną mam pewność, że czymś mnie zaskoczy, zaczaruje i wciągnie w wir zdarzeń, zanim zdążę się zorientować. Nie inaczej było i tym razem. Eliza, Helena, Oleński, Albert, Dagny, Paulina, Agata i Gabriela to kolejny zestaw bohaterów pełnych emocji. Każda z tych postaci ma swoje miejsce w powieści, wszystkie są dopracowane do tego stopnia, że można sobie łatwo wyobrazić, jak wyglądają, jak się zachowują. Majstersztyk. Co najbardziej podobało mi się w Elizie i Albercie? Cecha, którą mieli oboje. Prowadzenie wewnętrznych monologów. Chciałabym to zobaczyć! Człowiek, który gada sam ze sobą w myślach musi zabawnie wyglądać, skoro inni bohaterowie to dostrzegali i reagowali na te ich wewnętrzne dyskusje. 

Polecam, choć uprzedzam równocześnie, że to nie jest książka z serii "łatwych i przyjemnych". To historia o trudnych wyborach, śmierci i samotności, ale także o miłości, przyjaźni i cieszeniu się każdą chwilą, którą dane nam było przeżyć.    

I powiem jeszcze, że byłby z tej książki fajny film. Idę szukać kolejnej historii autorstwa Magdaleny Knedler. Chyba się uzależniłam...


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae res



Recenzja powstała w ramach kampanii społecznej promującej czytelnictwo #wakacjezksiążką, zorganizowanej przez 
oraz 
Klub Książki PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ. 


czwartek, 7 czerwca 2018

"Twarz Grety di Biase" Magdalena Knedler - recenzja


Pisaliście kiedyś listy? Takie prawdziwe, papierowe, do kogoś bliskiego, będącego daleko? Ja pisałam jako dziecko, do kolegi, którego poznałam przez rubrykę "Poznajmy się" w wydawanej kiedyś gazecie. Korespondowaliśmy kilka lat i wciąż pamiętam ten dreszczyk emocji, kiedy wyjmowałam ze skrzynki charakterystyczną kopertę zaadresowaną do mnie, i ciekawość, o czym tym razem pisał do mnie mój przyjaciel. To były wyjątkowe chwile, które zostaną w mojej pamięci na zawsze. Polecam, jeśli jeszcze nie mieliście okazji pokorespondować z kimś, porozmawiać na odległość. Warto. 

Magdalena Knedler stworzyła kolejną piękną historię. Pełną emocji i tajemniczą. W swoim niepowtarzalnym stylu. Zaznaczyłam wiele ciekawych fragmentów podczas lektury. Teraz przyszedł czas, by skorzystać z nich i napisać o tym, co sądzę o tej książce.

Adam Dancer to właściciel niewielkiej galerii sztuki "Chiara" we Wrocławiu. Nie stać go na kupowanie drogich obrazów, ale wystarcza mu to, czym dysponuje. Trochę landszaftów, kilka "lepszych" dzieł, hafty, pocztówki, kalendarze, mapy. Ze sprzedaży takiego asortymentu żyje. Jest to człowiek z bagażem doświadczeń, z traumą, z której nigdy się nie podźwignął. Znerwicowany i wycofany, z mnóstwem natręctw i fobii. Codzienna rutyna pozwala mu jako tako funkcjonować, ale jest więźniem swoich ograniczeń. Przed szaleństwem chroni go jedyny przyjaciel, Zygmunt. Dość obcesowy człowiek, ale może to i dobrze w tej sytuacji. Sam siebie uważa za kogoś, kto utrzymuje Adama we względnej normie. Pewnego dnia Dancer kupuje dwa obrazy przedstawiające tę samą kobietę. Jest w nich ukryta jakaś tajemnica, zagadka, która zaczyna fascynować Adama. Rozpoczyna się równie tajemnicza korespondencja między autorką portretów a mężczyzną. Wymieniają e-maile pełne intymności i niedopowiedzeń. Powoli poznają się poprzez opisywanie sobie historii z przeszłości. Nie jest to jednak zwykła korespondencja dwojga znajomych. A już na pewno nie relacja malarz - kupujący. Adam czyta w obrazach Grety jak w książce, analizuje wnikliwie jej listy. Odkrywa powoli jej tajemnice i coraz bardziej zakochuje się w kobiecie, której nigdy nie widział. Z czasem okazuje się jednak, że ona nie chce być przez niego odnaleziona... I co teraz?

Co takiego stało się w życiu Grety, że wycofała się do swojej samotni i nie chce stać się sławna, choć jej prace są rewelacyjne? Dlaczego ukrywa przed Adamem to, jak wygląda i nie chce, by do niej przyjechał? Jaki cel ma w dawaniu mu w listach drobnych podpowiedzi, które prowadzą go powoli do odkrycia prawdy o kobiecie, która stała się jego obsesją?  


Chwila, w której Adam zobaczył obrazy Grety stała się przełomem w jego wbitym w utarty schemat życiu. Nagle zaczął odczuwać emocje, o których od dawna nie myślał. Zapragnął coś zmienić, ruszyć w podróż życia, a u celu chciał spotkać kobietę, która zajęła najważniejsze miejsce w jego sercu. Czy uda mu się tego dokonać? Czy pisanie do Grety i czytanie jej listów będzie wystarczającym impulsem do zerwania z bezpieczną rutyną? 
Kim są w tej historii Nita i Valentina? W czyim życiu odgrywają swoje role?  


"Twarz Grety di Biase" to książka, która daje do myślenia. Pozwala zastanowić się nad tym, co dla nas jest zaklinaniem rzeczywistości. Czy mamy swoje rytuały, które uskuteczniamy, by świat stał się przyjazny, bezpieczniejszy, bardziej znośny? Co dla nas staje się impulsem do działania? Czy podejmujemy wyzwania? Pozwalamy, by coś się zmieniło czy raczej trzymamy się sztywno ustalonych zasad? I czy warto odważyć się, by naprawdę żyć? 


Przyznam się, że nie mam zielonego pojęcia o malarstwie. Oglądam obrazy, ale nie potrafię w nich czytać. Nie rozumiem tego sposobu wyrażania emocji, choć chciałabym umieć malować. Tego talentu jednak nie posiadam. Nie przeszkadzało mi to wcale podczas lektury, choć sporo tam odnośników do świata sztuki, malarzy i ich dzieł. Widać, że dla autorki nie jest to jedynie pomysł na fabułę, do którego musiała się przygotować, by opisać tę historię wiarygodnie. Malarstwo to jej pasja i widać to w sposobie, jak o nim pisze, jak analizuje poszczególne dzieła i dzieli się swoimi spostrzeżeniami z czytelnikiem. O tym, jak bardzo kocha sztukę pisze na ostatnich stronach książki, w rozdziale "Od Autorki". Znajdują się tam także informacje dotyczące prawdy i fikcji w powieści. Każdy chyba zastanawia się czytając, co jest prawdziwe, a co powstało w wyobraźni pisarza. Tutaj mamy ten luksus, że autorka zdradza tę tajemnicę.  

Mam nadzieję, że i Was ta historia uwiedzie. Magdalena Knedler udowodniła po raz kolejny, że potrafi oczarować czytelnika całym wachlarzem emocji. 





Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res